niedziela, 8 czerwca 2014

TEATR MORALNEGO NIEPOKOJU - Piotr Wojciechowski "Tratwa manekina"


Wina i kara. Konfrontacja postaw. Moralna odnowa. Piotr Wojciechowski w Tratwie manekina, odwołując się do szekspirowskiej Burzy, podejmuje odwieczny temat przezwyciężania ludzkich słabości, konstruując zajmującą współczesną opowieść o odkupieniu.

Zacznijmy od końca. Od ostatniej sceny powieści, w której jeden z jej bohaterów, inżynier Bronek Szmit, opowiada Olafowi Ziemskiemu o projekcie dekompresji kaskadowej – wynalazku pozwalającym na wypompowywanie wody z terenów zalewowych. Zasada działania jest prosta – zamiast jednej ogromnej szczelnej tamy tworzy się kilka lub kilkanaście mniejszych i nie tak doskonałych, lecz o wiele tańszych w produkcji i pozwalających na szybkie działanie w trakcie zagrożenia powodziowego.  Szmit, opisując przyjacielowi swój pomysł, nie używa przy tym języka technicznego, odwołuje się wręcz w przedstawieniu swojego „systemu łatania dziur” do filozofii. Olaf podchwytuje ten trop. „Przeniósłbym ten pomysł na sferę moralności” – mówi, lecz Bronek zmienia temat. Olaf opowiada więc o czym innym – o projekcie artystycznym, w który jest zaangażowany. To koncepcja „teatru rówieśnego”, polegająca na publicznym opowiadaniu życiorysów przez osoby urodzone tego samego dnia. Czy rzeczywiście ten „teatr faktu” jest czym innym niż łatanie dziur za pomocą skomplikowanej inżynierii? Piotr Wojciechowski w „Tratwie manekina” zrównuje obie te koncepcje – opisując „łatanie dziur” w psychice poszczególnych bohaterów, przedstawia ich historie odwołując się co chwila do teatru.
Tratwa manekina skonstruowana została wszak w oparciu o klasyczną zasadę jedności czasu, miejsca i akcji. Wojciechowski pozwala sobie jedynie na niewielkie odstępstwa od tej trójjedności. Akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku deszczowych dni w sierpniu 2009 roku w pensjonacie „U Divych Zverov” w Górach Izerskich oraz, incydentalnie, w walczącej z powodzią okolicy. Zebrani „na scenie” pensjonatu bohaterowie próbują rozwikłać istotę pewnej historii sprzed wielu lat, która wpływa w znacznym stopniu na wydarzenia współczesne. Inżynier Bronek Szmit, jego córka Marcelina z mężem Kacprem, przyjaciel rodziny, wuj Niko, a także Olaf Ziemski i Jacek Sztarmak, znajomi Bronka z dawnych czasów, nieustannie wchodzą ze sobą w skomplikowane interakcje. Osią opowieści jest przywoływana przez Bronka i Marcelę opowieść o miłości niemożliwej, która wydarzyła się kilka lat temu w Szczecinie, gdzie niejaki Manolo, żeglarz i przyjaciel Bronka, zapałał uczuciem do tajemniczej Marii. Każdy z obecnych przysłuchuje się tej opowieści, interpretuje ją na swój sposób, dopowiada sensy. Okazuje się, że tamta historia ma ciąg dalszy – o adopcję porzuconego przez Marię dziecka stara się bezskutecznie Marcela, która przyjechała w Góry Izerskie z misją wydobycia chłopczyka z tutejszego domu dziecka.
U źródeł konfliktu tragicznego, który zaważy na losach bohaterów, stoi trudna do spełnienia miłość Manola i Marii – dwojga osób, które dla sedna opowieści współczesnej nie mają większego znaczenia. Są jedynie epizodycznymi postaciami z przeszłości, które poprzez naruszenie niepisanego prawa rzucą fatum na przyszłe losy osób zebranych w izerskim pensjonacie. Kamieniem, który poruszył lawinę wydarzeń pełnych niefortunnych przypadków, tragicznych wyborów i dwuznacznych moralnie czynów, jest zatem swoiste sprzeniewierzenie się odgórnemu porządkowi społecznemu – oto Manolo, człowiek sukcesu, wbrew licznym ostrzeżeniom ulega podszeptom cielesności i sprowadza tym samym klątwę nie tylko na siebie, ale również na swoich przyjaciół. (Można zaryzykować nawet stwierdzenie, że jest to pewien odpowiednik naruszenia zasady decorum). Tak oto cała grupa osób z wyższej sfery – wszyscy zebrani w pensjonacie bohaterowie są dyplomowanymi przedstawicielami socjety naukowej – usiłuje zadośćuczynić błędom przeszłości i symbolicznie powrócić do stanu sprzed moralnej i obyczajowej katastrofy.
To jednak nie koniec teatralnych odniesień. Nieprzypadkowo Olaf Ziemski jest wszak recenzentem teatralnym, specjalistą od teatru elżbietańskiego, autorem szkicu o postaci Kalibana z szekspirowskiej Burzy. Ten dramat jest ważnym kontekstem dla powieści Wojciechowskiego. Bohaterowie Tratwy manekina są przecież „uwięzieni” w pensjonacie „U Divych Zverov” niczym Prospero i jego świta na wyspie. Prosperem u Wojciechowskiego jest Bronek (co zgadza się z rozpoznaniami z eseju Ziemskiego, który widzi w Prosperze „racjonalizm i republikanizm elit globalizacji”), jego córka Marcelina będzie Mirandą, wujek Niko to Gonzalo, zaś Jacek Sztarmak, który – jak u Szekspira – zameldował się na miejscu akcji jako pierwszy, będzie Kalibanem („Syn diabła i czarownicy Kaliban to świat odrzuconych, imigranci, fawele, bieda, terroryzm, fanatycy zawiści i zemsty”).
Wojciechowski jest jednak zbyt wytrawnym pisarzem, by konstruować fabułę jedynie wokół szekspirowskich paraleli. Główny wątek moralnego odkupienia – związany z historią z przeszłości i jej nieoczekiwanym współczesnym ciągiem dalszym – wzbogaca zatem o motyw dodatkowy. Jest nim nieco zagadkowa postać Sztarmaka, który przyjechał w Góry Izerskie, by uzyskać wybaczenie od Teresy, żony Bronka, którą dość obcesowo potraktował w młodości. Do pojednania nie dojdzie, ale korespondencyjny pojedynek między Sztarmakiem a Teresą (która w pensjonacie się nie pojawi) wprowadzi do opowieści dodatkowy rys moralnej debaty. Sztarmak, emigrant z przeszłością kryminalną, upadły artysta o nieco mefistofelicznym charakterze, przeciwstawiony jest zradykalizowanej katolicko Teresie. Sztarmak przybywa do pensjonatu pod podszeptem psychoanalityka, który zaleca mu cofnięcie się w przeszłość w celu zrozumienia swoich traum. Z tego pojedynku współczesnej nauki i wiary nikt nie wyjdzie zwycięski, ale Sztarmak dość nieoczekiwanie odegra pierwsze skrzypce w misji ratunkowej, w której udział wezmą wszyscy bohaterowie.
Co ciekawe – Wojciechowski zaczyna powieść właśnie od Sztarmaka („Trzeba wejść w opowieść bocznymi drzwiami”), prowadząc klasyczną narrację trzecioosobową, by po chwili narratorem pierwszoosobowym uczynić Olafa Ziemskiego. Ta naprzemienność narracji wszystkowiedzącej i subiektywnej daje możliwość zróżnicowania punktów widzenia i zlustrowania każdego z bohaterów pod innym kątem. Dzięki temu okazuje się, że każda z osób – zdawałoby się poukładanych i spełnionych – skrywa przed innymi (ale też przed sobą) jakieś niepowodzenia. Zaangażowanie w szeroko dyskutowaną historię stwarza możliwość teoretycznego przewartościowania swoich postaw. Walka z powodzią daje natomiast szansę na wprowadzenie teorii w czyn. Tak oto cała menażeria (nazwa pensjonatu jest znacząca – to przecież „Dzikie zwierzęta”) dostąpi moralnej odnowy. Zadziała „system łatania dziur” – w finałowej scenie wspólne działanie okaże się silniejsze od demonstrowanych uprzednio wzajemnych niechęci. Teatr faktu (rówieśny, bo w dużej mierze odgrywany przez „aktorów” z jednego pokolenia), który co wieczór był „wystawiany” w pensjonacie, zostanie przeniesiony w sferę życia.
Mało jest we współczesnej literaturze autorów, którzy tak jak Wojciechowski wierzą w człowieka, w jego moralne oczyszczenie. Tratwa manekina, skomponowana i „rozegrana” niezwykle starannie, przekłada klarowność opowieści na postawę bohaterów, a finał powieści przynosi wiarę w zwycięstwo dobrej woli. I nawet jeśli o epizodzie z Gór Izerskich niektórzy bohaterowie szybko zapomną, wracając do swoich obowiązków, te kilka deszczowych dni spędzonych w pensjonacie „U Divych Zverov” będzie dla nich (i dla czytelnika) uświęcającą przygodą, o której bez ironii można powiedzieć, po raz ostatni odwołując się do Burzy: „O, co za widok! Tyle cudnych istot! Piękna jest ludzkość! O, nowy, wspaniały świat, w którym żyją tacy ludzie!”.

Piotr Wojciechowski
"Tratwa manekina"
Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2013

ŚMIERDZĄCA SPRAWA - Florian Werner "Historia gówna"

Florian Werner znalazł fascynujący temat tam, gdzie inni w ogóle bali się szukać. W szambie.


Zdawałoby się, że w dzisiejszych czasach nie ma już tematów tabu i wszystko zostało odczarowane i wyjaśnione. Nic bardziej błędnego. Istnieje przecież pewna rzecz, czy raczej – substancja, która nie tylko obwarowana jest kulturowymi zakazami, ale też w sposób naturalny wzbudza u większości ludzi wstręt. To kupa. Finalny produkt procesu wydalania. Intrygujący i pełen paradoksów. Zrównuje wszystkich, jest więc niezwykle demokratyczna. A jednocześnie zaskakuje oryginalnością. Jak twierdzi Florian Werner w „Ciemnej materii” – nie istnieją dwie kupy, które byłyby do siebie podobne. Człowiek obcuje z nią codziennie, od dnia narodzin aż do momentu śmierci. A mimo to staramy się jej nie zauważać. Jest wszechobecna, ale niewidzialna – zupełnie jak ciemna materia w fizyce teoretycznej. Niegdyś bywała traktowana jako medykament o cudownych właściwościach, element jadłospisu czy istotny środek gospodarczy i ekonomiczny. Jednak od czasu wynalezienia kanalizacji dosłownie zapadła się pod ziemię, stając się rewersem kultury, jej mroczną stroną. A przecież – według Wernera – „potrzebujemy gówna, żeby je usunąć i w ten sposób utwierdzić się w przekonaniu, że jesteśmy kulturalni”. Ale nawet pomimo faktu, że cywilizacja ufundowana jest na ekskrementach, nie chcemy o kupie myśleć. Chyba że opowiadamy koszarowe dowcipy. To karygodne zaniedbanie naprawia z nawiązką niemiecki autor.

Jego książka, choć napisana z lekkością i poczuciem humoru, nie ma w sobie nic z niezdrowej ekscytacji zakazanym tematem. Wręcz przeciwnie – jest poważną publikacją naukową, która pokazuje, jak wiele kupa mówi nam o kulturze, społeczeństwie, zdrowiu, międzyludzkich więziach i ludzkości w ogóle. Jest więc się czym zajmować. Tym bardziej, że – jak skrupulatnie wylicza Werner – przeciętny człowiek wydala w ciągu roku sto kilogramów kału, natomiast mieszkańcy Berlina produkują w skali roku (uwaga!) niemal 300 000 ton ekskrementów. To już problem olbrzymiej wagi, którego nie można zbyć machnięciem ręki. Nic więc dziwnego, że Werner analizuje go na wszystkie możliwe sposoby. Nie on jeden zresztą. Zajmujące cytaty obficie przywoływane przez autora udowadniają, że w ciągu tysiącleci o kupie rozmyślali apostołowie, teologowie, filozofowie, naukowcy i wszelkiej maści artyści. Wszak „ciemna materia” to arcyludzka sprawa. Warto o tym pamiętać, idąc do toalety.   

Florian Werner
"Ciemna materia. Historia gówna"
tłum. Elżbieta Kalinowska
Czarne, Wołowiec 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Polityce"






ZIELONA UKRAINA - Taras Prochaśko "W gazetach tego nie napiszą"


Nie da się. Po prostu nie da się czytać książki Tarasa Prochaśki, nie odnosząc jej do obecnej sytuacji w Ukrainie. A przecież teksty, które złożyły się na „W gazetach tego nie napiszą” powstały przed eskalacją politycznego konfliktu. Okazuje się, że Prochaśko, obserwując od lat swoją dziwną ojczyznę i próbując ją zrozumieć, okazał się prorokiem. Trudno przecież inaczej niż profetycznie odczytywać taki chociażby fragment: „Nie możemy wyewoluować do poziomu Europy. W rzeczywistości nigdy przecież w Europie nie byliśmy. Wypadliśmy z niej już wtedy, kiedy ona sama jeszcze nie uświadamiała sobie siebie. Od tej pory nasze europejskie pobudki były tylko imitacją, manierą, małpowaniem. Stąd też iluzja doświadczenia europejskiego i europejskiej obecności. Nie możemy jednak też wrócić do Rosji, bo byłby to powrót do przeszłości. Bez względu na rusyfikację nie jesteśmy w stanie zmienić swojego charakteru na tyle, by zżyć się z rosyjskim duchem. Na razie i Europa, i Rosja prowadzą badania w naszym laboratorium. Eksperymentują, choć nie mają pojęcia o tym, jaki może być wynik tej syntezy”.
Ale społeczno-polityczne jasnowidztwo i przenikliwość spojrzenia to zaledwie połowa sukcesu. Na drugą składa się literacki kunszt, z jakim Prochaśko opisuje wędrówkę po Ukrainie. Autor ten przyzwyczaił czytelników do tego, że to, co zobaczone i przeżyte, udatnie przekształca w obłędną prozę, intymną, silnie zmetaforyzowaną, genialnie mityzującą przestrzeń. „W gazetach tego nie napiszą” jest kolejnym krokiem w tym kierunku. Fragmentaryczna narracja, posiłkująca się piętrowymi porównaniami, oddaje nieoczywisty, poszarpany charakter tego kraju. Czym nie jest Ukraina u Prochaśki! – biesagami, waserwagą, jabłkiem zawieszonym na nitce. Im wymyślniejsze porównania, tym większą mamy pewność, że Ukraina wymyka się wszelkim definicjom. Prochaśko, botanik z wykształcenia, stworzył książkę, będącą w istocie zielnikiem, w którym rolę okazów flory pełnią zdania, zapiski, bon moty, celne frazy i obserwacje. Ta zadziwiająca różnorodnością literacka systematyka w jedyny w swoim rodzaju sposób pozwoliła na przyszpilenie zapachów, kształtów i kolorów „zielonej Ukrainy”. Przede wszystkim jednak – jej trudno uchwytnego ducha.

Taras Prochaśko
„W gazetach tego nie napiszą”
tłum. Renata Rusnak
Czarne, Wołowiec 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")



ŚLADAMI HRABALA - Tomáš Mazal "Praga z Hrabalem"


Do tej pory literackim patronem Pragi pozostawał Franz Kafka, a żelaznym punktem wycieczek po czeskiej stolicy była Złota Uliczka. Po publikacji „Pragi z Hrabalem” może się to zmienić.

Ta książka musiała prędzej czy później powstać. Przecież co ambitniejsze biura podróży od lat organizują wycieczki do Czech szlakiem miejsc związanych z życiem i twórczością Bohumila Hrabala. A fanatyczni czytelnicy zwiedzają Pragę, Nymburk czy Kersko zaopatrzeni w odpowiednio popodkreślane, kompletnie zaczytane i wypełnione notatkami na marginesach egzemplarze „Postrzyżyn”, „Święta przebiśniegu” czy „Wesel w domu”. Od teraz rajd śladami autora „Pociągów pod specjalnym nadzorem” będzie znacznie łatwiejszy – w „Pradze z Hrabalem” Tomáš Mazal (autor sążnistej i do tej pory niestety nie przetłumaczonej na polski biografii Bohumila Hrabala) pracowicie wynotował z książek czeskiego pisarza fragmenty poświęcone związanym z tym autorem miejscom, dopisał do nich rys historyczno-biograficzny, całość zaś zilustrował odpowiednimi zdjęciami (zarówno stanu obecnego, jak też – w przypadku, gdy dane miejsce zmieniło swój wygląd lub przestało istnieć – archiwalnymi). Nic, tylko ruszać w drogę. Trzeba tylko odpowiednio odczytać tytuł książki – czyli nie sugerować się polskim przekładem i pamiętać, że jest to przewodnik nie tylko po Pradze, ale po całych Czechach – i wziąć długi urlop. Wszak Mazal dzieli książkę na 47 części, w których znajdują się opisy poszczególnych miejsc w czeskich i morawskich miastach, ale niektóre rozdziały poświęcone są więcej niż jednemu miejscu. Sama wycieczka po knajpach Libni, połączona rzecz jasna z degustacją, zająć może kilka dni (dla osób ze słabą głową czas ten może się znacznie wydłużyć). Trudno będzie raczej dorównać Hrabalowi, który rozpoczęty po południu „wielki libeński slalom” (odwiedzenie ponad 20 knajp) kończył późną nocą. Ale Hrabal jest typem Szwejkowskim, a wszyscy przecież pamiętamy, jakie rekordy bił w tej konkurencji Józef Szwejk („Pewnej nocy byłem w dwudziestu ośmiu lokalach. Ale muszę się pochwalić, że nigdzie nie zamawiałem więcej niż trzy piwa”).

Mazal w swoim drobiazgowo sporządzonym przewodniku literacko-turystycznym proponuje odwiedzenie miejsc oczywistych – browar w Nymburku, praska ulica Na Grobli, działka w Kersku – ale też opisuje miejsca epizodycznie pojawiające się w utworach Hrabala (jak choćby Sobiesław, gdzie pisarz odbywał kurs artyleryjski). A że z każdym miejscem łączą się poszczególne wydarzenia i postaci, „Praga z Hrabalem” staje się nieocenionym leksykonem Hrabalowskim. Niemal idealnym. Niemal, bo przecież dziwić może, że rozdział poświęcony Nymburkowi nie został opatrzony choćby jednym z cytatem z „trylogii nymburskiej”, nie wiadomo dlaczego notkę poświęconą Piwiarni Kruszowickiej zdobi zdjęcie zrobione w gospodzie Pod Złotym Tygrysem, dlaczego część zdjęć jest niepodpisana, albo dlaczego Mazal pewne informacje powtarza (dotyczy to zwłaszcza pierwszych rozdziałów). Ale to tylko drobiazgi. Drobiazgi, które mogą wręcz być urocze – jak choćby redaktorskie potknięcie (jedno z naprawdę niewielu), zamieniające datę rozpoczęcia przez Hrabala studiów prawniczych z 1935 na 1953 rok. Ten drobny czeski – nomen omen – błąd jest o tyle symptomatyczny, że wpisuje się w łańcuch Hrabalowskich opóźnień. W dzieciństwie Hrabal dwukrotnie nie zdał do następnej klasy, przedłużając sobie młodość, potem z powodu agresji hitlerowskich Niemiec na Republikę Czeską z opóźnieniem skończył studia, zaś jego literacki debiut przeciągnął się o wiele lat. Na dodatek studia prawnicze, które Hrabal podjął tylko, by zrobić przyjemność matce, i po ukończeniu których nigdy nie pracował w wyuczonym zawodzie, przyszły pisarz uważał za nieporozumienie (choć wsiąknął wtedy w świat literatury i filozofii) i przejaw „sztucznego losu”. Omyłkowe opóźnienie jego akademickiego startu, ten drobny redaktorski błąd, sam uznałby pewnie za przejaw „praskiej ironii”, przypadkowe przekłamanie, które znacznie bardziej zaświadcza o prawdzie niż stan faktyczny. Ech, ten Hrabal! Nawet błędy mu służą.

Tomáš Mazal
„Praga z Hrabalem”
tłum. Jakub Pacześniak
czuły barbarzyńca, Warszawa 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w portalu Xięgarnia)




SPONSOR W AFEKCIE - Zbigniew Kruszyński "Kurator"


Mężczyzna w sile wieku i maturzystka? To już było. Ale u Kruszyńskiego jest inaczej.

Bohater „Kuratora”, najnowszej powieści Zbigniewa Kruszyńskiego, jest samotnym pięćdziesięciolatkiem, którego główną rozrywkę stanowią spotkania z kobietami oferującymi swoje wdzięki za dość wysokie stawki. Pawła stać na częste korzystanie z takich usług – ma dużo pieniędzy i dużo czasu. A do tego nie ma żadnych zobowiązań – ani rodzinnych, ani zawodowych. Owszem, mógłby wybrać bardziej bezpośrednią formę kontaktu i zdecydować się na klasyczny podryw, ale jest na tyle pragmatyczny (i pesymistyczny), że nie dopuszcza możliwości nieudanej operacji. Dlatego decyduje się na sponsoring, w ramach którego, jak tłumaczy mu jedna z pań, „nie płacisz za seks, tylko za wszystko, czego nie musisz robić”. Dla Pawła, który nie musi tym samym angażować się, cierpieć, kłócić czy nudzić, jest to sytuacja idealna. Jego dewizą jest wszak hasło „Alkohol można pić dla smaku, niekoniecznie z rozpaczy”. Jako sybaryta i esteta woli działać w białych rękawiczkach i ze swadą opowiadać o kolejnych transakcjach.
Na podstawowym poziomie historia przygód Pawła jest udaną obyczajową opowieścią nasyconą socjologicznymi obserwacjami. Nie zapominajmy jednak, że jej autorem jest Zbigniew Kruszyński – jeden z najciekawszych polskich prozaików, znakomity stylista. Dlatego w „Kuratorze” odkrywamy coraz to nowe warstwy. Choćby lingwistyczną ekwilibrystkę, świetnie charakteryzującą głównego bohatera, który swoje ironiczne, pełne bon motów wypowiedzi traktuje jako jeden z elementów autokreacji. Albo nostalgiczne reminiscencje Pawła (warto dodać, że bohater po części współdzieli biografię z autorem), które ujawniają przyczyny jego obecnego rozczarowania światem. Przede wszystkim jednak Kruszyński funduje nam fabularną woltę – nieoczywistą, dwuznaczną, intrygującą – z kapitalnym finałem, którego zdradzić nie wypada. Dość wspomnieć, że bohater trafi na dziewczynę, która zachwieje jego uporządkowanym światem i cynicznego sponsora zamieni w tytułowego kuratora, pragnącego ocalić ją przed światem. Czy mamy do czynienia z moralną odnową, czy z kolejną grą? Z miłością, czy z manipulacją? A jeśli z manipulacją – kto jest manipulatorem, a kto manipulowanym? W „Kuratorze” Kruszyński wkroczył na teren niebezpiecznie zaminowany literackimi przedstawieniami podobnego motywu. I nie tylko nie poległ, ale zaproponował – dzięki oryginalnemu ujęciu tematu i stylistycznej maestrii – nową jakość.

Zbigniew Kruszyński
"Kurator"
W.A.B., Warszawa 2014 

(tekst ukazał się pierwotnie w portalu Xięgarnia)





OKRUTNA BAJKA - Ignacy Karpowicz "Sońka"


Sońka, tytułowa bohaterka najnowszej powieści Ignacego Karpowicza, to mieszkająca na podlaskiej wsi wiekowa Białorusinka, która przed śmiercią rozlicza się ze swoich dawnych tajemnic – opowiada przede wszystkim o dramatycznych wydarzeniach, których uczestniczką była w czasie wojny. Zaskakujące? I tak, i nie. Tak, ponieważ – zwłaszcza mając świeżo w pamięci poprzednią powieść Karpowicza, czyli ultrawspółczesne i zanurzone w artystycznym światku Warszawki „ości” – trudno o temat bardziej nieprzystawalny do ostatnich książek tego autora (a i skromna objętość „Sońki” staje w kontrze do opasłych „ości” czy „Balladyn i romansów”). A jednocześnie po trzykroć nie. Nie, bo Karpowicz zdążył nas już przyzwyczaić do niespodziewanych zmian tematyczno-stylistycznych (weźmy choćby ponurą psychodramę, czyli „Gesty” – powieść napisaną po lekkich w tonie „Niehalo” i „Cudzie”). Nie, gdyż uważni czytelnicy mogli się spodziewać, że prędzej czy później autor ten sięgnie do doświadczeń wyniesionych ze swojej podlaskiej przeszłości. I wreszcie – nie, ponieważ nawet opowiadając o tak poważnym temacie, Karpowicz, co dla niego typowe, wykracza co chwila poza realistyczną konwencję. „Sońka” jest wszak bajką. Bajką okrutną.
Zaczyna się – jak przystało na bajkę – w odpowiedniej konwencji. Miejsce akcji: za górami, za lasami – leżący niedaleko białoruskiej granicy przysiółek Królowe Stojło, na który składają się ledwie cztery chałupy, jest symbolicznym końcem świata. Czas akcji: „Dawno, dawno temu”, jak głosi początek pierwszego zdania powieści. Zanim jednak Sońka rozpocznie swoją wstrząsającą spowiedź, która przeniesie czytelnika do lat 40. ubiegłego wieku, Karpowicz proponuje rozgrywające się w warstwie współczesnej iście bajkowe spotkanie. Oto wyklęta przez okoliczną społeczność „wiedźma” Sońka spotyka pięknego królewicza, który na swoim rumaku marki Mercedes pojawia się ni stąd, ni zowąd w Królowym Stojle. Trudno o większe nagromadzenie sprzeczności – Igor, młody i modny reżyser teatralny z Warszawy, i bezzębna starucha-szeptucha Sońka. Teraźniejszość i przeszłość, kultura i natura, sztuczność i autentyczność. Ale – jak to bywa w bajce – to, co niemożliwe, staje się realne. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki spotkanie tych dwojga zadziała jak pocałunek, który przemienia żabę w piękność. Sońka, której Igor przypomina miłość z dawnych lat, opowiada mu swoją historię, czyniąc go nie tylko depozytariuszem okrutnej tajemnicy, ale też spowiednikiem, który pomoże jej godnie pożegnać się ze światem. Igor zaś, dzięki spotkaniu z Sońką, porzuci wielkomiejską maskę i przemieni się w Ignacego, który nie tylko nie będzie wstydził się swojego podlaskiego pochodzenia, ale jeszcze twórczo je wykorzysta, przetwarzając monolog Sońki w teatralny spektakl.
Karpowicz dość szybko zrywa jednak z bajkową konwencją i porzuca lekkie w tonie zderzenie dwóch światów, dość nieoczekiwanie przenosząc ciężar narracji na opowieść Sońki. Jej wyznanie, przerobione przez Igora/Ignacego na sceniczny monolog, ma szansę stać się jednym z najbardziej zapadających w pamięć tekstów mierzących się z tematem winy i odkupienia („Jestem z Królowego Stojła, gdzie dumni królowie popasywali, jestem z domu Trochimczyk, jestem matką, której zabito dziecko, jestem siostrą, której zabito braci, jestem córką, której zabito ojca, jestem żoną, której zabito męża, jestem kochanką, której zabito kochanka, sąsiadką bez sąsiadów, rozpaczą bez strun głosowych, skargą bez spowiednika, spowiedzią bez rozgrzeszenia”). To przejmująca wypowiedź szykującej się na śmierć kobiety, która rozlicza się ze swoim życiem, z wojennymi traumami oraz społecznym wykluczeniem. Monolog Sońki staje się dramatycznym oskarżeniem historii, prowincjonalnego patriarchalizmu i dziejowej niesprawiedliwości. Nie ma w tym nic z „memłania Holocaustu”. Jest za to oryginalny, bo indywidualny, jednostkowy i skromny, a dzięki temu niezwykle sugestywny, sposób opowiadania o tragedii – zarówno osobistej, jak i zbiorowej. „Sońka” to naprawdę mocna i zaskakująca powieść, za pomocą której Karpowicz udowadnia, że jest jednym z najzdolniejszych, ale przede wszystkim najbardziej wszechstronnych autorów swojego pokolenia.

Ignacy Karpowicz
„Sońka”
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

PUDELEK SPRZED STULECIA - Florian Illies "1913. Rok przed burzą"


Niemiecki pisarz i dziennikarz Florian Illies (autor m.in. kapitalnej prześmiewczej książki „Jak być niewinnym”) obala powszechną tezę, według której wiek XX zaczął się w roku 1914. Jego „1913. Rok przed burzą” dowodzi, że symbolicznym zamknięciem kostycznego wieku XIX i prawdziwym rozpoczęciem, jak pisał Kafka,„nerwowej epoki”, jest właśnie rok 1913. I bynajmniej nie chodzi tu o politykę. Zresztą spośród niezliczonych bohaterów książki Illiesa tylko dwóch pesymistów zaprząta sobie głowę narastającymi niepokojami społecznymi. „Wojna nieustannie grozi wybuchem” – twierdzi Rudolf Steiner, przytakuje mu zaś pracujący właśnie nad „Zmierzchem Zachodu” Oswald Spengler. Trudno ich narzekania brać jednak poważnie, obaj są wszak neurastenikami. A na dodatek wszyscy wokół zaczytują się książką Normana Angella „Wielka iluzja”, w której brytyjski publicysta snuł wizję przyszłości: „Do wielkiej wojny w Europie, której groźba wiecznie istnieje, nigdy nie dojdzie. Bankierzy nie wysupłają pieniędzy na taką wojnę, przemysł nie będzie, a dyplomaci nie mogą jej podtrzymywać. Żadnej wielkiej wojny nie będzie”. W roku 1913 24-letni Hitler ledwo wiąże koniec z końcem, próbując handlować swoimi akwarelami (od czasu do czasu wygłasza rasistowskie przemowy, ale szybko cichnie, bo nikt w wiedeńskim przytułku, gdzie pomieszkuje, nie zwraca na niego uwagi), zaś Stalin, który przez jakiś czas przebywał również w Wiedniu (czy kiedyś się spotkali? – snuje spiskowe domysły Illies), zostaje zesłany na Syberię. O wojnie nikt zatem nie myśli. Wszyscy chcą żyć, tworzyć, bawić się kochać.
Wszyscy – czyli kto? Artystyczna bohema, która w 1913 roku żyła i tworzyła przede wszystkim w Wiedniu i Berlinie (Illies pisze także m.in. o wydarzeniach w Paryżu i Nowym Jorku, ale miasta te staną się stolicami świata nieco później). Kogóż tu nie ma! Malarze, muzycy, pisarze, naukowcy, aktorzy. Cała ówczesna środowiskowa socjeta, której Illies przygląda się z zainteresowaniem i znajduje tam… No właśnie – nie tyle twórcze porywy, rozterki ducha i wiekopomne działania, co miłostki, zawiści i zdrady. Musil pieczołowicie notuje stosunki odbyte z żoną, Kokoschka szaleje z miłości do wdowy po Mahlerze („Będziesz mnie biła twymi ślicznymi, kochanymi rączynami?”), żona Tomasza Manna po publikacji „Śmierci w Wenecji” zaczyna podejrzewać, że jej mąż nie jest „przesadnie heteroseksualny” – to odkrycie spowodowało, że przez kolejne półtora roku musiała leczyć się w sanatoriach (co z kolei było dla Manna zaczynem pomysłu „Czarodziejskiej góry”), Spengler natomiast kobiet się boi (notuje: „Lęk przed kobietami – gdy tylko się rozbiorą”), Einstein porzuca żonę dla kuzynki, Kirchner zadaje się na przemian z siostrami Erną i Gerdą Schilling, Kafka zachęca Felicję Bauer do małżeństwa, dając jej równocześnie do zrozumienia, że jest to niemożliwe, Freud bada mechanizmy wypierania seksualności, samemu ją wyparłszy właśnie w 1913 roku, gdy żona urodziła mu szóste dziecko, zaś  Wittgenstein kupuje domek w Norwegii, gdzie udaje się ze swoim kochankiem (i gdzie tworzy „Traktat logiczno-filozoficzny”, dzieło tak skomplikowane, że „Russell, poproszony listownie o zrobienie korekty, musi poprosić o ponowne przesłanie własnych pytań, by zrozumieć odpowiedzi Wittgensteina”).
Na tym obyczajowym tle Illies kreśli panoramę roku 1913, przełomowego w historii sztuki. Roku, w którym Proust pisał „W poszukiwaniu straconego czasu”, Strawiński prezentował „Święto wiosny”, a Malewicz malował czarny kwadrat. To tylko ułamek wydarzeń, które miały miejsce na rok przed wybuchem I wojny światowej, która na dobre pogrzebała stary porządek. Rok 1913 jest zatem nie tylko rokiem artystycznego bogactwa spod znaku nowej sztuki, jest też ostatnim rokiem nieskrępowanej swobody, o czym Illies opowiada z właściwą sobie dozą intelektualnego luzu.
Książka Illiesa, sytuująca się gdzieś pomiędzy historycznym dokumentem, esejem pisanym z przymrużeniem oka, swobodnym kalendarium a hybrydyczną prozą, bazuje na niezwykle prostym (choć piekielnie trudnym do zrealizowania) pomyśle – wystarczy uważnie przewertować tytuły prasowe oraz dzienniki i listy pisane przez różnych artystów w danym okresie, całość zgrabnie połączyć w mniej lub bardziej spójną opowieść i gotowe. Efekt? Jedyna w swoim rodzaju panorama artystyczno-społeczna roku wielkich zmian. Lekka, dowcipna, zajmująca. I skrótowa. A przez to niezwykle atrakcyjna. O ileż łatwiej zapamiętalibyśmy wydarzenia z listopada 1913 roku, gdyby w podręcznikach opisywano je tak, jak robi to Illies: „Między Else Lasker-Schüler i dr Gottfriedem Bennem wszystko się skończyło – ona jest w rozpaczy, na co dr Alfred Döblin, który właśnie pozuje Ernstowi Ludwigowi Kirchnerowi, wstrzykuje jej morfinę”. Tak mógłby wyglądać ówczesny Pudelek, gdyby istniał.

Florian Illies
„1913. Rok przed burzą”
tłum. Ewa Kochanowska
Czarna Owca, Warszawa 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")