środa, 8 czerwca 2016

DALEKO-BLISKO - Ilona Wiśniewska "Hen. Na północy Norwegii"

Raport z najdalszego krańca Europy

Hen to kolejna książka reportażowa Ilony Wiśniewskiej o Norwegii. Debiutanckie Białe autorka poświęciła Spitsbergenowi, największej wyspie polarnego archipelagu Svalbard. Hen jest portretem północnej Norwegii, czyli Finnmarku. Niby to dużo bliżej – wszak to już kontynentalna Europa – a jednak wciąż daleko. Dlatego też tytuł najnowszej książki Ilony Wiśniewskiej najlepiej czytać po norwesku – w tym języku słowo „hen” oznacza równocześnie „daleko” i „blisko”. Określenie w sam raz dla Finnmarku. Z Oslo jedzie się tutaj samochodem 24 godziny. Mało kto jednak wybiera się w taką podróż. Dla większości Norwegów północna część kraju to zbieranina odludków i dziwaków, zamieszkujących tereny, które nie sprzyjają normalnej egzystencji. „Finnmark to garstka ludzi, ryby i renifery, kamień na kamieniu, bezwzględne morze, zimne lato, surowa zima i wiatr, który mąci świadomość”. Dodajmy do tego wzajemną niechęć na linii Północ-Południe, pisaną rządowymi próbami norwegizacji mniejszości etnicznych z jednej strony i separatystycznymi dążeniami „północnych” z drugiej, a otrzymamy uproszczony obraz całości.

Wiśniewska nie poprzestaje jednak na ogólnikach. Udaje jej się oddać złożony portret Finnmarku dzięki zbliżeniu się do jego mieszkańców, co nie jest zadaniem łatwym. Północni są nieufni wobec przybyszów. Z konieczności tolerują Rosjan z przygranicznych miasteczek, którzy w ramach tak zwanego Iwan-handlu ogołacają norweskie sklepy z pieluch sprzedawanych potem z podwójnym przebiciem. Ale już coraz liczniejsze grupy uchodźców z Bliskiego Wschodu, wjeżdżających do lodowatego Finnmarku na wynajętych rowerach (Rosja nie pozwala na piesze przekraczanie granicy), wzbudzają w kilkutysięcznej populacji miasteczka Kirkenes nie lada konfuzję. Wiśniewska przytacza te ciekawostki z ochotą, choć światowa polityka i ekonomia nie mają dla niej, jak i dla mieszkańców Finnmarku, większego znaczenia. Żyje się tu jakby poza światem, poświęcając się osobliwym rytuałom i próbując przetrwać osiem (!) pór roku, jednej bardziej ponurej od drugiej. Kluczem do zrozumienia Północy są dla Wiśniewskiej wyraziści bohaterowie – saamska wokalistka koncertująca z Patti Smith, najsłynniejszy norweski street-artowiec, pokrywający graffiti rozpadające się stodoły i martwe kaszaloty („żeby jak najszybciej się rozpadło, morze zabrało, wiatr rozwalił, muchy oblazły”), przede wszystkim jednak wiekowy Ibert Amundsen, którego historia jest spoiwem i tłem dla wszystkich opowieści Wiśniewskiej, zaś jego śmierć symbolicznym zwieńczeniem pewnej epoki w dziejach Finnmarku. W Hen udało się autorce uchwycić Północ w momencie przełomowym – gdy starzy mieszkańcy wymierają, a wraz z nimi w zapomnienie odchodzi etos pracy i poczucie wspólnoty, młodzi zaś albo opuszczają Finnmark, albo poszukują pomysłu na siebie w tym miejscu na końcu Europy. Osobista w tonie książka Wiśniewskiej, łącząca zapis socjologiczny z nieledwie poetycko-metafizycznymi fragmentami, jest upomnieniem się o Finnmark, a jednocześnie pytaniem o jego przyszłość.


Ilona Wiśniewska 
Hen. Na północy Norwegii
Czarne 
Wołowiec 2016

środa, 18 maja 2016

CZECHY ÜBER ALLES - Jaroslav Rudiš "Aleja Narodowa"


Rudiš portretuje antybohatera naszych czasów

Jaroslav Rudiš cieszy się u nas wyjątkowymi względami – wszystkie jego powieści zostały przetłumaczone na język polski (kolejno: Niebo pod Berlinem, Grandhotel – niektórzy mogą pamiętać zrealizowany na podstawie tej książki film Davida Ondřička – Koniec punku w Helsinkach, Cisza w Pradze). To niezwykły wynik jak na pisarza spoza kręgu literatury anglojęzycznej. Co jest tak ujmującego w prozie tego autora, przemieszczającego się swobodnie między Czechami i Niemcami, ale też pomiędzy gatunkami (Rudiš ma na swoim koncie również sztukę teatralną, słuchowiska radiowe, scenariusz kultowego komiksu Alois Nebel, występy kabaretowe i współpracę z zespołami muzycznymi)? Na pewno łatwość w opisywaniu skomplikowanych relacji międzyludzkich, smykałka do portretowania zwichrowanych jednostek, językowa lekkość i poczucie humoru. Jednak, pomimo dużej zawartości ironii i luzu, nie można określić twórczości Rudiša mianem lekkiej i przyjemnej. Autor Grandhotelu często odnosi się do narodowych traum i trudnego dziedzictwa historycznego. Nigdy jednak nie robił tego tak bezpośrednio jak w najnowszej powieści. Aleja Narodowa to efekt narastającej frustracji i niezgody na brunatniejącą środkowoeuropejską rzeczywistość.

Zapomnijcie o czeskim humorze – mówi Rudiš. Pora zerwać z fałszywym obrazem poczciwych Czechaczków z knajpy. Od czeskiego czwórboju knedlik-kapusta-kotlet-piwo można jedynie dostać niestrawności. Taki właśnie „Stalingrad w żołądku” pokonał ojca Vandama, głównego bohatera Alei Narodowej. Jednak Vandam, niepomny tej srogiej lekcji, wciąż przekazuje swojemu synowi złote myśli przodków – „zanim gruby schudnie, chudy umrze”. Trzeba się napchać, by być gotowym do walki – przecież pokój to tylko przerwa między wojnami. W kierowanym do syna ojcowskim monologu Vandama jest więcej takich uniwersalnych prawd, zasłyszanych w osiedlowej pijalni wśród hajlujących kompanów. Tak, Vandam jest dumnym Czechem. Lubi innych, dopóki go nie zdenerwują. Szanuje kobiety, póki są uległe. I, jak zapewnia, nie jest nazistą, jedynie spadkobiercą starożytnych Rzymian. Usprawiedliwiająca wszystko mitomania Vandama idzie dalej – wszak to on rozpętał Aksamitną Rewolucję! Populistyczny monolog Vandama ukazuje stan duszy zepchniętych na margines rówieśników Rudiša (rocznik 1972). Chodzi tu nie tylko o Czechów, ale o mieszkańców byłych demoludów – osieroconych przez socjalizm, zapomnianych przez kapitalizm, oszukanych przez życie. To całe rzesze kiboli i drobnych przestępców, zamkniętych w osiedlowych gettach i przekazujących kolejnym pokoleniom brednie o kulcie siły, honorze i ocaleniu własnego narodu i białej rasy. Śmiesznie już było – zdaje się mówić Rudiš. Teraz przyszła kolej na terapię wstrząsową.

Jaroslav Rudiš
"Aleja Narodowa"
tłum. Katarzyna Dudzic-Grabińska
Książkowe Klimaty, Wrocław 2016



wtorek, 19 kwietnia 2016

SYBERYJSKIE PIEKŁO - Roman Senczin "Rodzina Jołtyszewów"


Rosja to stan duszy. Splugawionej

Nikołaj Michajłowicz – główny bohater nominowanej do najważniejszych rosyjskich nagród literackich powieści Romana Senczina Rodzina Jołtyszewów – wiedzie zwykłe życie. Małomiasteczkowa rosyjska stabilizacja. Jak na przeciętnego mieszkańca Krasnojarskiego Kraju wiedzie mu się nawet całkiem znośnie – ma moskwicza, garaż, służbowe mieszkanie i milicyjną emeryturę, do której dorabia dyżurami w izbie wytrzeźwień. Oraz normalną rodzinę – żonę-bibliotekarkę i dwóch dorosłych już synów (cóż z tego, że jeden w kryminale, a drugi, ogarnięty obłomowowską indolencją, nie rusza się praktycznie z łóżka). Niefortunny wypadek, do którego dochodzi podczas dyżuru Nikołaja w wytrzeźwiałce, wywraca jego życie do góry nogami – najpierw traci pracę i mieszkanie, później wraz z żoną i synem przeprowadza się do ciotki na wieś. Choć to zaledwie czterdzieści kilometrów od miasta, Jołtyszewowie trafiają do innego, koszmarnego świata, w którym nie obowiązują żadne zasady. Na dodatek im bardziej chcą zachować twarz, tym bardziej pogrążają się w piekle. Nikołaj nie cofnie się nawet przed zbrodnią. Senczin, niczym najwięksi rosyjscy moraliści, wystawia swoich bohaterów na "sprawdzian sumienia". Jego niezadowalający wynik pokazuje, jak bardzo rosyjska dusza skarlała na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci.

Okrutną powieść Senczina można porównać do kultowego filmu Aleksieja Bałabanowa Ładunek 200. Bałabanow, osadzając fabułę swojego filmu w roku 1984, zestawiał nadciągający rozpad ZSRR z upadkiem wszelkich norm moralnych. Senczin pokazuje, że ćwerć wieku później nic się nie zmieniło, a pod pewnymi względami – zwłaszcza na rosyjskiej prowincji – jest wręcz gorzej. Zaliczany w poczet "nowych realistów" autor Rodziny Jołtyszewówm nie obrazuje wszakże tej degrengolady w tak widowiskowy sposób jak Bałabanow. Beznamiętny ton narracji i niemal reporterski charakter powieści działają jednak na czytelnika ze zdwojoną siłą. Zbydlęcenie bohaterów dzieje się tu niejako mimochodem, bez fajerwerków i infernalnej rekwizytorni. Senczin, mistrz literackiej "czernuchy", w bezlitosny sposób odzwierciedla skutki transformacji ustrojowej, uświadamiając przy tym, jak niewiele trzeba, by stać się potworem. I oskarża rosyjskie władze o doprowadzenie obywateli do skraju psychicznej wytrzymałości. Autor ucieka od generalizacji, pokazuje tylko wycinek rosyjskiej rzeczywistości, ale jednocześnie zaznacza w wywiadach, że "takich Jołtyszewów są tysiące". Przerażająca diagnoza.

Roman Senczin
"Rodzina Jołtyszewów" 
tłum. Magdalena Hornung 
Noir sur Blanc
Warszawa 2015,



sobota, 16 kwietnia 2016

PRZESKOCZYĆ FOSĘ - Sylwia Siedlecka "Fosa"

Sylwia Siedlecka dekonstruuje w „Fosie” schematy fabularne, by celnie sportretować skomplikowanych bohaterów i namalować zaskakujący obraz współczesnej małomiasteczkowości

Schemat – a przynajmniej pozór schematu – Sylwia Siedlecka wprowadza od pierwszej, uporczywie stereotypowej sceny. Oto Liza, kobieta „powyżej dwudziestki, grubo” budzi się obok Arka, który za kilka godzin stanie się jej mężem. Ceremonia ślubna, a przede wszystkim impreza weselna, która odbędzie się w domu nowożeńców, opracowana jest w najdrobniejszych szczegółach – od wykwintnego jadłospisu („na paterach będą oblane lukrem serniczki, bezy fikuśnie spiętrzone w wysokie kopuły i czekoladowa fontanna, w której można maczać kawałki kandyzowanych pomarańczy albo ananasów. Trzy dania główne: w tym rulon z sarniny zapiekany w białym sosie z ryżem i szafranem”) aż po zachowanie kelnerów, którzy specjalną uwagę zwracać mają na odganianie muszek znad talerzy (jest lato, a przyjęcie odbywa się w rozległym ogrodzie). Wszystko wygląda tutaj jak w prospekcie prezentującym życie idealnej rodziny, a jednocześnie z opisu tego bije sztuczność i przesada – jest zbudowany przez osiemnastu Ukraińców dom „z sauną, jacuzzi i dziesiątkami kamerek pulsujących czerwonymi guziczkami”, jest ukraińska opiekunka dla dziecka (dziecka jeszcze nie ma, urodzi się za rok, „jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z planem”), jest suknia ślubna z koronki i powietrza, jest umówiona wizyta u fryzjera. „Jeśli wszystko odbędzie się zgodnie z planem”, wieczorna uroczystość będzie doskonałym zwieńczeniem idealnego projektu, godnego prezentacji w magazynie „Twój wymarzony ślub”. Nietrudno oczywiście zgadnąć, że ta cukierkowa idylla zostanie przez Siedlecką zburzona. Ale nie w sposób obłaskawiony przez (zwłaszcza filmową) popkulturę – w „Fosie” nie będzie ucieczek sprzed ołtarza, jak w hollywoodzkich komediach romantycznych, ani rodzinnej psychodramy podczas weselnej uroczystości. Między rankiem a wieczorem nie dojdzie (z małymi wyjątkami) do żadnych tragicznych lub komicznych wydarzeń, które zniweczą ślubny happy end. Wszystko bowiem rozegra się w retrospekcjach, które ukażą jak fasadowe jest nie tylko szczęście nowożeńców, ale cała społeczność, w której żyją.

„Fosa”, będąca przede wszystkim zniuansowanym portretem psychologicznym Lizy, jest w istocie analizą znacznie szerszą – prezentującą panoramę społeczną małomiasteczkowej rzeczywistości. Codzienność Strzałek, miejscowości mozolnie dźwigającej się po zapaści spowodowanej zamknięciem fabryki azbestu, jest w powieści zaledwie tłem, ale jest to tło, na którym prezentowane postaci rysują się w wyjątkowo wyrazisty sposób. Strzałki to miasto niczym się nie wyróżniające. „Nie ma tu zabytków, fabryki z obcym kapitałem, nikt znany nigdy się tu nie urodził. Najważniejszym miejscem są zakłady mięsne, w których zabija się najwięcej zwierząt w całym kraju, głównie świnie. Mamy na rynku piknik w sobotę” – relacjonuje Liza, poproszona o parę słów o swoim mieście. Pytanie tylko, na ile Strzałki są „jej” miastem. Urodziła się tutaj, chciałaby – jak każdy chyba młody człowiek – uciec do lepszego, większego miasta, ale jest skazana na wegetację. Liza cierpi bowiem na rzadką odmianę trudnej do zdefiniowania fobii (choroby?), polegającej na niemożności opuszczenia najbliższej okolicy (podobny fabularny punkt wyjścia zastosował w powieści „Grandhotel” czeski pisarz Jaroslav Rudiš). Liza przyjmuje ten wyrok z pokorą, próbując obłaskawić swoje miasto – „Nie każdy musi być obywatelem świata, można być obywatelem miasteczka: wąskie horyzonty, ale bogata wyobraźnia. Wielu ludzi tak żyje. Strzałki, my place. Lokalna ojczyzna”. Magiczna bariera 30 kilometrów, na które Liza może oddalić się od Strzałek, staje się dla niej symboliczną fosą. Oddziela ona od świata zewnętrznego, stwarza pozory bezpieczeństwa, ale jednocześnie staje się granicą nie do przebycia. Wymyślona fosa wokół Strzałek chroni, a zarazem blokuje dostęp. Liza żyje w miasteczku jak w mydlanej bańce, z której nie może się wydostać.

O ile niewidzialna fosa wokół Strzałek została Lizie narzucona bez jej wiedzy i zgody, o tyle drugą fosę „wykopała” sobie sama. To narzeczeństwo ze spadkobiercą „mięsnej fortuny” – lokalny mezalians, który z pracownicy stacji benzynowej uczynił Lizę przedstawicielką elity miasteczka. „Wybrała Arka, żeby już nikt się w nią nie wczepiał, żeby mieć mur, za którym nikt nie będzie od niej nic chciał. Fosa z ciała Arka, jego domu, wysokiej bramy na fotokomórkę”. W domu na strzeżonym osiedlu Liza chroni się przed wspomnieniami o matce, zapomnianej piosenkarce, która nad macierzyńskie obowiązki przedkładała dbanie o własną karierę, ale też przed koleżankami, które albo utknęły w naprędce zbudowanych salonach fryzjerskich z blachy falistej albo nie wyzbyły się dziecinnych marzeń o ucieczce do Stanów Zjednoczonych. Ale też przed własną przeszłością – dzieciństwem spędzonym w dysfunkcyjnej rodzinie, samotnością, niepotrzebnymi studiami, zaprzepaszczonymi szansami. Fosa z ciała Arka i jego domu nie daje jej jednak tego, co najważniejsze – bliskości drugiego człowieka. Arek pozostaje dla niej kimś obcym, nie do końca rozpoznanym, momentami wręcz zaskakująco złowrogim. Nie bez znaczenia jest fakt, że u podstaw ich znajomości stoi śmierć (Arek przejechał psa Lizy). Niepoślednią rolę we wzajemnej oziębłości narzeczonych odgrywa także narzucona przez Lizę wstrzemięźliwość seksualna. Potrzebę bycia w pełni zrozumianą Liza realizuje zatem gdzie indziej – u boku Anny, tajemniczej kobiety, która przybyła do Strzałek, by zamienić zrujnowany ośrodek zdrowia w pensjonat wczasowy. Wraz z Anną pojawia się jej synek Piotruś, nazywany przez matkę Poczwarą z powodu zdeformowanej twarzy (Piotruś vel Poczwara zdaje się być łącznikiem z poprzednią książką Siedleckiej, tomem opowiadań „Szczeniaki”, w którym bohaterami byli zepchnięci na margines odszczepieńcy, kaleki, dziwacy). Incydentalnie pojawia się także ojciec dziecka, który jest sponsorem rewitalizacyjnych zapędów Anny. Liza rozpoznaje w nim wiceministra, który swego czasu wydał na Strzałki wyrok śmierci, podpisując nakaz zamknięcia fabryki azbestu. Anna zniknie z życia Strzałek równie gwałtownie jak się w nim pojawiła. Na mieszkańcach nie zrobi to większego wrażenia. Inaczej niż na Lizie.

Krótka, wyjątkowo skondensowana powieść Siedleckiej, umiejętnie wykorzystująca narracyjne stereotypy, daje czytelnikowi więcej niż zapowiada. Na pierwszym poziomie fabularnym „Fosa” jest inteligentną dekonstrukcją czytelniczych przyzwyczajeń; na poziomie językowym – znaną już ze „Szczeniaków” kontaminacją klarownej, bezdusznej wręcz opisowości z nieoczekiwanymi elementami poetyckimi. Siedlecka z wielką swadą łączy zresztą wszelkie przeciwieństwa – subtelność z turpizmem, grozę z groteską, a ton społecznej krytyki z poczuciem humoru. Gdy jednak czytelnik przywyknie już do kreującego specyficzną atmosferę duszności języka Siedleckiej, dostrzeże burzycielskie zapędy w zakresie konstrukcji powieści oraz przeniknie fabularne niuanse (a liczne wątki łączy autorka z wyjątkową swadą), czeka na niego specjalność tej pisarki, czyli umiejętnie zarysowane portrety psychologiczne. Zaskakujący jest natomiast nowy element – wyczulenie na konkret społeczny. Siedlecka kieruje swoją uwagę na małomiasteczkową społeczność, spadkobierców boomu transformacyjnego – z jednej strony beneficjentów przemian, z drugiej zaś ich ofiary. Nie wartościuje jednak społeczeństwa, nie wytacza wyrazistych linii podziału i nie tylko nie upraszcza obrazu prowincjonalnej lokalności, ale go komplikuje. Ta nieoczywistość przekłada się także na protagonistów „Fosy”, można wręcz powiedzieć, że moralna dwuznaczność bohaterów współgra z niedookreślonym statusem rzeczywistości, w której żyją. Portretując skomplikowanych bohaterów, Siedlecka dość nieoczekiwanie sporo mówi o kondycji prowincjonalnej Polski, o współczesności naznaczonej piętnem przemian społecznych, gospodarczych i obyczajowych.


Sylwia Siedlecka 
„Fosa” 
Wydawnictwo W.A.B. 
Warszawa 2015

(tekst ukazał się pierwotnie w "Nowych Książkach")


czwartek, 6 sierpnia 2015

LUDZKI PAŁAC - Beata Chomątowska "Pałac. Biografia intymna"

Beata Chomątowska pokazuje szacownego jubilata od ludzkiej strony

„Budowa przez Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich Pałacu Kultury i Nauki w stolicy Polski Ludowej w Warszawie jest wydarzeniem tak wielkim i tak głębokim, że niepodobna od razu przewidzieć wszystkich następstw, które ono wywoła”. Wygłoszona trzy lata przed oddaniem Pałacu do użytku opinia oddanego ideałom socrealizmu architekta, którą Beata Chomątowska wykorzystała jako motto swojej książki Pałac. Biografia intymna, brzmi jak klątwa. Klątwa, która się spełniła. „Dar Stalina” na dziesięciolecia naznaczył Warszawę osobliwym piętnem – otumaniał i przestraszał, śmieszył i onieśmielał, irytował i napawał dumą. Po prostu istniał i przy pomocy samego tylko trwania pełnił rozmaite role. Był – i jest nadal – bytem fizycznym, a jednocześnie symbolicznym. Niejednokrotnie stawał się bohaterem literackim – osobliwie często występował w powieściach z gatunku political fiction, gdzie zazwyczaj ulegał zniszczeniu. Chomątowskiej nie interesuje jednak fantastyka – w książce przygotowanej na 60. urodziny Pałacu jest on niezwykle żywy. Przede wszystkim dlatego, że jego historia opisana została poprzez losy związanych z Pałacem ludzi.

Chomątowska przypomina między innymi skomplikowane losy architekta Józefa Sigalina, przedstawia Gieorgija Arkadewicza Karawajewa – radzieckiego pełnomocnika ds. budowy Pałacu, przygląda się radzieckim ekipom budowlanym, dla których na Jelonkach stworzono zamknięte osiedle. Obficie cytując artykuły z ówczesnej prasy, autorka wskrzesza propagandowy charakter wydarzenia, jakim była budowa Pałacu. Najciekawiej jednak robi się wtedy, gdy Chomątowska pokazuje Pałac od obiecanej w tytule intymnej strony. Książka traci wówczas archiwalne oblicze i zbliża się do reportażu, którego bohaterowie odsłaniają przed czytelnikiem tajemnice „betonowego tortu”. Kapitalne wręcz są udostępnione przez kronikarkę PKiN listy, które ludzie z całej Polski pisali do „Drogiego Pałacu”, traktując go jako świeckie bóstwo o nieograniczonej mocy sprawczej. Równie ciekawe – i znacznie bardziej dramatyczne – są opowieści o żyjących w pałacowych podziemiach kotach, a także historie związane z samobójcami skaczącymi z tarasu widokowego.

Najważniejsze jest jednak pytanie, którego Chomątowska nie zadaje wprost (przy jubileuszu nie wypada) – co dalej z Pałacem? Nie udało się zorganizować w nim Muzeum Komunizmu, nie stał się też Warsaw Trade Center. Zasłaniany przez budowane w jego pobliżu wysokościowce coraz bardziej polaryzuje opinię publiczną, ani na chwilę jednak nie wychodzi z roli, którą pełnił przez 60 lat – wciąż jest, o czym przypomina Chomątowska, świadkiem zmian politycznych i społecznym barometrem. Oraz skarbcem pełnym opowieści.


Beata Chomątowska
"Pałac. Biografia intymna"
Znak, Kraków 2015

(tekst ukazał się w zmienionej formie w "Polityce")

niedziela, 28 czerwca 2015

LITERACKA MAPA EUROPY ŚRODKOWEJ - SULINA


SULINA TOUR

Co przyciągnęło w ostatnich latach na czarnomorskie wybrzeże w Rumunii pisarzy z całej Europy – między innymi Włocha Claudio Magrisa, Czecha Emila Hakla, Anglika Nicka Thorpe’a i Polaka Andrzeja Stasiuka (a jest to lista mocno skrócona, będąca zapewne jedynie wierzchołkiem góry lodowej)? Dlaczego współprowadzone przez tego ostatniego Wydawnictwo Czarne za tytuł swojej sztandarowej serii, w ramach której ukazują się poświęcone Europie Środkowej książki literatury faktu, obrało nazwę niewielkiego (4500 mieszkańców) rybackiego miasteczka u ujścia Dunaju do Morza Czarnego? Na czym polega magia Suliny, w której na dobrą sprawę zwiedzić można jedynie latarnię morską, cerkiew i  wieżę ciśnień? No i port – serce tego rumuńskiego miasta, które poza sezonem turystycznym jest niemal wymarłe. Zresztą turyści przyjeżdżają do Suliny (czy raczej przypływają promem z Tulczy) najczęściej na jeden, góra dwa dni. Atrakcją jest sama wycieczka po delcie Dunaju. Dlaczego zatem ta zagubiona wśród trzcin, piasku i rdzewiejących wraków Sulina jest atrakcyjna literacko? Odpowiedź jest prosta, ale nie zdradzajmy jej od razu. 

Najpierw – pierwsze spotkanie z miastem. Gdybyśmy chcieli polegać na opisach autorów, którzy o Sulinie pisali (czy raczej – napomykali), wrażenie zazwyczaj jest odstręczające.

Sulina zdaje się miejscem opuszczonym, wygląda jak plan filmowy w jakiś czas po nakręceniu zdjęć, gdy ekipa porzuciła już niepotrzebne dekoracje, kostiumy i rekwizyty(…).
Plaża jest szeroka, ludzie wyglądają jak abstrakcyjne manekiny, w piasku tkwi kilka bezużytecznych radarów, niczym wraki okrętów lub szkielety gigantycznych ptaków, starych żurawi o pożółkłych i rdzawych piórach, unoszących taoistycznych mędrców do ich nieba. Matowe i oleiste morze pachnie naftą i kołysze te same co zwykle odpady.
(Claudio Magris, „Dunaj”, tłum. Joanna Ugniewska, Anna Osmólska-Mętrak, Czytelnik, Warszawa 2004; wydanie oryginalne – 1986).





 



Droga nad morze ciągnęła się przez pustynny bezdrzewny wygon. Wraki statków, holowników i kutrów rdzewiały w piasku. Woń zwierzęcego nawozu wisiała nad okolicą jak gorąca mgła. Słone podmuchy od morza ginęły w niej bez śladu. W szarożółtym pejzażu tkwiły betonowe bunkry. (Andrzej Stasiuk, „Jadąc do Babadag”, Czarne, Wołowiec 2004)











Przede mną rozpościera się piaszczysto-błotnista równina pełna darni i krowich placków. Na horyzoncie dominuje kadłub statku towarowego pozbawionego nadbudówki. Wystaje z plaży, podparty belkami ze wszystkich stron, zardzewiały i ciemny. Za nim kłębi się oleisto-tęczowy pas morza(…).
Szarożółte słońce ląduje w szarożółtych wodach. Wrak statku ciemnieje, morze lśni jak ołów.
(Emil Hakl „Zasady śmiesznego zachowania”, tłum. Julia Różewicz, Afera, Wrocław 2013; wydanie oryginalne – 2010)








Sulina pławi się w wiosennym słońcu – stare statki rdzewiejące w szuwarach, ulice jednopiętrowych domów pozwracanych mniej więcej w stronę porośniętych trzciną brzegów, kopulaste wieże cerkwi w centrum miasta(…).
Trudno jest ocenić, które części miasta się restauruje, a które popadają w ruinę. Buldożery przekopują się przez boczne uliczki, zmieniając w błoto glebę pod porozdzieranym asfaltem. W nowszych czteropiętrowych blokach, które powyrastały na brzegu w czasach komunistycznych, nie ma centralnego ogrzewania. Taka anarchia panuje w kapitalistycznej Rumunii – jeden ogrzewa drewnem, drugi gazem, jeszcze inny prądem. Miejski szpital cierpi na brak środków i grozi mu zamknięcie.
(Nick Thorpe, „Dunaj. Opowieści o ludziach znad wielkiej rzeki”, tłum. Maria Świerzewicz, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2014; wydanie oryginalne – 2013)





Słowa kluczowe: piach, pustynia, błoto, bagno, wrak, rdza, pustka. Jeśli morze, to oleiste. Gdybyśmy chcieli przedstawić historię Suliny w formie sinusoidy, ostatnie lata będą z pewnością wychyleniem krzywej w dół wykresu. Podkreśla to zwłaszcza Thorpe, który co chwila narzeka na zniszczenia spowodowane rządami komunistycznymi. Wcześniejsza hossa, o której za chwilę, była w zasadzie jedynym rozbłyskiem związanym z Suliną. Natomiast wszystko, co wydarzyło się przed 1856 rokiem, kiedy powstała Europejska Komisja Dunaju, a jej siedziba została ulokowana właśnie w Sulinie, to znów bessa, mająca swój początek w mrokach dziejów. O zagubionej wśród wód i trzcin wiosce rybackiej nie słyszał właściwie nikt poza jej mieszkańcami. Była nieistotnym punktem na mapie, nazwą związaną z ujściem Dunaju do Morza Czarnego – i z tego powodu od czasu do czasu pojawiającą się w zapiskach marynarzy i podróżników. Po raz pierwszy na nazwę Sulina – jako nazwę rzeki, a nie osady –  natrafiamy w liście Konstantyna VII Porfirogenety do jego czternastoletniego syna Romana. Jest to fragment dzieła „De Administrando Imperio” („O zarządzaniu państwem”) z roku 952. Cytuję za Thorpem: „Rusowie przypływają Dnieprem nad Morze Czarne w wydrążonych łodziach, mijając ujście Dunaju aż do rzeki Selinas [Sulina], a nieustannie nęka ich plemię Pieczyngów, ci uderzą na każdą łódź, która odstaje od reszty, i tak aż do samego wybrzeża Konstantynopola”.

W porównaniu z niezbyt odległymi miastami i miejscami Sulina nie może pochwalić się związkami ze starożytną historią czy mitologią, jak choćby Konstanca, czyli antyczne Tomis, gdzie przebywał na zesłaniu Owidiusz. Jak położona niedaleko Mahmudii nad południową odnogą Sfintu Gheorge forteca Salsovia, w której Konstantyn I Wielki kazał zabić cesarza rzymskiego Licyniusza. Albo wyspa Leuke (Leuce), leżąca na Morzu Czarnym niedaleko ujścia Dunaju, gdzie według jednego z cyklików, Arctinosa, znajduje się grób Achillesa (Arctinos wspomina o tym w „Etiopidzie”, dziele objaśniającym „Iliadę” i rozwijającym jej fabułę. Homer, co można wyczytać w „Odysei”, lokował grobowiec trojańskiego bohatera gdzie indziej – na brzegu Hellespontu, czyli dzisiejszej cieśniny Dardanele. Arctinos zafundował Achillesowi pośmiertną podróż – Tetyda miała wykraść ciało syna, spalić je, a urnę z prochami pochować właśnie na Leuke). A są jeszcze bliźniacze miasta – rumuńskie Chilia Veche i ukraińska Kilia – leżące po przeciwnych brzegach rzeki Kilii, północnej odnogi meandrującego ku ujściu Dunaju. Tak, nazwy te brzmią znajomo – według niektórych źródeł miasto nazywało się uprzednio Achillea, wieki temu leżało sporo mil na wschód, zanim Morze Czarne zalało przybrzeżne tereny, oszczędzając jedynie skrawek lądu, będący dzisiejszą wyspą Leuke. No i są jeszcze przecież Argonauci, którzy według Apolluniusa i jego „Argonautiki” wracali z Kolchidy przez Dunaj. „Istnieją dwie drogi powrotne do Grecji – powiedział im Kytisoros, syn Friksosa. – Jedna to ta, którą przybiliście, a druga Dunajem, wielką, szeroką rzeką, którą można płynąć aż do następnego morza, a doprowadzi nas ono okrężną drogą do Morza Egejskiego na zachodzie”. Jakkolwiek jest to trasa mocno kontrowersyjna z punktu widzenia geografii (za czasów Jazona płynąc Dunajem pod prąd nie można było dotrzeć do żadnego morza – zmieniło się to dopiero po przekopaniu kanału Ren-Men-Dunaj, który oddano do użytkowania w 1992 roku), argonauci musieli płynąć tuż obok miejsca, które później zostało nazwane Suliną. Później? Pomimo braku źródeł pisanych Sulina także chce się dopominać o swój prehistoryczny mit założycielski. Może nie tyle sama Sulina, co XIX-wieczny rumuński etnolog Nicolae Densusianu, który w swoim opasłym dziele „Dacia Preistorică” przedstawiającym dzieje Dacji przywołuje lokalne podanie ludowe o słońcu i księżycu. Oto Helios–Słońce zapragnął się ożenić, ale po wieloletnich poszukiwaniach nie znalazł wybranki tak pięknej jak jego siostra Ileana Cosânzeana, czyli Księżyc. Ileana zgodziła się na ślub, ale obawiając się klątwy niebios za kazirodztwo wymusiła na bracie kilka podstępnych warunków – ślub, udzielony przez kapłana z wosku, ma odbyć się w kościele z wosku, który znajduje się po drugiej stronie woskowego mostu. Helios zgodził się bez wahania. Kiedy jednak wszystko było gotowe, most stopił się pod stopami Słońca i niedoszli nowożeńcy wpadli do wody. Bóg ulitował się nad nimi i nie pozwolił im zginąć – umieścił Słońce po jednej stronie nieba, a Księżyc po drugiej, aby mogli się widzieć, ale nie mogli spotkać. W różnych wersjach tego podania Ileana przybiera różne imiona – raz jest to Diana, raz Luna, a raz Selina bądź Sulina. Densuianu podejrzewa, że to właśnie w okolicy czarnomorskiego wybrzeża u ujścia Dunaju miała odbyć się według legendy uroczystość zaślubin brata i siostry.

Piękno tej legendy każe umieścić ów prehistoryczno-mityczny punkt startowy sulińskiej sinusoidy dziejowej ponad osią odciętych. Potem – aż do wieku XIX – była wielowiekowa cisza. Do roku 1856, kiedy pod koniec wojny krymskiej ówczesne mocarstwa – Wielka Brytania, Rosja, Austro-Węgry, Turcja, Francja, Prusy i Włochy – powołały na mocy traktatu paryskiego Europejską Komisję Dunaju (Commission Européenne du Danube/European Commission of the Danube). Głównym zadaniem komisji, która swoją kwaterę miała właśnie w Sulinie, było uczynienie dolnego Dunaju rzeką żeglowną. Prace komisji, które zaplanowano na dwa lata, trwały aż do II wojny światowej, a koncentrowały się przede wszystkim na Regulation, czyli zamienieniu w żeglowny kanał środkowej odnogi wpływającego do Morza Czarnego Dunaju, odnogi zwanej tak jak miasto leżące u jej końca – Sulina. Prace prowadzone w delcie Dunaju wyrastały jednak ponad aspekt hydrologiczno-melioracyjny. Usprawnienie żeglugi rzecznej miało charakter ekonomiczny, ale też polityczny – Komisja stała na straży obcych kapitałów i de facto pełniła rolę międzynarodowego nadzorcy nad wydarzeniami w Europie Środkowej. Było to porozumienie ponad podziałami. Tak naprawdę w Sulinie narodził się zalążek idei zjednoczonej Europy. Sama Sulina stała się zaś kosmopolityczna. Wspomnieć trzeba, że w pracach nad przystosowaniem kanału Sulina do żeglugi (nadzorował je Anglik Charles Hartley, który zdobywał w Rumunii pierwsze szlify w tym fachu – w latach późniejszych pracował przy poszerzaniu Kanału Sueskiego i prostowaniu szlaku wodnego przez meandry Mississippi) udział brało wielu cudzoziemców. Thorpe przytacza dane, z których wynika, że w roku 1900 w Sulinie mieszkali przedstawiciele 23 narodowości. Ponad połowę mieszkańców stanowili Grecy. Mieszkali tu poza tym Rumuni, Ormianie, Turcy, Żydzi, Anglicy, ale także przedstawiciele innych nacji, w tym – uwaga! – 10 Senegalczyków i 5 Etiopczyków. Sulina zawdzięcza więc swoją wielkość obcokrajowcom. I to nierzadko nie byle komu – dla przykładu woda pitna pojawiła się w Sulinie dzięki królowej Holandii Emmie, która – po tym, jak zeszedłszy ze statku na sulińskim nabrzeżu wprawiła w popłoch portową służbę, prosząc o szklankę wody – zasponsorowała budowę wieży ciśnień. Sulińska infrastruktura wzbogaciła się w tamtych latach także o latarnię morską oraz wiele innych budynków użyteczności publicznej. Tak oto w ciągu pół wieku małe rybackie miasteczko stało się znaczącym portem morskim i najważniejszym w regionie ośrodkiem żeglugi śródlądowej.

O szybkim rozwoju Suliny wspomina między innymi angielski pisarz i podróżnik Walter Jerrold:

Sulina, miasteczko położone na nizinie po wschodniej stronie wielkiej delty, rozrosło się z wioski z kilkoma glinianymi chatkami do miasta z pięcioma tysiącami mieszkańców dzięki pracom podjętym ponad pół wieku temu przez Europejską Komisję Dunaju.

Wydana w 1911 roku monografia „The Danube“ jest jednym z pierwszych książkowych opisów Dunaju, a co za tym idzie – także leżącej u jego ujścia Suliny. Od kiedy Dunaj stał się dostępny dla żeglugi niemal na całym odcinku (od Ulm można płynąć po Dunaju jednostkami o masie do 2 ton, zaś od Kelheim, leżącego 500 kilometrów od źródła rzeki, także większymi), wyprawa wzdłuż Dunaju stała się jedną z żelaznych pozycji zaawansowanej turystyki. W opisach tej trasy, będących niepowtarzalną lekcją środkowoeuropejskiej geografii, historii i kultury, Sulina pełni niepoślednią rolę. W roku 1881 pojawia się w tytule dzieła niemieckiego dziennikarza i podróżnika, autora szczegółowych przewodników turystycznych Alexandra F. Hekscha – „Illustrirter Führer auf der Donau, von Regensburg bis Sulina”. Następny był wzmiankowany Jerrold, który Sulinie – jako siedzibie Komisji i rozwijającemu się miastu – poświęca, podobnie jak Heksch, sporo uwagi, choć są to głównie opisy techniczne związane z kanałem i żeglugą. Jeszcze bardziej specjalistyczną wymowę ma raport słynnego badacza Jacquesa Cousteau, który w latach 1990-1992 przepłynął cały Dunaj, zbierając dane na temat jego zanieczyszczenia. Dopiero Claudio Magris w „Dunaju” wyszedł poza aspekt naukowy i krajoznawczy – jego książka jest brawurowym esejem, w którym geografia, historia, polityka, socjologia, a nawet psychologia, stanowią zaledwie podglebie dla kulturowego opisu. Jest to zresztą opis nie tylko Dunaju i leżących nad nim ziem, nie tylko podróży z Donaueschingen (łamane przez Furtwangen – obie niemieckie miejscowości roszczą sobie prawo do szczycenia się mianem miejsca, w którym rodzi się najpotężniejsza europejska rzeka), ale podróży w ogóle. „Dunaj” Magrisa to erudycyjna książka-medytacja. Inaczej jest z „Dunajem” Nicka Thorpe’a, który parę rzeczy wywraca do góry nogami. Po pierwsze – trasa wędrówki. Za punkt wyjścia Anglik obiera Sulinę (poniekąd nie bez racji – wszak sulińska latarnia morska to „kilometr zero”, od którego mierzy się długość Dunaju, zaś samo słowo „ujście” jest w wielu językach tożsame z „ustami” – jest przecież angielskie „mouth” czy niemieckie „Mündung”, a i w polskim „ujściu” pobrzmiewają „usta”, stąd choćby nazwa Ustki). Thorpe „wchodzi” więc do Dunaju poprzez usta, naturalną drogą – sulińscy rybacy, którzy dowiadują się, że Anglik wybiera się w podróż w górę Dunaju, śmieją się, że Thorpe to „jesiotr, który płynie w górę rzeki na tarło”. Jest jednak w tym śmiechu aprobata dla podpatrzonego u ryb postępowania zgodnego z ich odwiecznym charakterem. Po drugie – Thorpe nie zważa na swoich poprzedników. „Z całym szacunkiem dla szlachetnych wysiłków poprzednich autorów jestem przekonany, że mam do zaproponowania coś innego”. Klasyczną pozycję Magrisa Anglik wspomina tylko w wykazie bibliograficznym, w tekście nie powołuje się na nią ani razu. Ani jednej wzmianki nie ma też o książce jego rodaka Jerrolda, nie mówiąc o Hekschu (jest za to wspomniany Stasiuk i jego „Jadąc do Babadag”). Być może dlatego, że – po trzecie – „Dunaj” Thorpe’a nie ma ani pretensji eseistycznych (choć pojawiają się tutaj kulturowe nawiązania), ani krajoznawczych. To pierwszej – nomen omen – wody reportaż, w której autor bardzo często oddaje głos mieszkańcom naddunajskich okolic. Stąd podtytuł polskiej edycji – „Opowieść o ludziach znad wielkiej rzeki” (inna sprawa, że oryginalny podtytuł – „A Journey Upriver from the Black Sea to the Black Forest” – z owej reporterskiej bliskości rezygnuje, skupiając się na językowej zbieżności nazw geograficznych ilustrujących odmienny od dotychczasowych kierunek podróży – Black Forest to Schwarzwald, gdzie Dunaj ma swoje źródła).

Sulina, jak widać, doczekała się wielu wzmianek w ważnych dziełach mniej lub bardziej literackich, lecz nie miała szczęścia do opisów powieściowych i nie stała się – z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę – areną fikcyjnych wydarzeń (sprawą do zbadania pozostaje poetycki potencjał Suliny – wszak naddunajskie miejscowości obrosły w setki wierszy; Dunaj jest poetycko opisany od źródeł – „U źródła Dunaju” Hölderlina – po ujście: ukraiński Izmaił nad Kilią wzmiankowany był w Byronowskim poemacie „Mazeppa” czy też w pierwszej wersji rosyjskiego hymnu autorstwa Gawriły Dierżawina). 

Sulina jako bohaterka powieści mignęła jedynie w zakończeniu opublikowanej po raz pierwszy w 1908 roku przygodowo-kryminalnej książki Julesa Verne’a „Pilot dunajskich statków” (tłum. Marek Sowiński, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1990) (do kosmopolitycznego panteonu autorów zafascynowanych Dunajem i Suliną dodajemy niniejszym – obok wspomnianych już przedstawicieli Niemiec, Anglii, Włoch, Polski i Czech – także Francuza). Jeden z bohaterów powieści, który chce niezauważony dotrzeć do ujścia Dunaju, słyszy dobrą radę: „Ludzie, którzy się ukrywają, nie płyną przez Sulinę” – naddunajskie nabrzeża w Sulinie pełne są bowiem tłumów wyczekujących wpływających tam i wypływających stamtąd statków i łodzi. W Sulinie nie da się ukryć w tłumie, dlatego bohaterowie powieści Verne’a wybierają Kilię, choć przez moment zastanawiają się nad przedzieraniem się przez kanaliki gęstą siecią pokrywające deltę Dunaju.





Sama delta była w literaturze wzmiankowana częściej niż Sulina. Jeśli chodzi o powieści obcojęzyczne – poza Vernem wspomina o niej choćby Hakl, w którego powieści bohaterowie gubią się w labiryncie kanałów pokrywających deltę. W utworach tych nie ma jednak słowa o prawdziwych bohaterach delty, czyli zamieszkujących ją lipowanach (u Magrisa – może to kwestia błędnego tłumaczenia? – występują jako lipowianie), tutejszych rybakach, potomkach starowierców, którzy opuścili Rosję w XVIII wieku z powodów religijnych i przez Mołdawię przedostali się na Bukowinę. Ich życie stało się natomiast częstym tematem prozy rumuńskiej, tworzonej choćby przez Oskara Waltera Ciska (Cisek pisał akurat po niemiecku – jego najgłośniejsza powieść to wydana w 1937 „Strom ohne Ende”), Mihaila Sadoveanu (kilka „rybackich” książek tego komunizującego autora zostało w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przetłumaczonych na język polski, jednak tak się składa, że ani „Wyspa Kwiatów”, ani „Droga do Harlau” nie opowiadają o mieszkańcach delty) oraz Ştefana Bănulescu. O ich utworach wspomina w swojej książce Claudio Magris:

Literatura poświęcona delcie przedkłada wprawdzie mróz nad letnią spiekotą; Cisek opisuje rybaków, którzy w zimie wybijają przeręble w poszukiwaniu zdobyczy, a Stefan Bănulescu opowiada o mroźnym i tnącym wietrze crivaƫ, przywołuje wicher i zawieję śnieżną, skrzypienie pękającego i topniejącego lodu. Toposem tej literatury, jej par excellence epicką scenerią pozostaje naturalnie powódź, gdy Dunaj wylewa i zatapia wioski, przypływ dewastuje stajnie, chaty, leśne kryjówki, wrzuca do spienionej wody, niby w powszechnym potopie, dzikie i domowe zwierzęta, woły, jelenie i dziki(…)
Delta to labirynt ghioli, wodnych ścieżek, wijących się pośród trzcin, a zarazem mapa kanałów regulujących przepływ wód i szlaki labiryntu. Epos delty zawarty jest w bezimiennych historiach, które rozgrywały się wśród lipowskich rybaków, w chatach z trzciny i sitowia, pośród lodu i zatapiającej domostwa odwilży.

Na „epos delty” składają się głównie dzieła wspomnianej trójki rumuńskich autorów. Co składa się z kolei na epos Suliny? Tylko jedna powieść. Ale za to już w tytule nadająca miastu status niemalże europejskiej stolicy. Mowa o „Europolis” rumuńskiego pisarza Eugeniu Boteza, publikującego pod pseudonimem Jean Bart, pożyczonym od nazwiska XVII-wiecznego francuskiego admirała. Botez, dosłużywszy się w marynarce stopnia komandora, przyjął odpowiedni pseudonim artystyczny i poświęcił się pisaniu (i tak to zostawmy – „pisaniu”, a nie „literaturze”, ponieważ jego książki nieco kuleją pod względem artystycznym). Zaczął od tematyki marynistycznej – jego pierwsza książka nosi tytuł „Dziennik pokładowy” – i pozostał jej wierny. Tytuły kolejnych: „Ocean ryb”, „W Delcie” (tak, chodzi o TĘ deltę), „Na drogach wodnych”. „Europolis” (tłum. Danuta Bieńkowska, Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1974; wydanie oryginalne – 1933) to jego ostatnia i zarazem najbardziej znana powieść. Tłem dla fabuły – która osnuta jest wokół dramatycznych dziejów Nicoli Marulisa, marynarza wracającego po czterdziestoletniej służbie morskiej wraz ze swoją córką do Suliny – jest właśnie drobiazgowo opisana Sulina, która w ciągu tych czterdziestu lat  zmieniła się nie do poznania, stając się jednym z najważniejszych czarnomorskich portów, siedzibą komisji dunajskiej i miastem o sporej randze w środkowej Europie. Ale Sulina ma też swoje ciemne strony – to przede wszystkim ogromne kontrasty społeczne, izolacjonizm warstw uprzywilejowanych i niepewna przyszłość. Za wielkomiejską, kosmopolityczną maską kryje się dramat tubylców. Bart przedstawia w „Europolis” ten wyjątkowy okres w dziejach Suliny, kiedy jej wielkość powoli zaczyna chylić się ku upadkowi. Relacjonuje Magris:

Miasto, jak sugeruje wyimaginowany tytuł powieści, żyje jeszcze w aureoli bogactwa i przepychu, pozostaje portem usytuowanym na wielkich szlakach, gdzie spotyka się ludzi z dalekich krajów, niejasno marzy o fortunie, obraca pieniędzmi, ale przede wszystkim je trwoni.

Dopowiada Bart:

Tu człowiek czuje się w jak w koloniach. Handel lewantyński przyciąga różnego pokroju awanturników, którzy włóczą się tutaj, by coś złowić w mętnej wodzie Dunaju. Mozaika ras, rozmaite nacje, typy, języki. Maleńki światek komisji – to Europa w miniaturze; ma ona swoje dekoracje, kulisy, protokół dyplomatyczny, żyje własnym życiem. To krąg zamknięty, nieprzenikniony, izolowany doskonale. Komisja trzyma się z daleka, pod maską grzeczności ukrywa słabość powiązań z rdzenną ludnością, wśród której przebywa tutaj u bram Wschodu.

Barta wyjątkowo drażni ta sulińska schizofrenia – polityczna, ekonomiczna, architektoniczna i społeczna – czego najlepszym przykładem jest rozmowa doktora Rudobrodego z drugim oficerem statku „Mircea”, kapitanem Mincu, który, przechodząc od kpin do oburzenia, objaśnia przybyszowi skomplikowany status Suliny.

- Widzisz teraz miasto jak na dłoni. Zauważ, że większość domów jest z drewna. 
- A gdyby wybuchnął pożar? 
- Nie ma obawy, nie zdarzają się tu pożary, bo towarzystwa ubezpieczeniowe nie ubezpieczają drewnianych domów. To jedyna chyba gmina miejska, która nie ma nawet straży pożarnej. W wyjątkowych wypadkach pomagają marynarza i pilotówka Petrel, która ma pompę parową. 
- A cóż to za olbrzymi gmach, wyróżniający się na tle miasteczka? 
- To pałac Europejskiej Komisji do Spraw Dunaju. Imponujący, monumentalny jak siedziba gubernatora w koloniach. Domy wokół niego to mieszkania wyższych urzędników tej komisji. Widzisz, jakie to eleganckie wille, obrośnięte bluszczem i glicyniami? Trawniki, krzewy, cieniste aleje, rabaty kwiatów, tereny sportowe… rozmieszczone symetrycznie, z geometryczną precyzją. Czystość, ład, angielski komfort. Wyspa, skrawek cywilizacji w prymitywnym pustkowiu Delty(…). 

- Sulina jest jednym z najoryginalniejszych punktów naszego globu – podjął drugi oficer.
Doktor z uwagą zwrócił ku niemu głowę.
- Tak, tak, żebyś wiedział. Zaraz się o tym przekonasz. Bo, proszę, czy gdzieś jeszcze na świecie istnieje taka sytuacja? Posłuchaj. Wysiadasz tutaj, w porcie rumuńskim, idziesz wzdłuż nabrzeża pierwszą ulicą w kierunku pałacu komisji i nagle stajesz jak wryty. Ulica jest zamknięta. Drewniany płot, pomalowany na zielono, zamyka drogę. Można by powiedzieć, że gapisz się jak cielę na nowe wrota, gdyby nie to, że wrota te są bardzo stare, mają chyba ze siedemdziesiąt lat. Czy jest na świecie drugie miasto, którego ulicę przecina płot, stanowiący granicę między dwoma państwami? 
- Jak to: między dwoma państwami? 
- Właśnie tak. Spójrz, z prawej strony płotu jest Rumunia, z lewej Europejska Komisja do Spraw Dunaju. Zwróć uwagę na barwy sztandarów: z prawej powiewa trójbarwna chorągiew rumuńska, z lewej widać godło komisji: na białym tle niebieskie i czerwone pasy oraz te trzy inicjały: C.E.D. 
- Rzeczywiście… To dziwne! – zdumiał się doktor. 
- A ten zielony płot – to granica. Współczesny Rubikon. Suwerenność Rumunii sięga tylko do zielonego płotu. Władze miejscowe nie mogą stanąć na terytorium komisji, która korzysta z prawa neutralności i przywilejów pochodzących jeszcze z okresu kapitulacji tureckiej. 
- Czy komisja uchodzi za państwo dlatego, że posiada własny sztandar? – zapytał doktor. 
- Oczywiście – odparł drugi oficer. – Mamy przed sobą niepodległe państwo, co prawda w miniaturze, ale całkiem samodzielne, korzystające z trzech rodzajów władzy: ustawodawczej, sądowniczej i administracyjnej.

Naiwnemu doktorowi Bart nie omieszkał włożyć w usta pytania, które trapiło w tamtym czasie wiele osób: „Po co jest ta cała komisja?”. Mincu spieszy z wyjaśnieniami na temat jej fasadowości i zbędności:

Po wojnie krymskiej, kiedy Turcja nie mogła, Rosja zaś nie chciała utrzymywać żeglugi przy ujściu Dunaju, stworzono prowizoryczną komisję europejską do spraw technicznych, aby wielkie mocarstwa mogły przysyłać tutaj swe statki i ładować na nie rumuńskie zboże. Zajmując Dobrudżę staliśmy się panami ujścia Dunaju, dostaliśmy je w spadku po Turkach. Obecnie komisja nie odpowiada już nowym warunkom, jest tworem archaicznym, wyjątkiem bez precedensu, nie ma drugiej takiej na całym globie. Mimo że powołano ją na krótko, jeszcze dotąd wegetuje, zgodnie z powiedzeniem, że nic nie jest tak trwałe jak prowizorka… Rozmaici tutejsi mieszkańcy, autochtoni i ludzie obcy, odnoszą się do komisji z szacunkiem i lękiem. Cicha walka między władzą państwową i międzynarodową instytucją trwa tu już z górą pół wieku.

Nietrudno w perorach Mincu dostrzec przesycone rumuńskim nacjonalizmem populistyczne stanowisko samego Barta (Anglicy, przy aprobacie europejskich mocarstw, wywożą rumuńskie zboże!), który zdaje się w swoim gniewie nie dostrzegać dobrych stron istnienia komisji, która bądź co bądź doprowadziła do niebywałego rozwoju Suliny. Tendencyjny ton Barta niknie na szczęście, gdy trzeba konstruować wątki fabularne, aczkolwiek krytycyzm wobec działań międzynarodowych zwierzchników Suliny w pełni dojdzie do głosu w katastroficznym wręcz epilogu. Bart, niejako mszcząc się na kaście wyzyskiwaczy, postanawia bowiem Sulinę uśmiercić. Najpierw przedstawia, nieco koloryzując, wizję rychłego upadku:

W ciągu paru lat… ileż zmian… Sulina dogorywała.
Zamulało się ujście Dunaju… Tam, gdzie była woda, teraz ciągnął się ląd… Olbrzymie ławice piasku, naniesionego przez rzekę, wyrastały jak wyspy na powierzchni morza, zamykając kanał. Pracowano dzień i noc, daremnie grzebiąc się na dnie morza. Natura była niezwyciężona,
Zabrakło potrzebnej dla ładownych statków głębokości. Jedne czekały na redzie, nie mogąc wpłynąć, inne stały w porcie, nie mogąc go opuścić. Było to żałosne. Żegluga zablokowana. Handel zrujnowany. Ludzie niespokojni(…).
Sulinę trzeba było porzucić. Ludność zmniejszała się z każdym rokiem. Miasto pustoszało. Port umierał.

Bart nie zdaje sobie (nie chce sobie zdawać?) jednak sprawy z tego, że nabrzeże pełne rdzewiejących statków nie jest niczym nowym w sulińskim krajobrazie. Wspominał już o tym Charles Hartley, który tak opisywał wygląd tamtejszego portu jeszcze przed przystąpieniem do prac pogłębiania kanału (cytuję za Jarroldem):

Wejście do kanału w Sulinie było dzikim nabrzeżem, upstrzonym wrakami, kadłubami i masztami wystającymi z zatopionych łach.

Wrakowisko było, jest i będzie stałym elementem sulińskiego krajobrazu – jest to związane z postępującymi w dość szybkim tempie zmianami zachodzącymi w delcie Dunaju, w tym nanoszeniem przez uchodzącą do morza rzekę mułu, wędrówkami wydm, erozyjnym działaniem fal morskich, podnoszeniem się poziomu morza na skutek globalnego ocieplenia etc. Gdy w 2011 roku Nick Thorpe rozmawia z Marią Sinescu, kustoszką w latarni morskiej w Sulinie, powtarza ona tezy Barta, ale w nieco mniejszej skali i na pewno nie tak alarmistycznym tonem. Zapytana, czy Sulina może na nowo rozkwitnąć, Sinescu odpowiada: „Tego nie mogę zagwarantować, mogę tylko mieć na to nadzieję. Historia zawsze się powtarza”. Bart takiej nadziei nie daje, snuje za to apokaliptyczne wręcz wizje:

Tak! To miasto jest skazane… miasta też rodzą się i umierają… na naszych oczach musi zniknąć to ludzkie osiedle.
Wrota Suliny zamkną się całkowicie i na zawsze. Człowiek zostanie pokonany przez naturę. Spróbuje otworzyć sobie inną odnogę rzeki. Porzucona Sulina zniknie jako miasto.
Stworzona dla potrzeb żeglugi nie ma racji bytu, skoro drogi wodne przeniosą się gdzie indziej.
Nowe miasto portowe niewątpliwie powstanie przy innej odnodze Dunaju.
Sulina będzie oznaczała na mapie małą rybacką wioskę, zapomnianą na brzegu morza.

Ów – jak to nazywa Bart – „werdykt losu” wygłasza w powieści Neagu, marynarz, który w tętniącej życiem Sulinie, ongiś przeżył miłosne uniesienia, a kilka lat później, przybywszy do podupadłego portu, rozmyśla o nędznej przyszłości miasteczka. Jasne jest jednak, że jest to stanowisko samego autora, który uważa, że Sulina zniknie z powierzchni ziemi, a pamięć o niej będą przechowywać jedynie archeologowie pochylający się z uwagą nad wykopanymi z piasku i mułu pozostałościami miasta. Proroctwa Barta się, jak dotąd, nie sprawdziły – Sulina może nie odzyskała dawnego blasku, lecz zachowała pewien portowy prestiż. Wraki zaś, które w epilogu „Europolis” pełniły rolę znaczących elementów Bartowskiego Apocalypsis Sulinaesis, stały się w istocie jednym z najbardziej rozpoznawalnych fragmentów sulińskiego krajobrazu stanowiących o jego esprit; można je wręcz uznać za jeden z nieorganicznych cudów Rezerwatu Biosfery Delty Dunaju. To malowniczy wyznacznik Suliny, o którym pisze każdy, kto poświęca Sulinie choćby trochę uwagi.

Czarnowidztwo Barta i ironiczny, czy wręcz cyniczny cudzysłów, w jaki należy brać tytuł jego powieści, nie spowodowały, że sulińczycy pragną o nim zapomnieć. Wręcz przeciwnie – jako pierwszego (i na dobrą sprawę jedynego) literackiego piewcę miasteczka uhonorowano go należycie, nazywając jego mianem pensjonat znajdujący się w centralnym punkcie Suliny, nad samym kanałem. Zatrzymał się w nim (czy to nie symboliczne?) Nick Thorpe podczas swojego pobytu w Sulinie („Panuje tu duch Dzikiego Zachodu, w jadalni są ciężkie drewniane boazerie, a w moim pokoju z wysokim sufitem geranium na parapetach, pachnące czarnym pieprzem”). Innym, choć nieco mniej namacalnym śladem po rumuńskim pisarzu-maryniście jest kolejny hotel – Europolis, o którym z kolei pisze Stasiuk („Hotel Europolis był zamknięty i cichy”) (czyż to nie symboliczne w dwójnasób – ów upadek upadku?). Być może przed rokiem 2004 (rok wydania „Jadąc do Babadag”) hotel wychylał się już mocno w stronę niebytu, ponieważ na współczesnych mapach Suliny takiego hotelu nie ma. Niewykluczone jednak, że Stasiuk pomylił hotel Europolis z pensjonatem Jean Bart, a może nałożyły mu się miasta (hotel Europolis znajduje się – o ironio – w Tulczy; tam też ma swoją siedzibę teatr imienia Jeana Barta)?. Autorka przekładu „Europolis” wspomina w przedmowie do powieści, że Bart ma także „niewielką, wysadzaną topolami uliczkę w Bukareszcie”, ale dzisiejszy plan tego nie potwierdza (byłoby to frapujące, jeśli z jakiegoś powodu odebrano Bartowi ten patronat). W Sulinie uliczki Jeana Barta brak – swoją drogą nazewnictwo ulic jest tam nieskomplikowane: biegnące równolegle do kanału ulice są po prostu numerowane, począwszy od głównej ulicy nabrzeżnej, czyli Strada I, zwanej też Strada Deltei.

Te wszystkie mniej lub bardziej znaczące powiązania topograficzno-literackie są niezwykle intrygujące. Można wręcz na podstawie literackich opisów Suliny (Bart, Magris, Stasiuk, Hakl, Thorpe) wykreślić mapę tamtejszych obiektów mieszczących się w kategorii „must- see”. Oto, punkt po punkcie, elementy literackiego Sulina Tour:

1. Nabrzeże (koniecznie w godzinach przypłynięcia lub odpłynięcia promu z Tulczy).

Okienka stacji rzecznej są zamknięte, a niewielki, zagubiony tłumek ustawia się w nieregularną kolejkę, nie wiedząc, czy i kiedy będzie można kupić bilet. (Magris)

W Sulinie przybiliśmy przy głównej ulicy. Na nabrzeżu tłum wyczekiwał swoich. Wzdłuż strata Deltei rosły drzewa i zalegał cień(…).
Koło piątej po południu na przystań zaczęły zjeżdżać furmanki, ręczne wózki i rowery. Nadchodzili ludzie. Z zachodu, z Tulczy, nadpływał prom „Moldova”. Wiózł wieści, towary i pasażerów, a oczekujący przypominali mieszkańców wyspy. Statek przybywał z głębi lądu, a oni wyczekiwali go, jakby zjawiał się z dalekich mórz. (Stasiuk)

Nasz prom przybywa do Suliny zgodnie z planem, o piątej trzydzieści. Na nabrzeżu czeka tłum ludzi oraz furmanka. Trap rozwija się z gruchotem, grube liny z poskręcanego drutu obwiązuje się wokół słupków. Słychać śmiech – to krewni wpadają sobie w ramiona, starsze małżeństwa cmokają się w policzki, potem biorą bagaże. Prawie całe miasto zeszło na nabrzeże popatrzeć na nowo przybyłych, nawet jeśli nie ma wśród nich nikogo znajomego. Dla odciętych od reszty świata przez wodę i porośnięte trzciną brzegi codzienny statek z Tulczy jest wydarzeniem(…).
Gwarny tłum ludzi śpieszy na prom do Tulczy o szóstej trzydzieści, chłopcy przepychają się z rowerami, kobiety z trzema, czterema torbami na zakupy w każdej dłoni. (Thorpe)

1 i ½.  Obowiązkowy przerywnik na zadumę nad śmieciami niesionymi przez fale Dunaju.

Do Suliny docierają teraz niesione przez Dunaj odpady. (Magris)

W bagiennych zapadliskach, w kolczastych karłowatych zaroślach połyskiwały ławice śmieci. Błękitnoszary plastik butelek lśnił trupio jak brzuch martwej ryby. (Stasiuk)

Kawałek dalej płynie po wodzie papierek po produkcie zwanym Genius. (Hakl)

2. Latarnia morska i inne budynki powstałe w czasie pracy Komisji (koniecznie trzeba dodać coś o minionej sławie i o upływie czasu).

Poza cytowanym passusem z Barta, poświęconym budynkom Komisji, oraz drobiazgowym opisem latarni morskiej u Thorpe’a, także:

Ta historia opuściła dzisiejszą Sulinę, pozostawiając kilka tureckich domów, latarnię morską zbudowaną ze środków uzyskanych z podatków – nałożonych na wpływające do portu statki – jakąś niewyraźnie secesyjną fasadę. (Magris)

Czułem, jak czas ujęty dotąd w ludzkie formy rozlewa się i powraca do swojej pierwotnej formy. Tutaj, w Sulinie, był wszechobecny jak wilgoć w powietrzu. Trawił domy i statki, toczył twarze i pejzaż, szklanki w barach i towary w sklepach. On po prostu przepalił, przeżarł delikatną powłokę minut, godzin i dni, i wziął w posiadanie całą przestrzeń, wszystkie widzialne i niewidzialne rzeczy, i ludzkie myśli też(…).
Pokusa spokojnej zatraty wypełniała zaułki, niskie domy w ogrodach i kamieniczki przy promenadzie. (Stasiuk)

3, Plaża (obowiązkowo zwrócić uwagę na zwierzęta).

Kurz staje się piaskiem, ziemia wydmą plaży, buty błocą się w kałużach(…).
Wczesnym jeszcze popołudniem kołuje wiele mew i czapli, całe stada czapli, skrzeczą głośno, ostro i monotonnie; tłuste wieprze tarzają się w kałużach, a wydłużające się i załamujące na wydmach cienie czynią je na chwilę olbrzymami. (Magris)

Wzdłuż całego wybrzeża na rozpalonym wygwizdowie stały kanciaste militarne ruiny. W ich cieniu puszczone samopas konie szukały wytchnienia. Zza białych krzaczastych wydm dochodził szum morza. Monotonny dźwięk był stary jak świat. (Stasiuk)

Przez równinę zbliża się stado szkotów. Ziemia dudni. Słyszę, jak wyrywają z bagna wściekłe kopyta, jak z dusznością wciągają powietrze, prychają. Walą prosto na mnie. (Hakl)

4. Cmentarz na plaży (nota bene taki jest tytuł trzeciego, ostatniego, rozdziału powieści Hakla).

Na cmentarzu morskim widniały dwie pary grobów: z prawej strony, u prawosławnych, Penelopy i Nicoli, z lewej, u katolików – Evantii oraz mistrza Żaka. (Bart)

Po dłuższym wpatrywaniu się w jeden punkt dostrzegam przed sobą żeliwny płot z lancetowatymi trzpieniami. Za nim ledwo widoczne zarysy krzyży. Prostych, podwójnych, zadaszonych i nagich. Cmentarz na plaży. Raczej cmentarzyk, pozdrowienie dla zaginionych żeglarzy. (Hakl)

Najwięcej uwagi cmentarzykowi na plaży poświęcają Magris i Thorpe, którzy odczytują nazwiska na poszczególnych nagrobkach (najczęściej są to ofiary morza i rzeki) i zastanawiają się, jakie było życie sulińczyków, którzy swoje życie złożyli na ołtarzu wodnego żywiołu. Fragment poświęcony cmentarzowi jest jednym z niewielu w reporterskiej książce Thorpe’a, w którym autor pozwala sobie na osobisty ton o poetyckiej wręcz wymowie. Ale gdzie tam Anglikowi do Magrisa, który z takiego stylu nie rezygnuje właściwie ani na chwilę: „Każdy cmentarz jest nieprzerwanym eposem, który rodzi i inspiruje wszystkie możliwe opowieści”.

Po chwili zadumy nad grobami pora ruszyć dalej, ku ostatniemu punktowi podróży, którym jest…

5. Ujście Dunaju do Morza Czarnego.

(ujście Dunaju w Sulinie - obraz z 1861 r.)

To punkt ostateczny, kres możliwości, miejsce połączenia rzeki z morzem. A zarazem główny powód wizyty każdego z pisarzy-obcokrajowców, którzy pielgrzymowali do Suliny. Tak właśnie – pielgrzymowali, ponieważ ich wizyta w Sulinie okazuje się mieć wymiar cokolwiek metafizyczny. To próba poczucia kresu, dotknięcia horyzontu, zmierzenia się z absolutem, bo w takich kategoriach postrzegać należy dotarcie do symbolicznego miejsca, gdzie kończy się Europa, gdzie wraz z wodami Dunaju uchodzą historie z dziesięciu naddunajskich krajów, gdzie – a, popadnijmy pod koniec wędrówki w kiczowaty patos! – usta ujścia wydają przedśmiertne tchnienie.

Znaczące, że każdy z autorów zadaje sobie na plaży w Sulinie pytanie „Gdzie kończy się Dunaj?”, ale tylko Magris ma wątpliwości, czy Sulina może sobie rościć prawo do miana jedynego czy też głównego miejsca, w którym Dunaj kończy swój bieg. Delta Dunaju jest wszak kłębowiskiem mniejszych i większych odnóg i kanałów, które na różne sposoby dążą do ujścia. „W tej gmatwaninie trudno byłoby filozofowi precyzyjnie wskazać Dunaj, wykonałby jedynie niepewny, kolisty ruch, ogarniający mgliście cały ten obszar, ponieważ Dunaj jest wszędzie i również jego kres może być gdziekolwiek, w każdym punkcie 4300 kilometrów kwadratowych delty” – zauważa Magris. I, jak przystało na drobiazgowego i dociekliwego badacza historiografii, przytacza wiedzę zawartą w pismach Ammianusa, Pliniusza, Herodota, Strabona, Kleemanna czy von Birkena. Warto zatrzymać się przy Pliniuszu i zaproponowanym przez niego podziale na siedem ujść (Hierostomum – ujście święta, Nacrostomum – ujście leniwe, Calostomum – ujście piękne, Pseudostomum – ujście fałszywae, Bareostomum – ujście północne, Stenostomum – ujście wąskie i Spirostomum – ujście wężowate). Różnorodność i piękno zaproponowanej przez Pliniusza onomastyki daje Magrisowi asumpt do iście Salomonowych rozwiązań:

Podobnie jak w przypadku źródeł, również przy ustalaniu ujścia trzeba porzucić niechlubne spory; należy pozwolić każdemu umrzeć w spokoju, człowiekowi, rzece czy zwierzęciu, nie pytając nawet, jak się nazywa. Wolno, być może, wybrać sobie ujście Dunaju zależnie od nazwy. Narcostomum może podobać się miłośnikom zakończeń leniwych i rozwlekłych; Pseudostomum, ujście fałszywe, schlebia amatorom totalnego pomieszania kart, wyciągającym nagle asa z rękawa. Konsekwentna fascynacja powinna oczywiście doprowadzić mnie do wyboru ujścia świętego, według Sigmunda Birkena bowiem w jego pobliżu wznosiło się miasto nazywane niegdyś Istropolis.

Kusząca jest propozycja Magrisa, ale nieubłagana geografia podpowiada co innego. Istnieją bowiem trzy urzędowo przyjęte odnogi Dunaju, który rozgałęzia się w Tulczy. Pierwsza, wysunięta najbardziej na północ (a więc Bareostomum?) to Kilia, odnoga pierwotna, najstarsza, przenosząca dwie trzecie wód Dunaju, wpływająca do Morza Czarnego przez 45 (!) ujść. Druga, środkowa, to uregulowany kanał Sulina. Trzecia, południowa, to Sfantu Gheorge, odnoga silnie meandrująca (Spirostomum?) i dzięki temu wydłużająca liczbę dunajskich kilometrów. Gdzie zatem szukać symbolicznego końca Dunaju? Magris zgadza się ostatecznie na rozwiązanie, na które inni przystają bez zastanowienia: „Linia prosta, prowadząca do Suliny, odpowiada zdecydowanym charakterom, a poza tym jej nawigacyjne zalety, efekt kanalizacji, satysfakcjonują każdego miłośnika Regulation. Zrozumiałe zatem, że Dunaj kończy się w Sulinie”.

Każdy zatem, kto pragnie ujrzeć ujście Dunaju, ów mistyczny koniec Europy, chce dotrzeć do Suliny. Zarazem każdy inaczej werbalizuje swoje powody. Stasiuk i Magris – autorzy o zmyśle poetyckim – czynią to w sposób najbardziej wysublimowany.

Kieruję się w stronę morza, zaciekawiony ujściem, aby zanurzyć rękę i stopę w mieszance wody rzecznej i morskiej, dotknąć przerwanej ciągłości, hipotetycznego punktu rozdziału. (Magris)

Chciałem zobaczyć, jak kontynent pogrąża się w morzu, chciałem zobaczyć, jak ziemia opada i wślizguje się pod powierzchnię wód, jak zostawia za sobą ludzi, zwierzęta i rośliny, jak umyka od swoich zajęć, strząsa z siebie ten cały bałagan historii, ludów, języków, ten starodawny pierdolnik zdarzeń, zamęt losów, chciałem zobaczyć, jak szuka odpoczynku w wiecznym półmroku głębin w obojętnym i monotonnym towarzystwie ryb i wodorostów. (Stasiuk)

Symptomatyczne – i niezwykle zastanawiające – że Stasiuk, najpiękniej chyba opisujący swoje oczekiwania wobec spotkania z ujściem, nic właściwie o tym spotkaniu nie pisze. Dwukrotnie pojawiają się w jego książce wzmianki o drodze nad morze, ale najpierw ów oczekiwany finał rozmywa się w dygresjach, za drugim z kolei razem ucięty zostaje zastanawiającym, eskapistycznym konkretem: „Ja spałem na kwaterze pod makatką z widokiem Mekki”. Spotkanie z ujściem – do którego w tekście nie dochodzi – potraktowane zostało jako zbyt osobista rzecz, by o niej wspominać. Thorpe również nie wspomina o ujściu, ale wspomina o drodze w jego kierunku. Chociaż akurat Thorpe’a ujście nie powinno interesować aż tak bardzo – podąża przecież w odwrotną stronę, ku źródłom, na dodatek obierając za punkt wyjścia latarnię morską, czyli „kilometr zero”, od którego liczona jest długość Dunaju. Ale widać sile przyciągania ujścia nie można się oprzeć:

Wdrapuję się więc na ogrodzenie, prąc wytrwale ku morzu, którego wprawdzie już nie widzę, lecz które słyszę coraz wyraźniej, jak odbija się echem od nowych domów za cmentarzem, tkwiących w piasku niczym kraby(…). Piasek pod moimi bosymi stopami staje się nagle miękki, zaraz potem rozlega się bolesny chrzęst muszli, wreszcie dostrzegam białe linie fal na ciemnym tle. Przynajmniej raz Morze Czarne jest naprawdę czarne. Latarnia morska na końcu długiego falochronu pulsuje białym światłem. Idę i idę, zupełnie sam na tym brzegu.

Niewidoczne morze, zmierzch, ziemia niczyja pomiędzy wodą a lądem, ujście, które cały czas pozostaje poza zasięgiem wzroku. Podobnie jest w powieści Hakla, w której bohater pragnie dotrzeć nad Morze Czarne, by wsypać do niego prochy ojca („Fakt, że Morze Czarne jest najbardziej obrzydliwym z mórz. Istnieje jednak szansa, że prochy przepłyną przez Bosfor do Morza Marmara, przez Dardanele do Egejskiego i potem już z górki, do Śródziemnego. Chociaż kilka molekuł mogłoby tego dokonać”). Samo ujście nie jest tutaj istotne, chyba że chcemy je rozumieć symbolicznie. Ale atmosfera jest podobna do tej, którą wykreował Thorpe (co ważne – i Thorpe, i Hakl, i Magris „zaślubiny z morzem” poprzedzają wizytą na cmentarzu na plaży):

Wstaję i idę. Szybko się ściemnia. Nic nie widzę. Czasem potykam się i kopię coś blaszanego, czasem darń. Gdzieś niedaleko szumią przewody elektryczne. W marszu wbijam sobie pod żebro jakiś ostry kolec. Siadam w kucki, obmacuję się, nic ze mnie nie leci. Ból powoli cichnie(…).
Nagle czuję pod nogami leniwy przypływ fal. Pianę, morszczyn. To tu. Ściągam szmaty, kładę na plecaku. Gatki zostawiam. Woda jest zimna, dno usiane śliskimi przedmiotami. Zanurzam się po łydki, po kolana, po splot słoneczny. Dobrze, dobrutko. Otwieram i sypię. Na razie, nie gniewaj się. Miałeś przynajmniej mnie(…). Co z urną. Podrzucę potem na cmentarz, do marynarzy. Zamykam ją, ostrożnie kładę na powierzchni. Płynie. Woda jest nieruchoma, średnio gęsta, nijaka.
Zanurzam się w niej, nurkuję, pływam pod taflą. Otwieram oczy. Zaglądam sobie z bliska prosto w pysk. Okropny widok, wciąż jednak dużo lepszy, niż nie widzieć nic.

U Magrisa również mamy do czynienia z podobną scenografią, jest też obecny podobny motyw fizycznego wyczerpania, pojawia się wręcz coś na kształt omamów:

Powietrze jest parne, chce mi się pić, ktoś mnie woła z oddali, ale nic nie rozumiem(…). Ujścia nie ma, Dunaju nie widać, wcale nie jest powiedziane, że błotniste strumyki między trzcinami i piachem przypłynęły tu z Furtwangen i musnęły po drodze Wyspę Małgorzaty.

Magris błądzi po ogromnej przybrzeżnej równinie, chodzi bezradnie po wydmach i plaży, wreszcie trafia na żołnierza, który wskazuje mu miejsce, gdzie Dunaj wpada do morza. I choć gest żołnierza „przypomina gest bladego i grzecznego psychagoga Tadzia-Hermesa, wskazującego jakiś daleki punkt w bezmiarze, w morskiej nieskończoności, niweczącej wszelką skończoność empiryczną”, rozwiązanie jest banalne i odzierające kres Dunaju z wszelkiej magii:

Tym, co rozchełstany żołnierz pokazuje wyciągając z uśmiechem rękę, jest wejście do portu, dyżurka, gdzie strażnik za niedbale pomalowanym szlabanem, zamykającym przejście, kontroluje wchodzących, prosząc o stosowny dokument.
Tu należycie uregulowany Dunaj wpływa do strefy portowej, zastrzeżonej tylko dla zatrudnionych, znika w morzu pod nadzorem Kapitanatu.

„A więc to już wszystko?” – pyta z niejakim rozczarowaniem Magris. Po trzech tysiącach kilometrów, po podróży przez całą Europę, tylko szlaban przypominający dawny CK porządek? Trzeba nadać temu jakiś sens, wznieść to ostatnie tchnienie na wyżyny. „Kanał płynie wciąż do morza łagodnie, spokojnie i pewnie, choć przestaje już być kanałem, granicą, Regulation, a staje się swobodnym nurtem, otwiera się i oddaje wodom i oceanom całego globu oraz wszelkiemu stworzeniu ich głębin”. Teraz lepiej.

W najdalej wysuniętym na wschód punkcie Suliny (i Rumunii) wody Dunaju mieszają się z wodami Morza Czarnego. Spokojna, dostojna śmierć. Przypomina to Magrisowi pewien wers Marina.

Fa che la morte mia, Signor, la sia comò’l scôre de un fiume in t’el mar grando.
(Spraw, o Panie, żeby moja śmierć była jak wpływanie rzeki do wielkiego morza).

Choć równie dobrze pasowałby tu wiersz Różewicza.

Czas na mnie
czas nagli


co ze sobą zabrać
na tamten brzeg

nic
więc to już
wszystko
mamo

tak synku
to już wszystko

a więc to tylko tyle
tylko tyle
więc to jest całe życie
tak całe życie


(tekst pierwotnie opublikowany na stronie Literackiej Nagrody Środkowej Europy "Angelus")

sobota, 27 czerwca 2015

WSPANIAŁE LATA 80. - Petr Šabach "Pijane banany"

W Czechosłowacji było tak szaro i nudno, że aż śmiesznie – twierdzi Petr Šabach


„Coś mnie się zdaje, że czereśnie będą w tym roku spore jak końskie jaja” – typowo szwejkowski początek Pijanych bananów wyraźnie uświadamia, kto jest literackim mistrzem Petra Šabacha, jednego z najpopularniejszych czeskich humorystów. Oczywiście Jaroslav Hašek. Ale też Bohumil Hrabal. Czyli dwaj giganci anegdoty, którzy na bazie knajpianej gadki – typowo czeskiej specjalności – potrafili zbudować literackie majstersztyki. Šabach nauczył się od nich, że nie istnieją peryferie życia i że w każdym, nawet najbardziej banalnym przejawie rzeczywistości kryje się literacki potencjał. Czwarta już w polskim tłumaczeniu powieść Šabacha pokazuje, że mottem twórczości autora „Gówno się pali” jest hasło „Im mniej, tym więcej”. To główny paradoks tej twórczości, który zapewnił jej spory sukces. „Zazdroszczę pisarzom amerykańskim. Ci to mają fajnie. Wszystko z górki, serio, pod każdym względem mają lepiej niż ja. Po pierwsze: mieszkają w Ameryce, gdzie non stop coś się dzieje” – twierdzi główny bohater „Pijanych bananów”. I zaraz udowadnia, że inni wcale nie mają gorzej, bo nawet wysiadywanie pod trzepakiem może stać się nie lada przygodą. Wystarczy tylko trochę fantazji – a tej młodym bohaterom powieści Šabacha nie brakuje.

Fantazja jest w „Pijanych bananach” kluczowa, albowiem przy jej pomocy można ubarwić szarą codzienność lat osiemdziesiątych w Czechosłowacji. O to przede wszystkim chodzi bohaterom Šabacha – jak pokonać nudę i beznadzieję, jak dać dyla z husakowskiej normalizacji, jak wykiwać system, nawet jeśli jest to tylko system szkolnictwa. Nieustannie ironizujący Šabach nie ukrywa jednak swojego sentymentu dla poprzedniej epoki, w której wszelki chłam mógł stać się wartościowy (absurdalna chodliwość „ceczek”), a wykonawcy spod znaku czechosłowackiego disco święcili triumfy nawet na polskich listach przebojów. Dla nieuleczalnych nostalgików lektura „Pijanych bananów” powinna być – koniecznie z równoczesnym obejrzeniem „Pupendo” lub jakiegokolwiek innego filmu na podstawie prozy Šabacha oraz odtworzeniem na YouTube hitu Holky z naší školky – rzeczą obowiązkową. A dla wszystkich pozostałych będzie z pewnością świetną zabawą.

Petr Šabach
"Pijane banany"
tłum. Julia Różewicz
Afera, Wrocław 2015

tekst ukazał się pierwotnie w "Polityce"