„Dzień oprycznika” Władimira Sorokina to – wedle słów autora –
„fantazja na motywach rosyjskich”. Brzmi dosyć lekko, w rzeczywistości jest
całkiem inaczej – powstała książka
bezczelna i bezkompromisowa, prowokująca do dyskusji i programowo obrazoburcza

„Dniem oprycznika” Sorokin w
zuchwały sposób odgryzł się adwersarzom, a zarazem, w tonie
złowieszczo-fantastycznej groteski, wyraził swój niepokój o dalsze losy kraju. Antyutopijna
wizja Rosji z końca trzeciej dekady XXI wieku jest w powieści Sorokina
niezwykle sugestywna. Po upadku ZSRR i przemianach ustrojowych rozpoczęło się
Odrodzenie Rusi. Jego efektem było powstanie Nowej Rosji – monarchii absolutnej,
która wessała zbuntowane republiki i uniezależniła się od świata. Od Europy,
będącej na gazowym garnuszku Moskwy, odgradza ją Wielki Mur Zachodni.
Przyjacielskie (czytaj – przemytnicze) stosunki utrzymywane są wyłącznie z
Chinami. Intelektualiści i nieprawomyślni artyści zostali zmuszeni do
emigracji. Ci, którzy pozostali i działają w podziemiu, są bezustannie
prześladowani. Podobnie jak szlachta ziemska, której majątek jest łakomym
kąskiem dla rządzących. Władza Monarchy jest niepodważalna i utrzymywana za
pomocą tajnej policji – wzorowanej na służbie pałacowej Iwana Groźnego
opryczninie. Choć od czasów panowania cara Wszechrusi minęło niemal 500 lat, a oprycznicy
nie dysponują już końmi i toporami, tylko najnowszej generacji mercedesami i futurystycznymi
laserami, to ich strój, język, a przede wszystkim metody działania nie zmieniły
się ani na jotę. Na porządku dziennym są egzekucje, rozboje, gwałty,
zastraszenia i wysiedlenia. Na tak zarysowanym tle Sorokin przedstawia jeden
dzień Andrieja Daniłowicza, wysokiego rangą członka opryczniny.
Doskonale widać, że temat „Dnia
oprycznika” to samograj. Łatwo pisze się takie książki – wystarczy powołać do
życia utopijną rzeczywistość i bawić się mnożeniem kolejnych absurdów,
następnie dodać szczyptę obowiązkowej pornografii i trochę humoru. Można też
poeksperymentować ze środowiskowymi aluzjami (znani rosyjscy pisarze,
reżyserzy, piosenkarze, politycy i – oczywiście! – Idący Razem mają w „Dniu
oprycznika” swoje odpowiedniki). Dobrze jest doprawić całość sugestywnym językiem
– bohaterowie Sorokina za pomocą
XVI-wiecznej ruszczyzny nieustannie deklamują frazesy ku chwale mateczki Rosji.
Przepis na sukces gotowy – fantastyka miesza się z tradycją, jest dużo krwi,
sporo seksu, polityczne rozgrywki i szybkie samochody. I szarganie narodowych
świętości. Satyra na przaśność „nowych Ruskich” i narodowościowe ciągoty
współczesnych elit politycznych jak się patrzy! Oskarżenia, procesy i kłótnie
gwarantowane. Wysoka pozycja na liście bestsellerów również. Trudno jednak
oprzeć się wrażeniu, że Sorokinowi chodziło o coś więcej niż tylko osiągnięcie
czytelniczego sukcesu popartego ogólnopaństwowym skandalem. „Dzień oprycznika”
jest przecież w gruncie rzeczy powieścią
niezwykle poważną, pisaną pod wpływem wściekłości i lęku o przyszłość. Własną i
kraju. Nieprzypadkowo pytanie „Co z tą Rosją” krąży bezustannie w umysłach
bohaterów książki. Więc, co w końcu będzie z Rosją? „Nic nie będzie” – udziela
odpowiedzi syberyjska jasnowidząca. Brzmi to cokolwiek wieloznacznie. I
złowróżbnie.
Władimir Sorokin
„Dzień oprycznika”
tłum. Agnieszka Lubomira
Piotrowska
W.A.B., Warszawa 2008
(tekst ukazał sie pierwotnie w "Dzienniku. Polska-Europa-Świat")
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz