środa, 11 września 2013

NIE TYLKO AUSTRIA - Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Pornogarmażerka"

„Hubert Klimko-Dobrzaniecki nie zwalnia tempa. Jego najnowsza powieść „Grecy umierają w domu” trafiła do księgarni zaledwie dwa miesiące temu, a już można cieszyć się kolejną książką autora „Domu Róży”. Klimko-Dobrzaniecki z zawrotną szybkością nie tylko publikuje książki (ilość na szczęście nie kładzie się cieniem na jakości), ale też zmienia ich miejsce akcji. Była prowincjonalna Polska, była Islandia, był Bornholm, była Grecja. Teraz przyszła czas na Austrię. „Pornogarmażerka” to 17 opowiadań, które w większości rozgrywają się w kraju, do którego coraz trudniej przystaje wywodzący się z czasów Habsburgów mit o szczęśliwej Austrii. Nad pięknym modrym Dunajem od dawna nie jest sielankowo – w jednym z opowiadań Klimko-Dobrzaniecki czyni ze zwiewnej melodii straussowskiego walca muzyczne tło dla krwawej tragedii. Wizja bogatego i szczęśliwego kraju, będącego rajem dla turystów, ma swój rewers, na który składają się ksenofobiczne i nacjonalistyczne zajścia, wybielanie wojennej przeszłości czy afery społeczne ze sprawą Fritzla na czele.

Niby nic nowego – literacko wstrząsać sumieniami Austriaków próbowali choćby Elfriede Jelinek czy Thomas Bernhard. Jednak Klimko-Dobrzaniecki ma nieco inną propozycję. Choćby dlatego, że jego spojrzenie jest spojrzeniem człowieka z zewnątrz. A zatem ostra krytyka austriackiej społeczności, która miałaby prowadzić do zbiorowej ekspiacji, nie jest jego głównym celem. Obierając za bohaterów przeważnie imigrantów z „gorszej” Europy, stawia przede wszystkim na celność obserwacji. Nieoczywistej – bo skupiającej się na rzeczywistości rzadko opisywanej. I szczerej – bo poświadczonej prostotą języka. Bohaterom patrzącym na Austrię z dystansu Klimko-Dobrzaniecki przeciwstawia bohaterów miejscowych – zamkniętych w sobie, sfrustrowanych, rozpaczliwie poszukujących podniet, które pozwolą im się wyrwać konsumpcjonistycznej pustki, z wyższością i ze strachem patrzących na ludność napływową, coraz bardziej odklejonych od rzeczywistości. Metaforą współczesnej Austrii staje się w „Pornogarmażerce” dom wariatów z jednego z opowiadań, w którym kruszeją kamienne posągi. Austria to muzeum, które popada w ruinę, ale też lunapark, gdzie obok miejsc beztroskiej zabawy znajduje się gabinet grozy. I śmieszno tu, i straszno.

Nieścisłością byłoby jednak rozpatrywanie opowiadań Klimko-Dobrzaniecki jedynie w kontekście austriackim. Ich wymowa jest znacznie głębsza – to katalog uniwersalnych pytań o status współczesnego Europejczyka, o dzisiejszego człowieka. O jego lęki i obawy, o jego nadzieje i pragnienia. Klimko-Dobrzaniecki, który zawsze pisał szczerze i bezpośrednio (na co niezasłużenie wyrzekali niechętni klasycznej narracji krytycy), w „Pornogarmażerce” po raz kolejny udowadnia, że należy do tej garstki pisarzy, którzy w zajmujący, choć prosty sposób potrafią pisać o czymś tak skomplikowanym jak ludzkie życie. Kto nie wierzy, niech przeczyta dwa opowiadania zmykające ten tom. Mało kto potrafi w tak symboliczny sposób pisać o śmierci („Poczekalnia”), mało kto w tak wstrząsający sposób („Z zapisków Alza Heimera”) mówi o chorobie i starości. Dobrze, że jest Hubert Klimko-Dobrzaniecki.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
„Pornogarmażerka”
W.A.B., Warszawa 2013


(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

ŻYJMY KRÓTKO! - Karel Capek "Sprawa Makropulos"


Karel Čapek bezsprzecznie był geniuszem. Nie chodzi nawet o skalę jego możliwości literackich (pisał wszystko – od powiastek filozoficznych i powieści science-fiction przez bajki dla dzieci, aforyzmy i dramaty aż po felietony i reportaże), o poziom artystyczny jego utworów, ani o ich imponującą zawartość intelektualną. Chodzi przede wszystkim o to, że ten skromny czeski idealista był prorokiem. Przepowiedział koszmar rządów totalitarnych, przepowiedział postęp technologiczno-cywilizacyjny, przepowiedział bunt robotów, a nawet (w dramacie „R.U.R”) po raz pierwszy użył słowa „robot”. W sztuce „Sprawa Makropulos” – sto lat przed pierwszymi eksperymentami z klonowaniem i próbami wydłużania ludzkiego życia – ostrzegał przed moralnymi konsekwencjami pędu ku nieśmiertelności.

„Sprawa Makropulos” narodziła się jako artystyczne narzędzie w polemice Čapka z G.B. Shawem, z którym czeski autor spierał się już przy okazji „R.U.R.”, przekonując angielskiego ironistę, iż „wytwory ludzkiego umysłu wymykają nam się z rąk”. Do tej tezy wrócił przy okazji kolejnego korespondencyjnego pojedynku – na „Powrót do Matuzalema”, w którym Shaw dowodził iż nieśmiertelność (lub choćby długowieczność) byłaby najlepszym lekiem na ludzką głupotę, Čapek odpowiedział sztuką, która sprowadza mrzonki Shawa do smutnego absurdu. Bohaterka sztuki, śpiewaczka operowa Emilia Marty, w efekcie eksperymentu  zleconego przez słynnego cesarza alchemika Rudolfa II, zyskuje nieśmiertelność. Ale nie przysparza jej to ani mądrości, ani szczęścia. Zachowała wieczną młodość i urodę, ale zyskała tym samym skłonność do nieustannej zgryźliwości. Potrafi błysnąć dowcipnym docinkiem („Wszyscy nic, tylko umierają”), ale jest postacią nader tragiczną. Jej nieśmiertelność prowadzi co prawda do wielu zabawnych dialogowych nieporozumień, ale Čapek, pisząc tę „komedię w trzech aktach z przemianą”, główny nacisk położył właśnie na finalną przemianę, w której śmierć staje się największym wybawieniem. W swoim przedśmiertnym monologu Emilia zdąży jeszcze wygłosić exposé do przyszłych pokoleń: ”Człowiek nie może kochać trzysta lat. Ani żywić nadziei, ani tworzyć, ani patrzyć trzysta lat. Nie zniesie tego. Wszystko mu zbrzydnie”. Żyjmy zatem krótko, ale treściwie. I wierzmy Čapkowi na słowo, że to wariant dużo bardziej optymistyczny od długowieczności.

Karel Čapek
„Sprawa Makropulos”
tłum. Jan Gondowicz
komiks – Maciej Sieńczyk
Axis Mundi/Teatr Wielki – Opera Narodowa, Warszawa 2013

(tekst ukazał się pierwotnie w "Lampie")

UKRAINA PARANO - Ziemowit Szczerek "Przyjdzie Mordor i nas zje"


Ziemowit Szczerek w swojej książce o Ukrainie łączy schemat powieści drogi z reportażem spod znaku gonzo.

Czym jest powieść drogi, wiadomo choćby dzięki bitnikom i ich rajdom po Ameryce. Gonzo to również wynalazek amerykański – jego prekursorem był Hunter S. Thompson, autor kultowej książki „Lęk i odraza w Las Vegas”, którą Terry Gilliam przeniósł na ekran jako „Las Vegas Parano”. Rzecz miała być reportażem, ale stała się raczej zapisem narkotykowego tripu ujętego w ramy podróży przez Amerykę. Szczerek w swojej książce podmienił scenografię, zastępując amerykańskie bezdroże ukraińskim stepem, ale całej reszcie pozostał wierny. „W gonzo jest gorzała, są szlugi, są panienki. Są wulgaryzmy” – wylicza. I stosuje się skrupulatnie do tych zasad, opisując Ukrainę, od Użhorodu po Dniepropietrowsk, w sposób czysto gonzowski, a więc drapieżnie, ironicznie i subiektywnie. W praktyce oznacza to mniej więcej tyle, że daje czytelnikowi to, czego ten chce się po Ukrainie spodziewać. A mianowicie – daje mu czernuchę. Daje mu piekielnie mocny koktajl o nazwie Ukraina Parano.

Każdy, kto choć raz był na Ukrainie wie, że Szczerek nie zmyśla, pisząc o wielbłądach w autobusie czy drzwiach od Kamaza zamiast furtki. Ale stężenie „lokalnego hardkoru” przekracza w „Mordorze” dopuszczalne normy. To nieprzypadkowa strategia – autor wykpiwa bowiem w ten sposób polskie spojrzenie na Ukrainę, boleśnie jednowymiarowe i ufundowane na haniebnym poczuciu wyższości osoby, która nagle odkryła, że inni mają jeszcze gorzej. Szczerek bezlitośnie obnaża obłudę polskich turystów, którzy tłumnie odwiedzając Ukrainę, mają na ustach patriotyczno-kulturowe frazesy (Schulzowski Drohobycz, Orlęta Lwowskie), a w istocie pielgrzymują na Wschód, by uleczyć swoje kompleksy. „Przyjeżdżałeś tu jak do zoo?” – z wyrzutem pyta bohatera jeden z Ukraińców i pytanie to długo jeszcze wybrzmiewa złowieszczym echem.

Książka Szczerka, przy całym swoim „tarantinowskim” luzie, ma charakter ekspiacyjny –  mądrze obnaża nasze postkolonialne przywary i nakłania do zrewidowania poglądów. A że nie jest to reportaż pisany jak „mistrz Ryszard” przykazał? Cóż, takie są uroki gonzo – stylu, który jak ulał pasuje do fascynującej ukraińskiej nieoczywistości.

Ziemowit Szczerek
"Przyjdzie Mordor i nas zje"
Korporacja Ha!art, Kraków 2013

(tekst ukazał się pierwotnie w "Polityce")

TYDZIEŃ ŻYWEGO TRUPA (SZEŚĆ LAT PÓŹNIEJ) - Ignacy Karpowicz "Cud"


Ignacy Karpowicz po opublikowaniu nominowanej do Paszportów Polityki debiutanckiej powieści „Niehalo” (2006) poszedł za ciosem i już rok później do księgarń trafiła jego druga  powieść zatytułowana „Cud”. Czytelnicy i krytycy, którzy zachwycili się nowatorskim stylem Karpowicza z jego debiutu, po lekturze „Cudu” zacierali z radością ręce. Oto bowiem wydarzył się cud prawdziwy, a nie mniemany – w osobie Ignacego Karpowicza pojawił się autor wyrazisty, który wpuścił sporo świeżego powietrza na nieco zatęchłą rodzimą scenę literacką. 

Na czym polega unikalność prozy Karpowicza? Bazując na opisie współczesnej rzeczywistości potrafi on (w odróżnieniu od wielu jego rówieśników) wznieść się na wyższy poziom, na którym owa rzeczywistość w zabawny i jednocześnie inteligentny sposób zostaje odrealniona. Karpowicz doskonale potrafi dać bolesny obraz polskiej codzienności, aby za chwilę wywrócić go na nice, a całą opowieść przesunąć w stronę groteski. Tak było w powieści "Niehalo", w której sfrustrowany student zamiast – jak radzą standardy tworzenia prozy zaangażowanej – w dosadny sposób wykrzyczeć swoje niedopasowanie społeczne, przenosi się w prowincjonalną rzeczywistość halucynacyjno-wirtualną. W groteskowo zdeformowanym świecie, w którym Białystok zmienia się w coś w rodzaju Matrixa, rozmawia z pomnikiem Piłsudskiego i Popiełuszki oraz prowadzi lud na barykady. Wadzenie się z fanfaronadą bogoojczyźnianego etosu narodowego skonfrontowane zostało z ironicznym (a jednocześnie wymalowanym w czarnych barwach) spojrzeniem w polską przyszłość, całość opowieści została zaś poprowadzona lekko i z fantazją. Czasem zbyt dużą – niektóre wątki „Niehalo” nieco się rozjeżdżają i momentami może się wydawać, że powieści tej brak spójności. Ale i tak był to jeden z najważniejszych debiutów powieściowych pierwszej dekady XXI wieku.

„Cud” to krok naprzód. Nie ma już tutaj narracyjnych niedociągnięć i typowej dla debiutanta fabularnej wszystkożerności. Historia jest klarowna i wyrazista, ale nie traci przy tym nic z typowej dla Karpowicza fantasmagorycznej wizyjności. W "Cudzie" już od pierwszej strony świat staje na głowie, a opowieść musi się obejść bez głównego bohatera, który umiera potrącony przez samochód. Tyle tylko, że ciało denata wykazuje właściwości, które nie przystoją zwykłemu trupowi – zachowuje stałą temperaturę ciała i nie podlega rozkładowi. Co więcej – zasadniczo wpływa na losy kolejnych osób, które mają z nim kontakt, zwłaszcza zakochanej w nim Anny. 

Karpowicz po raz kolejny odwraca schematy powieściowe – martwy bohater "Cudu" nie chce rozstać się z tym światem, a jak najbardziej żywe wirujące wokół niego postaci okazują się być emocjonalnymi trupami. Ta makabreska jest nadzwyczaj ciekawa nie tylko dzięki znakomitemu humorowi sytuacyjnemu, ale też dzięki maestrii językowej oraz świadomym zabiegom formalnym (mnożenie wątków, bawienie się literackimi konwencjami, żonglerka stylami, piramidalne wtrącenia). "Cud" jest bezsprzecznie książką zabawną i bezpretensjonalną, ale nie naskórkową. Pod warstwą komizmu kryje się bowiem między innymi krytyka poszczególnych grup społecznych, które z tytułowego cudu pragną wyciągnąć dla siebie jak najwięcej korzyści. Jest również "Cud" celnym portretem psychologicznym pewnej zbiorowości – dobrze usytuowanych trzydziestolatków, których przygnała do Warszawy chęć osiągnięcia życiowego sukcesu. 

Obecnie ukazuje się drugie wydanie „Cudu”, w którym autor dokonał niewielkich zmian. Najważniejszą z nich jest inne zakończenie – symboliczną opisowość i pewną otwartość pierwszej wersji Karpowicz zastąpił dobitną scenką, która w zdecydowany sposób domyka (dosłownie) historię Mikołaja i Anny, nie dając żadnej szansy na happy end i zwycięstwo absurdu. Można tę zmianę odczytywać teraz – sześć lat od pierwszego wydania – jako zwiastun istotnych przemian, które zaszły w twórczości Karpowicza. Finałowy powrót do stanu normalności odpowiada kierunkowi, który autor „Cudu” obrał w kolejnych powieściach – począwszy od ultrapoważnych „Gestów” tonacja groteskowa schodzi w nich na plan dalszy, a wyolbrzymiona zostaje warstwa realistyczna. Karpowicz, czego przykładem są choćby tegoroczne „ości”, stał się znienacka jednym z najbardziej przenikliwych obserwatorów i komentatorów rzeczywistości społecznej, którą opisuje z epickim rozmachem. Próbkę umiejętności diagnozy węzłowych problemów społeczeństwa dał już – kamuflując go mocno atmosferą groteskowości – chociażby w „Cudzie”, gdzie, niejako na marginesie głównej akcji, pojawia się przecież próba opisu figury społecznej nazywanej dziś mianem „słoika”.

Obecnie Karpowicz nieco przesunął w swojej twórczości akcenty i więcej uwagi poświęca realistycznemu opisowi i socjologicznej analizie. Ale na szczęście nie zrezygnował z szaleństwa, które znamionowało jego wczesne powieści. Gatunkowe wymieszanie obu konwencji, które stało się specjalnością Karpowicza, przyniosło mu zasłużony sukces. Warto sięgnąć ponownie po „Cud” i przypomnieć sobie, w jaki sposób krystalizował się styl jednego z najciekawszych polskich powieściopisarzy.  

Ignacy Karpowicz
"Cud" (wydanie II, zmienione)
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013

 


poniedziałek, 9 września 2013

ONKOLOGICZNA TRAGIKOMEDIA - Krzysztof Jaworski "Do szpiku kości"



Krzysztof Jaworski, naczelny ironista pokolenia „Brulionu”, napisał książkę o walce z rakiem. Już samo to zdanie brzmi jak kiepski dowcip.

Istnieje kategoria książek „chorobowych”, bardzo osobistych, w których autorzy postanawiają podzielić się z czytelnikiem swoim cierpieniem. Najczęściej są to zapisy udanej lub z góry skazanej na porażkę potyczki z groźną chorobą. Ciężko się takie rzeczy pisze, jeszcze ciężej się je czyta. Bardzo często czytelnik zostaje bowiem przyparty do muru i – sterroryzowany koniecznością współczucia -  męczy się bardziej niż osadzony w szpitalu autor. „Do szpiku kości” jest książką drastycznie inną. „Też chciałbym napisać poruszającą książkę o cierpieniu. Najbardziej chciałbym, żeby poruszyła mi jelita. Regularny stolec, to podstawa udanej działalności artystycznej” – pisze Jaworski i od razu wiemy, czego się spodziewać. Wiemy?

Jaworski rozpisał swoją książkę na serię miniaturowych próz. Są tutaj i wstrząsające zapiski , i zgryźliwe komentarze, i quasidramatyczne scenki. Niby bałagan, a przecież wszystko układa się w precyzyjny opis sześciu lat cierpień i frustracji, strachu i nadziei, rozpaczy i nudy, ciągłych podróży z jednego oddziału na drugi („Chłoniaki piętro wyżej”) i pustych dni wypełnionych gapieniem się w sufit. Jak znieść to wszystko? Oczywiście – można to obśmiać. I Jaworski czyni to z wprawą wytrawnego szydercy. Ale ten wisielczy humor, podszyty nierzadko rozpaczliwą wulgarnością, jest raczej efektem pewnej bezradności czy nawet zdziwienia – jak to możliwe, że zawodzi mnie własne ciało? Jaworski mnoży pytania, a raczej zamienia je w absurdalne odpowiedzi – tytuł każdego rozdziału rozpoczyna słowem „Dlaczego”, ale nie stawia po nim pytajnika, co sprawia, że książka staje się osobliwym przewodnikiem „po tym niepospolicie fascynującym świecie wszechogarniającej cielesności”. Jest coś przerażającego w swobodnej szczerości tej książki, w jej – przepraszam za wyrażenie - bebechowatości. Najbardziej przerażające jest w niej jednak to, że pozostaje przy tym nieodparcie śmieszna. A więc jednak można.  
 
Krzysztof Jaworski
"Do szpiku kości"
Biuro Literackie
Wrocław 2013

(tekst ukazał się pierwotnie w "Polityce")

wtorek, 20 sierpnia 2013

CIĄGLE ŻYWY SAMIZDAT - Jerzy Czech "Wdrapałem się na piedestał. Nowa poezja rosyjska"


Antologia poezji samizdatowej w wyborze i przekładzie Jerzego Czecha to w istocie przegląd najważniejszych zjawisk poetyckich w powojennej historii literatury radzieckiej i rosyjskiej. Żaden z szesnastu autorów, poza Josifem Brodskim, nie jest u nas szerzej znany.

Puszkin, Lermontow, Błok, Jesienin i inni klasycy – kanon poezji rosyjskiej jest od dawna ustalony. Pomniki tych twórców stoją w wielu miastach. W ostatnim półwieczu niewielu poetom udało się wdrapać na piedestał – być może Okudżawie (choć ten postrzegany jest raczej jako bard niż jako poeta), być może Brodskiemu (choć przez długie lata władze odmawiały mu miana radzieckiego poety; rehabilitacji doczekał się dopiero za czasów Federacji Rosyjskiej). Co ciekawe – i Okudżawa, i Brodski zaczynali w drugim obiegu. W tzw. samizdacie buzowało prawdziwe życie literackie, dalekie od socrealistycznych standardów i serwilistycznych postaw. Wykluczeni z oficjalnych struktur twórcy – zrzeszeni wspólnie z plastykami i muzykami w nieformalnych grupach – podkopywali swoją sztuką radziecką rzeczywistość, kształtowaną przez propagandowe slogany i skłamany optymizm. Obieg oficjalny, zawłaszczony przez seniorów ze Związku Pisarzy Radzieckich, był zatęchłą trupiarnią, pełną zastygłych w podziwie dla władzy wierszokletów. Nowy ton radzieckiej poezji nadawali działający w opozycji do nich i wprowadzający ożywczy ferment samizdatowcy. To właśnie oni położyli podwaliny pod współczesną sztukę rosyjską. Samizdat stał się źródłem nowej literatury rosyjskiej.

O specyfice drugiego obiegu dają pojęcie już choćby same notki biograficzne prezentowanych przez Czecha poetów. Niczym refren powtarza się w nich rys wykluczenia – niemal każdy z autorów, mimo wyższego wykształcenia, pozostawał na społecznym marginesie. Nie mogąc podjąć normalnej pracy, najczęściej lądowali oni w kotłowniach i stróżówkach. Jak pisze Iwan Achmietjew:

„tyle możliwości
popatrz
palacz stróż kopacz”.

Nie chcąc sławić partii i realizować w swojej twórczości odgórnych wytycznych, samizdatowcy musieli zrezygnować z możliwości druku, z popularności, z pieniędzy (budżet usiłowali łatać, pisząc książki dla dzieci), w najgorszym wypadku – emigrowali. W zamian zyskiwali za to swobodę artystyczną. Wybór był prosty – albo wierność doktrynie realizmu socjalistycznego, albo literacki niebyt.

„jeśli nie zna go naród
co z niego za poeta

jeśli zna go cały naród
co z niego za poeta”.

Dualizm postaw twórczych i wyborów życiowych, o którym pisze Achmietjew, był dla radzieckich twórców codziennością. W miarę upływu czasu stawało się jednak jasne, że role zaczynają się zamieniać. Dało się to odczuć już podczas pierestrojki. Po przełomie lat 90. samizdat przeistoczył się w oficjalną przestrzeń kultury i doczekał się rehabilitacji. Nie wszyscy jednak zdążyli tego doświadczyć. Najstarszy z prezentowanych w antologii Czecha autorów, Jan Satunowski (1913-1982), jeszcze w roku 1967 pisał:

„Nie jestem poetą.
Nie drukuję od trzydziestego ósmego.
Nie przypadam do smaku.
No i już zostanę taki.
Wiem tylko, że te wasze ważne wiersze,
to mało ważne, to nieważne wiersze.
Wy tam je sobie druku, druku, druku…
A ja wam gwóźdź do trumny; stuku, stuku”.

Satunowski przewidział zwycięstwo samizdatu (jego pierwsza książka, zatytułowana adekwatnie „Chcę zaznać pośmiertnej sławy”, ukazała się dopiero w 1992 roku) i śmierć „nieważnej” poezji.

Do śmierci tej walnie przyczynili się właśnie samizdatowcy, podkopując przez dziesięciolecia oficjalną poezję. Ich głównym narzędziem była ironia. Niezależnie od tego, czy byli minimalistami, czy pisali długie poematy, czy byli konceptualistami, czy socartowcami (socart to artystyczny odpowiednik popartu), czy preferowali wiersz wolny albo rymowali, krytycznie odnosili się tradycji rosyjskiej literatury, kpili z oficjalnych świętości, burzyli spokój zwykłych obywateli, psuli krew partyjniakom. Sięgali po żywy język ulicy, opisywali wstydliwe tematy (Igor Cholin portretujący w „Mieszkańcach baraku” biedotę z prowincji), nierzadko wpadali w wulgarność (jak choćby Brodski w publikowanym po raz pierwszy w polskim tłumaczeniu poemacie „Przedstawienie”). Krytyczny stosunek do radzieckiej rzeczywistości widać i w „Pochodzie idiotów” Gienricha Sapgira, i w „Skardze ludożerców” Władimira Uflanda (zaczynającej się od wyznania „Myśmy naród ludojadów”), i w wierszu Aleksandra Makarowa-Krotkowa:

„co my tu w Rosji umiemy
chyba tylko
mówić po rosyjsku”.

Szargali świętości, kpiąc z Czajkowskiego („O Piotrze” Igora Irtieniewa), a nawet szydząc z biografii Lenina, jak w wierszu „Kiedy Lenin był mały”, w którym Timor Kibirow ironizuje na temat oficjalnego kultu wodza rewolucji. Lenin – jako bóstwo – rodzi się z dziewicy:

„…musiał (choćby jeden)
plemnik nawiedzić części rodne Marii
Aleksandrowny… Rzecz wprost niepojęta”.

Jest w poezji samizdatowców niezgoda na oficjalne wytyczne, jest kpina z tradycji, jest przybieranie masek, jest żart, jest czarny humor, jest nawet perfidia. Jest też – może nawet przede wszystkim – mocowanie się z własną rosyjskością. Jakkolwiek ironicznie nie brzmiałyby frazy samizdatowców piętnujących ograniczenie rosyjskiego chłopa, wewnętrzną pustkę mieszczan z Moskwy, zakłamanie deputowanych Dumy, widać, że matka Rosja jest dla nich tematem najważniejszym. I najpoważniejszym. Nawet Wsiewołod Niekrasow, czołowy konceptualista, stosujący w wierszach zabiegi lingwistyczne, pozostawał nieobojętny na polityczną rzeczywistość:

„przyczyna śmierci
życie
na tym świecie

a bezpośrednia
przyczyna śmierci

życie
w Moskwie”

Dzięki takim właśnie wierszom, niewygodnym i przekornym, poeci samizdatu wdrapali się na piedestał.

„Wdrapałem się na piedestał,
Stoję i duma mnie rozpiera.
A tu się gliniarz wydziera,
Bym na piedestale nie stał.

Ukaże mnie zaraz mandatem!
A mnie forsy brakuje stale.
Nie stać mnie wyraźnie na to,
Żeby stać na piedestale”.

Autor przywołanego wiersza, Oleg Grigorjew, ma rację – samizdatowców mimo wszystko nie stać, by kamienieć na poetyckim cokole. Nie tylko finansowo. Ich poezja jest bowiem zbyt niepokorna, zbyt żywiołowa i bezkarna, by dała zakląć się w marmur. I – przede wszystkim – jest ciągle żywa.

"Wdrapałem się na piedestał. Nowa poezja rosyjska"
wybór i przekład - Jerzy Czech
Czarne, Wołowiec 2013

(tekst ukazał się pierwotnie na portalu xiegarnia.pl - http://xiegarnia.pl/recenzje/ciagle-zywy-samizdat/)

środa, 14 sierpnia 2013

PANI ZEMSTA - Sylwia Chutnik "Cwaniary"



Nowa powieść Sylwii Chutnik to ujęta w formę miejskiej legendy opowieść o kobiecej zemście na mężczyznach – maczystowskich szowinistach, brutalach i frajerach. Opowieść przerysowana i komiksowa – i to nie tylko dlatego, że towarzyszą jej ilustracje.

Na czym ta komiksowość polega? Na przetransponowaniu na polski grunt nieobecnego dotąd w rodzimej literaturze popkulturowego toposu od kilku dekad zadomowionego w amerykańskim komiksie i filmie. Chodzi o postać kobiety, która przejąwszy męskie atrybuty – militarny strój, upodobanie do (nad)używania przemocy – sieje spustoszenie w szeregach brzydkiej płci. Tę transgenderową zamianę ról Sylwia Chutnik zapożyczyła z komiksu Barb Wire, spopularyzowanego przez film z Pamelą Anderson w tytułowej roli Żylety (ale też z podobnych dzieł, w których występują uzbrojone po zęby kobiety), doprawiła punkową estetyką związaną z ruchem riot grrrls, a całość podała w sosie z folkloru miejskiego à la Grzesiuk. W ten sposób warszawski cwaniak stał się cwaniarą.

Główna bohaterka Cwaniar, Halina Żyleta, dzieli ze swą amerykańską poprzedniczką nie tylko groźne nazwisko (które odsyła także do znanej z chuligańskich wybryków trybuny warszawskiej Legii), ale również temperament – Halina, wraz z podobnymi sobie mścicielkami, „rusza w miasto”, by siać spustoszenie i walczyć o sprawiedliwość. Tylko czy jest to w istocie walka o sprawiedliwość? Czy jest to walka sprawiedliwa? Dla Heleny i jej koleżanek – z pewnością tak, wszak ich zdaniem w walce o honor i utrzymanie porządku wszystkie chwyty są dozwolone. Z kolei dla czytelnika – już niekoniecznie, łatwo bowiem napiętnować działania dziewczyn jako niemoralne i niezgodne z prawem. Na tym właśnie polega przerysowanie powieści Chutnik – należy pamiętać, że jest to tylko literacki chwyt, zabawa w uwolnienie skrywanych frustracji, projekcja marzeń. Nikt nie ma przecież pretensji do Thelmy i Luise albo Tarantinowskich mścicielek z Kill Bill czy Grindhouse: Deathproof, że działają niemoralnie. Owszem, przekraczają granice prawa, ale nie przekraczają wyznaczonych granic gatunku.

W tych ściśle określonych granicach poruszają się także bohaterki Cwaniar – cztery mniej więcej trzydziestoletnie kobiety, którym bliżej raczej do Czterech pancernych niż do dziewczyn z Seksu w wielkim mieście. Dla Haliny seksapil nie jest główną bronią: „Halina Żyleta wyglądała elegancko, lecz podejrzanie – dres wyprasowany, ale tatuaże na ciele to już szpetne”. Warszawskie cwaniary dysponują bowiem zupełnie inną „bronią kobiecą”: „Noże, kastety, siekiery i kije. Paralizatory, proce, rurki i scyzoryki. Pięści, podkute buty, twarde czoło”. Zaopatrzone w taki arsenał, nabuzowane emocjami i alkoholem, walczą o swoje, czyli o prawa kobiet: „Tylko zemsta może uratować wszystkie sprzątające kobiety w wałkach, w podomkach, w uwięzieniu między odkurzaczem a pralką. Tylko wendeta śniadaniowa, kawowa, nagła potrafi idealnie zaspokoić rozedrgane zmysły. Można do niej zaprosić inne osoby, czemu nie, przygotować „zemsta party”, ale należy w nim uczestniczyć. W innym razie nie jest to pełna zapłata za doznane krzywdy”. Dlatego w „zemsta party” uczestniczą wszystkie cztery dziewczyny, choć każda z nich walczy o co innego – Halina chce pomścić śmierć swojego narzeczonego, Celina Cios rekompensuje sobie w bójkach miłosne niepowodzenia, Stefania Karwowska chce dać nauczkę maltretującemu ją mężowi, zaś Bronka oczyszczając miasto odreagowuje pracę w kancelarii prawniczej. Te partykularne interesy zostaną połączone w jeden wspólny cel, w misję specjalną, do udziału w której zaproszonych zostanie jeszcze kilkoro renegatów. Głównym celem misji jest zastraszenie niejakiego Kossakowskiego (podobieństwo nazwiska do Marka Mossakowskiego, warszawskiego kamienicznika zamieszanego w zabójstwo działaczki ruchu lokatorskiego, wydaje się nieprzypadkowe). Działania tego nieuczciwego i bezwzględnego właściciela kilku śródmiejskich kamienic ułatwiają deweloperom wyburzenie zabytkowych budynków i zbudowanie na ich miejscu nowych apartamentowców. To zaś zwiera szeregi społecznie zaangażowanych warszawianek, dla których zachowanie oryginalnej zabudowy w centrum jest równie ważne co łomot spuszczony chuliganom.

Ten wspólny cel, którego osiągnięcie organizuje całość fabuły, schodzi jednak na plan dalszy wobec innego, równie ważnego tematu. Tak naprawdę dziewczyny, walcząc z wszelkimi przejawami zmaskulinizowanych opresji, rekompensują sobie lęk przed śmiercią. Śmiercią własną, jak w przypadku chorej na raka Bronki, ale też osób najbliższych. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, iż Chutnik rozpoczyna powieść sceną wizytą Haliny na cmentarzu – temat „funeral code”, choć rozproszony po całej książce, urasta do jej głównego problemu. Cztery bohaterki ze ślepą furią rzucają się w wir ulicznych bójek, ponieważ nie potrafią sobie poradzić z nieoczekiwaną sytuacją, w której (jak w tytule jednego z rozdziałów) „odkrywa się śmierć”. Jak poradzić sobie z pustką po zmarłej osobie, jak (jeśli w ogóle) rozmawiać ze zmarłym ukochanym, czy młoda wdowa to oksymoron, czy wdowieństwo obowiązuje jedynie w przypadku małżeństw i wreszcie – jak przygotować się na śmierć? Na te pytania bohaterki szukają odpowiedzi, choć nie chcą się do tego przyznać. Nie umieją tych problemów rozwiązać w sposób, który jest im najbliższy. Ze śmiercią nie da się przecież prowadzić dialogu przy pomocy pięści.  

Wszystkie te składniki mogłyby się z powodzeniem złożyć na zbudowaną na feministycznym podglebiu całkiem zgrabną całość, w której społeczne zaangażowanie łączy się z niemalże partyzanckim etosem, a krytyka machismo i wzorów kulturowych związanych z płcią podana jest w luźnym tonie warszawskich legend z knajackich środowisk. Tyle tylko, że pojawia się jeden podstawowy szkopuł – fabuła powieści grzęźnie co chwila w niepotrzebnych epizodach, które znacznie wytracają potoczystość narracji. Mnożą się zagadkowe mikroscenki – a to z kościoła, a to z autobusu, a to z salonu piękności – pozostające jedynie strzępkami obyczajowych obserwacji, które nijak nie dopełniają głównej historii. To pozostałość pierwszej wersji Cwaniar, które Sylwia Chutnik publikowała początkowo jako powieść w odcinkach. To, co sprawdzało się w formie seryjnej (każdy odcinek poświęcony innej scence rodzajowej), nieco razi w opublikowanej powieści. Szkoda, że autorka nie zdecydowała się na lekki lifting, który uporządkowałby całość pod względem konstrukcyjnym. Ale i tak Cwaniary mają swój niepowtarzalny styl. Mają cwaniacki sznyt.

Sylwia Chutnik 
"Cwaniary"
ilustracje – Marta Zabłocka 
Świat Książki, Warszawa 2012

(tekst ukazał się pierwotnie w "Nowych Książkach")