Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rumunia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2014

ŚWIAT W GIPSIE - Max Blecher "Zabliźnione serca"


„Zabliźnione serca” Blechera to rewers „Czarodziejskiej góry”, powieść napisana „po cioranowsku” – na szczytach rozpaczy.

Max Blecher był przedstawicielem wyjątkowego pokolenia, do którego należeli najwybitniejsi XX-wieczni intelektualiści pochodzenia rumuńskiego – Emil Cioran, Mircea Eliade i Eugène Ionesco. Jednak – w odróżnieniu od wspomnianych autorów, którzy wyemigrowali do Francji – Blecher nie mógł liczyć na międzynarodowe uznanie, do Francji zaś jeździł wyłącznie na leczenie. Gdy bowiem skończył 19 lat, zdiagnozowano u niego chorobę Potta, czyli połączoną z atakami niewyobrażalnego bólu gruźlicę kości kręgosłupa. Po serii wizyt w europejskich sanatoriach Blecher wrócił do rodzinnego Roman i resztę krótkiego życia (zmarł w wieku 29 lat) spędził w pozycji horyzontalnej, zakuty w specjalny gipsowy gorset. I pisał, jakby wbrew chorobie, a może wręcz dzięki niej. Przez dziesięciolecia pozostawał jednak, nawet w Rumunii, właściwie zapomniany. Dopiero opublikowany w latach 90. monumentalny „Dziennik z lat 1935-1944” Mihaila Sebastiana, w którym autor sporo miejsca poświęcił Blecherowi, pozwolił na nowo odkryć tego, jak pisał Sebastian, „dziwnego chłopaka”.
Skromna objętościowo twórczość Blechera, który pozostawił po sobie tylko tom poezji, garść osobistych zapisków i dwie ukończone powieści, przysporzyła mu miana „rumuńskiego Kafki”. I rzeczywiście – jego studiom wyobcowania blisko jest do autora „Procesu”, ale też niespodziewanie blisko do Schulza z jego koncepcją deformacji rzeczywistości. Jednak głównym odniesieniem dla wyrosłych z doświadczeń Blechera „Zabliźnionych serc” pozostaje Tomasz Mann i „Czarodziejska góra” – wszak główny bohater powieści przybywa do sanatorium, gdzie dokona przewartościowania swojego życia. „Zabliźnione serca” są jednak nie tyle nawiązaniem, co raczej przeciwieństwem powieści Manna. I tak, jak Castorp nie ma nic wspólnego z Emanuelem, tchórzliwym egocentrykiem, który własne cierpienie zwalcza zadając cierpienie innym, tak ekskluzywne Davos jest odwrotnością Berck, „miasta bezruchu i gipsu”. Świat powieści Blechera jest nie tylko antytezą świata mannowskiego – to w ogóle świat na opak, gdzie chorzy „muszą leżeć w gipsie, ale prowadzą normalne życie, nawet jeżdżą na przejażdżki, leżąc w specjalnych powozach ciągniętych przez konie lub osiołki”. Blecher zneutralizował pesymistyczną wymowę powieści zaskakującymi akcentami groteskowymi, a naturalizm opisu zrównoważył subtelnym liryzmem. W postaci Emanuela zawarł natomiast obraz człowieka, którym sam mógłby się stać, gdyby nie ocalająca moc literatury. „Skąd u niego ta odwaga, aby jeszcze żyć?” - pyta w „Dzienniku” Sebastian. Odpowiedzią są pisane między atakami bólu „Zabliźnione serca”.

Max Blecher
"Zabliźnione serca"
tłum. Tomasz Klimkowski
W.A.B., Warszawa 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Lampie")

wtorek, 14 stycznia 2014

OSZUKALI PANIĄ - rozmowa z Małgorzatą Rejmer o książce "Bukareszt. Krew i kurz"




Maciej Robert: Jak to możliwe, że nie jesteś w Rumunii? Przecież ty ciągle jesteś w Rumunii!
Małgorzata Rejmer: Na szczęście za dwa tygodnie wyjeżdżam do Bukaresztu na tydzień. Nie mogłam się tego doczekać, miałam poczucie, że cały czas rozmawiam o Bukareszcie zamiast siedzieć w Bukareszcie. No i wreszcie pojadę, chociaż na jakiś czas.

Od pewnego czasu promujesz książkę „Bukareszt. Kurz i krew”. I przyznajesz, że masz już trochę dosyć tych samych pytań na spotkaniach autorskich: „Dlaczego Bukareszt?”, „Dlaczego Rumunia?”, „Co tam jest takiego fascynującego, za czym tęsknisz i dlaczego?”...
To nie jest kwestia tego, że ja tak szybko stałam się zmanierowana. Po prostu bardzo łatwo wchodzą mi pewne kwestie do głowy i zaczynam klepać okrągłe zdania. I tego chciałabym uniknąć, tak że jeżeli będą pytania niekonwencjonalne, to tym lepiej dla mnie.

Dobrze, zatem pytanie niekonwencjonalne: „Dlaczego Bukareszt, dlaczego Rumunia”?
Przyjechałam tam po raz pierwszy w 2009 roku i ta pierwsza podróż to było tylko i wyłącznie doświadczenie naskórkowe tego miasta, takie doświadczenie kompletnie nieudane. Kiedy tam przyjechałam, wszystko było źle: było potwornie gorąco, to był lipiec, lato upalne, wszędzie tabuny psów. Nie mówiłam wtedy jeszcze po rumuńsku. Nigdzie nie było rozkładów autobusów ani tramwajów. Nie było też biura informacji turystycznej, nie było jeszcze takich cudów jak GPS w komórce, niczego nie było. W związku z tym ten Bukareszt mnie nieustannie wypychał na obrzeża. Dobrze poznałam takie rewiry, w które potem się już raczej nie zapuszczałam – tam, gdzie było bardzo wiele cygańskiej mniejszości, jakichś takich wozów przedziwnych, które jechały po asfalcie z cygańskimi rodzinami. I tak naprawdę to doświadczenie przestrzeni to było tylko takie poczucie, że ja czegoś kompletnie nie rozumiem, nie rozumiem tej architektury, że ona w jakiś sposób mnie fascynuje. Widzę warstwy, które się w tej architekturze odkładają, ale nie mam do tego żadnego klucza i nie mam nikogo, kto mógłby mi to jakoś objaśnić. Zachorowałam na Bukareszt. Chciałam, żeby ta choroba była utajona jak najdłużej, ten Bukareszt nie był mi kompletnie do szczęścia potrzebny. Ale w 2010 roku poszłam na festiwal filmów rumuńskich i już wtedy miałam takie poczucie, że się wydarzyło coś wyjątkowego. To były filmy zrobione dosłownie za 250 euro, ze znakomitymi scenariuszami, ze świetną grą aktorską, ze świetnymi dialogami i ja się zastanawiałam, jak oni to robią. Przecież my mamy z roku na rok coraz większe budżety na filmy, średni budżet filmu u nas to jest bodajże sześć milionów złotych, a tych filmów nie da się oglądać. A tutaj po prostu dać Rumunom kamerę, jakieś pomieszczenie nieoświetlone i dwie osoby i oni robią znakomite filmy. Jak to się dzieje? Zaczęłam się uczyć rumuńskiego. Im dłużej się uczyłam, tym ciekawsza wydawała mi się historia samej Rumunii. No i to wszystko się złożyło tak samoistnie, jakoś tak kliknęło. Dostałam potem stypendium na raptem kilka tekstów o Rumunii, ale już wtedy tak bardzo połknęłam bakcyla, że wiedziałam, że zostanę tam najdłużej, jak się da.

A możesz powiedzieć teraz – z perspektywy pięcioletniego już swojego związku z Bukaresztem – że rozumiesz to miasto?
Nie, nie mam takiego poczucia. Piszą do mnie ludzie, którzy twierdzą (na przykład Polacy mieszkający w Bukareszcie), że dzięki tej książce coś zrozumieli z tej przestrzeni. Taki w ogóle był zamysł, żeby ta książka mi odpowiedziała na pewne pytania, które we mnie siedzą. Natomiast wydaje mi się, że to jest wierzchołek góry lodowej, że jest mnóstwo kwestii, których nie poruszyłam w tej książce – kwestia cygańska czy kwestia mniejszości ormiańskiej, czy kwestia mniejszości żydowskiej. Temat architektury też ledwie musnęłam. Tak że wydaje mi się, że prędzej czy później wrócę do Bukaresztu i będę próbowała ten chaos opowiedzieć.

Chciałem zadać jeszcze kilka pytań ogólnych, ale zostawmy je na koniec, do puli dodatkowej. Ale chyba nie powinien mówić „pula”?
Raczej nie (śmiech). To sympatyczne słowo, które nam się kojarzy z wczasami albo z kulą, to jest najbardziej obelżywe przekleństwo... Może najbardziej obelżywe nie, bo oni mają ogromny katalog przekleństw i można garściami wybierać, ale „pula” to już jest słowo takiego wyższego kalibru ofensywności. Rumuni w ogóle mają przepiękne wulgaryzmy. Po prostu poematy, obrazy. To nie są pojedyncze słowa, to całe długie, opisowe frazy. Bardzo poetyckie, a jednocześnie dosadne. To opowieści o tym, kto komu co zrobi, w jakich okolicznościach, z udziałem kogo. I tam też siły metafizyczne są często zaprzęgnięte do tego, jakieś kataklizmy i inne sytuacje. Tak naprawdę to jest chyba dla samej przyjemności snucia właśnie takich obelżywych opowieści. Jednoosobowych, bo słyszałam, że gdyby ktokolwiek powiedział cos takiego w bezpośrednim kontakcie, to szpital murowany.

Do przekleństw jeszcze wrócimy, na razie chciałbym zapytać o co innego. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, kończysz rozmowę odwróceniem pytania, odbijasz piłeczkę i pytasz rozmówczynię: „Czy po przeczytaniu tej książki chciałabyś pojechać do Bukaresztu?” Odpowiedź brzmi „Tak”.
W pierwszej wersji odpowiedź brzmiała: „Bardzo”.

Ja odpowiadam: „Bardzo bym nie chciał”. Nie mówię, że to jest zła książka, to jest fenomenalna książka, ale przez tę swoją fenomenalność ona bardzo dobrze, niezwykle sugestywnie opisuje, że Bukareszt i cała Rumunia to są miejsca mocno przygnębiające.
A więc diagnozuję cię – nie jesteś masochistą, jesteś sadystą. A Bukareszt to miasto masochistów.

Ale zobacz, książka ma 250 stron i ty na dwóch ostatnich stronach, w ostatnim rozdziale, który jest najkrótszy, dopiero na 265 stronie piszesz: „Postanowiłam, że w ostatnim rozdziale książki napiszę o pięknie Bukaresztu”. Czyli to, co jest przed tym, to są same maszkary.
Bezsensowne zadanie, nie udało się.

Ułożyłaś tę książkę tak, że najpierw mamy dział poświęcony historii powojennej, potem mamy króciutki przerywnik z międzywojnia – to był ten okres, kiedy Rumunia była wielka i politycznie, i kulturalnie, i pod każdym chyba względem – a potem przenosimy się do teraźniejszości, która już jest troszeczkę bardziej rozświetlona niż to, co było za Ceauşescu. Zacznijmy zatem od tego, co było dobre w historii Bukaresztu...
Myślisz, że międzywojnie było dobre, tak?

Tak. I mam w tym myśleniu niejednego sprzymierzeńca. Ot, choćby Guillaume Apollinaire, który w swojej zbereźnej książeczce „99 dziewic” porównuje to miasto (choć z nieco wcześniejszego okresu niż międzywojnie) do Paryża.
Tak, te wpływy paryskie widać szczególnie w architekturze, to znaczy budynki z końca XIX wieku to są w dużej mierze albo dzieła paryskich architektów, którzy tam sobie przyjechali zarobić duże pieniądze, albo w ogóle kopie paryskich budynków. Jest łuk triumfalny w samym centrum, który przypomina ten francuski, czy chociażby siedziba Banku Narodowego, czyli – proszę mi wybaczyć, jeśli się pomylę, to też jest jeden do jednego – budynek paryskiej biblioteki. I tak dalej, i tak dalej, można w topografii Bukaresztu mnożyć takie przykłady. Ale Nikolae Ceauşescu udała się rzecz niebywała, to znaczy miasto, które było zapatrzone w Paryż i które czerpało z Paryża ile się da, on przerobił tak drastycznie i tak koszmarnie, że teraz, jeżeli spacerujemy tym Bukaresztem, to jeśli widzimy jakieś echa paryskie, to one są uderzające i zawsze to jest Bukareszt na wspak, Bukareszt wybebeszony, trochę zapomniany, trochę karykaturalny. Kiedy nagle na jakimś klepisku wyrasta kopia paryskiego zegara chociażby. Paryż szalenie przypadł do gustu Rumunom już od XIX wieku, wtedy zapatrzeni w stolicę Francji bojarzy wołoscy i mołdawscy wracali stamtąd i postanawiali, że zrobią sobie swój świat na modłę zachodnią. I po prostu w bardzo krótkim czasie, to była kwestia trzydziestu lat, zrzucili te swoje orientalne stroje i kopiowali modę paryską w skali jeden do jednego, a oczywiście wszystko, co było kopią, było przesadne i te wszystkie cechy były wzmocnione. A na to się rzeczywiście nadkładały cechy typowo rumuńskie. To wszystko doskonale widać na fotografiach Nicolae Ionescu, jednego z najważniejszych fotografów międzywojnia. On fantastycznie pokazuje te kontrasty Bukaresztu. Ja mam trochę problem z mówieniem o międzywojniu, bo cała ta chwała międzywojnia, to, że ten Bukareszt tak fantastycznie wyglądał, że z jednej strony był taki wielkomiejski, a z drugiej strony był właśnie taki, jak widać na tych zdjęciach, to się bierze ze sprzedaży ropy naftowej, którą wtedy odkryto i która była sprzedawana Niemcom. Nawet ten okres chlubny Bukaresztu... kładzie się na tym cień bliskości Niemców, która się potem zacieśniała i zacieśniała.

No dobrze, ale w bukaresztańskich kawiarniach spotykała się śmietanka artystyczna Europy.
Tak, i rozmawiali głównie o faszyzującej Żelaznej Gwardii, która była absolutnym w tamtym czasie... po prostu była bardzo nośną intelektualnie propozycją widzenia Rumunii jako wielkiej Rumunii. Ale porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym – o, tutaj jest moje ulubione zdjęcie, które wisi nad stołem w moim mieszkaniu – ten Bukareszt, który ja bardzo lubię, białe miasto. Jest niesamowicie urbanistycznie przemyślane, z główna arterią i z tymi budynkami modernistycznymi, budowanymi przez architektów żydowskich, którzy potem tworzyli Tel-Aviv. Ten międzywojenny Bukareszt może się z Tel-Avivem kojarzyć. Właśnie Żydzi pochodzenia rumuńskiego, którzy potem wyemigrowali w ostatnim momencie, w latach 30. zbudowali fantastyczne miasto. I Bukareszt w tamtym okresie, obok Paryża właśnie, odznaczał się tym, że był bardzo starannie wytyczony. To było miasto idealnie przemyślane na 600 000 ludzi. Miało też swojego demiurga, czyli Karola II, króla, który się zapatrzył trochę na Buenos Aires, na Nowy Jork... Też chciał ściągać z Paryża, ale jak najmniej, ponieważ potem, po końcówce XIX wieku, uznał, że Paryż jest opatrzony. I właśnie chciał takiej wysokości, chciał skali, chciał mocy. I ten Bukareszt międzywojenny właśnie taki jest, jak on sobie wymarzył. No i niestety potem było tylko gorzej, były trzęsienia ziemi, nieczułość na architekturę i było podupadanie tej tkanki miejskiej. Nie, nie „tkanki miejskiej”, nie chcę używać tego sformułowania – podupadanie miasta.

Mówisz o Nowym Jorku – rzeczywiście na niektórych zdjęciach Bukareszt wygląda jakby to był Manhattan, a nie zapomniany skrawek Europy.
Najwyższy budynek w centrum, nazywany bukaresztańskim drapaczem chmur, to  apartamentowiec Carlton, w którym mieszkała elita, śmietanka Bukaresztu: lekarze, aktorzy. Wszyscy, którzy mieli w tym czasie najwięcej pieniędzy. Na dole było też kino, też szalenie modne i zbierające crème de la crème miasta i była to fajna architektura, ciekawa, ale niestety źle zaprojektowana. Tam w pewnym momencie zaczęto oszczędzać, słupy były smuklejsze u podstawy, dla efektu, ale efekt był taki, że szkoda gadać. W 1940 roku było trzęsienie ziemi i ten apartamentowiec runął. I ci wszyscy ludzie, właśnie ta śmietanka Bukaresztu, zginęli pod gruzami. No i cóż, po Carltonie zostało tylko zdjęcie.

Większość tamtego Bukaresztu jest już tylko wspomnieniem. A co ze wspaniale zorganizowaną prostytucją międzywojenną Bukaresztu, o której piszesz (jedna prostytutka przypadała na 30 mężczyzn!). Czy coś z tej atmosfery zostało w dzisiejszym Bukareszcie? Czy Ceauşescu kompletnie przejechał się po Rumunkach walcem aborcyjnym?
Chyba nie ma takiej siły, która by zatrzymała prostytucję. Nawet jeśli ta siła nazywa się Ceauşescu. Na pewno to zeszło maksymalnie do podziemia. Ale myślę, że sytuacja kobiet w tamtych czasach była tak tragiczna, że prostytucja była jednym ze sposobów na normalność i też na pewno płaciło się za nią gigantyczną cenę, właśnie dlatego, że problem antykoncepcji był tak wielki. Ja to znam tylko z takich jakichś opowieści moich kolegów, którzy mają jakieś doświadczenia z prostytutkami, ale nie chcę tutaj uogólniać, bo moi koledzy z Warszawy też potrafią co nieco o tym opowiedzieć (śmiech). Ja akurat mieszkałam nieopodal dzielnicy czerwonych latarni, przy bulwarze Decebala, i wiem, że jest mnóstwo takich miejsc w Bukareszcie. Mój kolega opowiadał mi co nieco o tym, ponieważ jeździł w karetce nocami i rozdawał prostytutkom prezerwatywy i strzykawki. Ale to były właśnie te prostytutki najsłabsze, które stały na ulicy przez całą noc.

Zazwyczaj postrzegamy Ceauşescu jako tę osobę, która pogrążyła powojenną Rumunię w chaosie i biedzie. Twoja książka przypomina, że przed nim rządził ktoś o wiele gorszy -  Gheorghiu-Dej. O stworzonym przez niego więzieniu w Pitesti Sołżenicyn (to o czymś świadczy…) powiedział, że to jest piekło na ziemi, że nie ma gorszego miejsca.
Tak, największe barbarzyństwo współczesnego świata, tak o tym pisał. Ale zwróćmy uwagę, że fenomen więzienia Pitesti to jest czas mniej więcej półtoraroczny, kiedy rzeczywiście te eksperymenty są prowadzone na ogromną skalę i są najbardziej brutalne. Ponieważ to był  fenomen barbarzyński, zdecydowałam się o tym napisać dopiero, jak się dowiedziałam, że jeszcze w latach 60. prowadzono takie metody gnębienia czy torturowania więźniów. Dowiedziałam się, że koleżanka, która pomieszkiwała w domu, w którym i ja pomieszkiwałam, straciła pradziadka w ten sposób. Jednym z elementów eksperymentu Pitesti było nakłanianie więźniów, żeby mordowali się nawzajem. Jeśli oni nie byli dostatecznie brutalni, to wtedy zazwyczaj strażnicy wchodzili pomiędzy nich i dobijali ten słabszy element. Tworzono kręgi, gdzie każdy się pałował nawzajem i jedna osoba z tego kręgu była potem dobijana przez strażników, żeby cała reszta nie miała żadnej nadziei, żeby wiedziała, że to jest rzeczywiście piekło. No i okazało się, że pradziadek mojej koleżanki zginął jeszcze w latach 60. właśnie w ten sposób, to znaczy miał katować dwóch mnichów, z którymi mieszkał w jednej celi. Przy czym strategia była taka, że jednego dnia on był katem i miał dwie ofiary, a drugiego dnia on był ofiarą i inny z tych mnichów był katem; i role się tak co trzy dni zmieniały. I on w pewnym momencie stwierdził, że ma dość i nie będzie więcej w tym uczestniczył, za co został skatowany przez strażników i wkrótce potem zmarł. A zaraz potem była amnestia, więc ci mnisi pierwsze co zrobili, to udali się właśnie do rodziny pradziadka mojej koleżanki i powiedzieli jego żonie, w jaki sposób on zginął. Pitesti to był skraj bestialstwa. W tamtym okresie staliniści, którzy panowali w Rumunii, byli zafascynowani behawioryzmem w torturowaniu, tym, że można warunkować ofiarę na różne bodźce, sprawić, że to, co do tej pory kojarzyło jej się dobrze, kojarzy jej się z czymś najstraszniejszym. I w Pitesti byli przede wszystkim młodzi ludzie, idealiści, albo członkowie Żelaznej Gwardii, albo duchowni. Były też osoby, które tam po prostu miały pecha się zaplątać w jakimś transporcie. Wszyscy ci, którzy byli przesiąknięci ideałami sprzecznymi z tym, co wyznawali komuniści. A ponieważ komuniści byli szczególnie cięci na Kościół, duchowni w Pitesti byli zmuszani do odprawiania rytuałów nad swoim kałem, byli zmuszani do połykania tego kału albo jedzenia kału innych więźniów. I po półtora roku nawet Gheorghiu-Dej stwierdził, że nie można sobie wyobrazić czegoś gorszego, że tutaj, w Pitesti, osiągnięto piekło i w takim razie zamykamy ten kramik. Ale te metody tak się spodobały, że jeszcze przez wiele lat były stosowane.

Tak naprawdę dopiero zaczęliśmy rozmowę o czarnych stronach rumuńskiej historii, powiemy sobie jeszcze o wielu innych, a przecież sporo Rumunów, którzy czytali twoją książkę, mówi, że to jest optymistyczna rzecz.
Myślę, że w ogóle nad tą książką unosi się pytanie o pamięć i o to, co my w ogóle pamiętamy. I na ile mechanizmy obronne sprawiają, że mamy zupełnie inne wyobrażenie przeszłości niż to, jak można ją obiektywnie opisać za pomocą statystyk czy w ogóle jakichś książek historycznych. Bardzo często spotykałam się z tym, że ludzie mi mówili „Tak nie było, jak pani mówi, oszukali panią”. Teraz w ogóle kwitnie taki nostalgiczny popkulturowy kult Ceauşescu i mam wrażenie, że Rumunom bardzo łatwo jest zapominać. Kategoria niepamięci to jest kwestia, która opisuje stosunek dzisiejszych Rumunów do komunizmu. Ci Rumuni, którzy ze mną rozmawiają, to są ludzie, którzy znają język polski albo mieszkają w Polsce od dłuższego czasu – i oni mówią, że cieszą się, że w ogóle czegoś o tej Rumunii się dowiadują. Że jest tak silny prąd nacjonalistyczny, jeżeli chodzi o historię, o mówienie o historii i budowanie takiego mitu wielkiej Rumunii, a w ogóle wiele kwestii jest nieprzerobionych, nie ma takiej debaty publicystycznej z prawdziwego zdarzenia. To czasem przedostaje się do głównego nurtu, ale potem zostaje zepchnięte, więc ci Rumuni mówią mi, że cieszą się, że ta książka zbiera takie właśnie palące tematy, o których się nie mówiło i w jakiś sposób próbuje znaleźć odpowiedzi na pytania, których nawet wcześniej nie zadawano.

Jest w twojej książce scena, gdzie opisujesz rewolucję, do której doszło przy okazji egzekucji Ceausescu. Jedna z bohaterek, oglądając wydarzenie w telewizji, bierze do ręki podręcznik do historii i wyrywa z niego zdjęcie dyktatora. A jak obecnie wyglądają owe podręczniki, skoro mówisz, że nadal Rumuni o tylu rzeczach nie wiedzą?
O ile dobrze pamiętam, to taka reforma podręczników, zmiana treści podręczników w stosunku do tego, co było za komuny, nastąpiła dopiero w 2001 roku, jakoś tak szalenie późno. Całe lata 90. to jeszcze były opary komunistyczne, które się unosiły nad Rumunią. Nie było naturalnego dążenia do wyprostowania przeszłości, także dlatego że Ceauşescu miał szaloną fantazję, jeśli chodzi o przepisywanie dziejów Rumunii i miał od tego historyków, którzy wymyślali różne niestworzone historie. I cały czas walczyły ze sobą ten mit Daków, mit Rzymian bardzo silny przez długi czas, pochodzący w linii prostej od żołnierzy rzymskich, który też był szalenie popularny. Tak że to wszystko się dzieje z takim opóźnieniem pewnie dziesięcioletnim w stosunku do tego, co jest u nas, i nadal taki nurt krytyczny w historiozofii rumuńskiej czy historiografii to jest domena wyłącznie młodych. Ci starzy zachowali przyzwyczajenia z czasów komuny i nic nie wskazuje na to, żeby zmienili sposób myślenia. Z drugiej strony są takie postacie jak na przykład Lucian Boia, szalenie znany historyk rumuński, który cały czas bierze na warsztat te największe i najgłupsze, mówiąc szczerze, mity historyczne Rumunii i bez ogródek, bez skrupułów się z tym rozprawia. To jest dla Rumunów wielkie odkrycie, jego książka Dlaczego Rumunia jest inna sprzedała się w jakimś rekordowym nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy i ona była objawieniem dla Rumunów, co pokazuje, że wreszcie jest ten moment konfrontowania się z przeszłością.

Wspomniałaś o tym, że Ceauşescu był troszeczkę oderwany od rzeczywistości. Troszeczkę to mało powiedziane – on chyba żył w jakiejś bańce mydlanej, która objął cały kraj. I dodajmy, że nie był to człowiek zbyt inteligentny. Na opisanie stanu umysłu jego małżonki trudno znaleźć odpowiednie słowa.
Tak, ona była źródłem niezliczonej ilości plotek, dowcipów i anegdot. I pamiętam, pod sam koniec, kiedy już było tak bardzo nerwowo w Rumunii, cos wisiało w powietrzu, pamiętam, opowiadała mi jedna kobieta – Elena Ceauşescu wreszcie przemówiła, miała jakieś takie wystąpienie z okazji swoich urodzin i okazało się, że ona w ogóle nie zna żadnych reguł gramatycznych, po prostu nie jest w stanie się przyzwoicie wypowiedzieć, te zdania jej się rozkraczały w jakiś karykaturalny sposób. I ona wreszcie, gdy się już dorwała do głosu, to zszokowała Rumunię, która i tak nie była w tamtym okresie jakoś szczególnie intelektualna, politycy nie byli intelektualistami, z intelektualistami było ogólnie kiepsko, dlatego że byli na garnuszku Ceauşescu. I opowiadała mi jedna kobieta, że nazajutrz, po tym wystąpieniu Eleny, w jej robocie nikt się nie odezwał. To znaczy wszyscy tam, pięcioro pracowników, wszyscy wszystkie czynności wykonywali w absolutnym milczeniu, bo wiedzieli wcześniej, że Elena jest głupia jak but, ale nie wiedzieli, że aż tak, że ta konfrontacja z jej głupotą będzie taka druzgocząca. Jest też inna anegdota – Elena życzy sobie głównego bulwaru reprezentacyjnego przechodzącego przez całe miasto i mówi, że chce, żeby to było dłuższe niż Szampaliza, czyli Champs Elysees, ponieważ nie jest w stanie nawet takiej nazwy wymówić.

Ceauşescu, kiedy doszedł do władzy w roku 1965, powiedział, że socjalizm właściwie w Rumunii został już osiągnięty, więc on teraz będzie chciał budować całkiem nowy komunizm. Powołał Socjalistyczną Republikę Rumunii, o której też jest pewna anegdota. Ponieważ wszystkiego wówczas w Rumunii brakowało, Rumuni pytali: „Czym różni się SRR od Auschwitz?”.
W Auschwitz był gaz. Ale tutaj też musimy to bardzo mocno rozdzielić, bo ten okres najgorszy w Rumunii to są lata 80., wbrew pozorom w 1965 r. wcale nie jest źle. Dej pozostawia kraj w całkiem dobrym stanie, te pierwsze dziesięć lat panowania Ceauşescu to jest taki okres, kiedy Polacy przyjeżdżając do Rumunii, piszą o bardzo tanich butach z zagranicy, o znakomitym rękodziele rumuńskim, o wspaniałych restauracjach, o takim stylu jeszcze trochę kawiarnianym, o wspaniałym jedzeniu w ogóle. Ziemia taka żyzna, która wszystko rodzi – wystarczy tego nie zepsuć. I wszystko to w drugiej połowie lat 70. zaczyna się sypać, ale już po prostu na taką wielką skalę, to jest łańcuch katastrofalnych decyzji, który sprawia, że rzeczywiście Bukareszt jest jak wspaniale oświetlone miasto, w którym po kolei wszystkie okna zaczynają wygasać, aż robi się zupełnie ciemno. Zaczynają się problemy z zaopatrzeniem, na wsi jeszcze można się wyżywić, bo jest ziemia, która coś rodzi, można po cichu coś wykombinować, ale życie w mieście staje się tragedią odmierzaną kolejkami, gigantycznymi kolejkami. Można to zobaczyć na zdjęciach Andreia Pandele (zdjęcie jego autorstwa jest także na okładce mojej książki). Za Ceauşescu, tego głębokiego, wykonywanie zdjęć na ulicy było karane więzieniem. Pandele był dziennikarzem sportowym i dzięki temu mógł czasem robić zdjęcia na ulicy. Zawsze się tłumaczył, kiedy go łapała policja, że on jest dziennikarzem sportowym i zaraz musi oddać materiał do redakcji i musi kliszę wypstrykać do końca. Ale już po jakimś czasie pojawił się ogon, już miał tajniaka, który za nim chodził, wiele razy musiał się na policji meldować. I w latach 90., kiedy zaczął pokazywać te zdjęcia, które robił w latach 80., to jeden z jego znajomych się śmiał, że miałby za to dwa wyroki śmierci, za te wszystkie zdjęcia, które zrobił w tamtym czasie.

Rzeczywiście, pod koniec lat 70. zaczęło brakować wszystkiego, nie tylko jedzenia. Anegdotyczny brak gazu, nieogrzewane mieszkania.
Władza nie cofała się wtedy przed niczym. Jeżeli pojawiło się rozporządzenie, że zimą temperatura w mieszkaniach ma nie przekraczać szesnastu stopni i ludzie nie wyszli na ulice i nie protestowali, to bodajże w roku 1985 temperaturę obniżono do dwunastu stopni. To jest jedno z podstawowych pytań, które się przez książkę przewija – dlaczego oni nie protestowali, dlaczego tam nie było żadnej opozycji? Opowiadała mi jedna kobieta, że w tamtym czasie ona się zastanawiała tylko nad tym, jak ulżyć swojej córce. To znaczy, kiedy w mieszkaniu było dwanaście stopni czy dziesięć stopni, to głowiła się, co zrobić, żeby ta córka nie dostała zapalenia pęcherza. I opowiadała, jak zawsze, zanim ta córka szła do łazienki, to ona jej obkładała papierem, gazetami deskę klozetową. Trzeba było umniejszyć cierpienie, nikt nie miał głowy i czasu do jakichkolwiek prób oporu.

Musiało być naprawdę kiepsko, bo nawet telewizja, która mogłaby być tubą propagandową, nadawała tylko przez dwie godziny dziennie.
I to jest bardzo ciekawe, mnóstwo osób mi opowiadało o tym momencie rewolucji, to znaczy 21 grudnia bodajże, kiedy ten tłum zaczyna się burzyć przeciwko Ceauşescu i kiedy wreszcie jest sygnał, że to chyba rzeczywiście koniec i wszystko pęka, mnóstwo osób mi mówiło, że w tym samym czasie miały być kreskówki, „Tom i Jerry”. To był jedyny taki moment, to była sobota bodajże, kiedy pokazywali kreskówki. I wszyscy te kreskówki oglądali, i dzieci, i dorośli. I nagle okazało się, że kreskówek nie ma, a jest twarz Ceauşescu, jest jego przemówienie, a potem zaczynają się gwizdy, krzyki, jest najazd na jakiś budynek, żeby nie pokazywać twarzy przerażonego Ceauşescu, i tylko słychać z offu głos Eleny „Zamknijcie się, uspokójcie się! Niech ich ktoś uspokoi!”.

Mówiła też: „Dzieci, co wy robicie?”.
Tak, ale to już tuż przed egzekucją.

Jeszcze musimy wspomnieć o dwóch rzeczach, które są dosyć drobiazgowo opisane. Pierwszą rzeczą jest dekret antyaborcyjny.
No tak, to był szalenie trudny temat. Dla mnie on był trudny, ponieważ spotykałam różne kobiety, które zdecydowały mi się o tym opowiedzieć, i często te rozmowy były bardzo niefrasobliwe na początku – one się zaczynały od kawy, od ciasteczka, od jakichś takich podstawowych faktów, informacji. I nagle te kobiety zaczynają pękać. Zaczynają sobie uświadamiać, że to rzeczy, o których one nikomu wcześniej nie opowiadały, właśnie dlatego, że to był temat tak bardzo wyparty, że to jest jakaś wielka tragedia. Pamiętam, jedna kobieta nagle się rozpłakała i powiedziała: „Wie pani, ja sobie nie zdawałam sprawy, przez jakie piekło my przeszłyśmy, jakie piekło było naszym udziałem”. I często widziałam, że podczas tych wielogodzinnych rozmów coś takiego się dzieje, że do tych kobiet trafia cała groza tego wszystkiego, że to się odsłania dopiero podczas takich wielogodzinnych rozmów ze mną, przez co ja też to bardzo przeżywałam i długo nie mogłam dojść do siebie. To, co najlepiej zapamiętałam i co wydało mi się takie najbardziej przerażające, to pewne rytuały, strategie przetrwania, te comiesięczne czynności, ten arsenał domowy, który miał na celu pozbycie się niechcianej ciąży. Jakieś trucizny przyrządzane z wina czy polewanie się wrzątkiem. Mnie się to wydawało niezrozumiałe zupełnie, jak można się wrzątkiem polewać, no ale wytłumaczyła mi kobieta, że wystarczyło się upić, że w momencie, kiedy one były pijane, to mogły ten wrzątek na siebie wylać i spowodować wstrząs organizmu. To były potworne rzeczy, bo mam takie poczucie, że one rozsadziły to społeczeństwo, że to była tragedia tych kobiet, które żyły w jakichś takich systemach, w naczyniach połączonych, gdzie wszystkie nawzajem próbowały sobie pomagać, jakoś się wspierać, organizować lekarzy, którzy za jakieś pieniądze albo nawet za darmo byli gotowi te aborcje przeprowadzić. Z drugiej strony to był też problem mężczyzn i problem w ogóle, problem rodzin, w których to dziecko niechciane też się rodzi w końcu i zaczyna podejrzewać, że coś jest nie tak. Poznałam przypadkowo mężczyznę, który był lekarzem w Afryce, gdzie, jak się potem okazało, był specjalista od traum. On przedstawił taki wzorzec funkcjonowania społeczeństwa rumuńskiego właśnie przez pryzmat tego dekretu – w momencie, kiedy rodziło się niechciane dziecko, a tych niechcianych dzieci były dwa miliony bodajże, ono czuło, że coś nie działa. W ogóle całe państwo nie działało, nie było takiej infrastruktury, która by mogła te niechciane dzieci pomieścić. Brakowało miejsc w przedszkolach, szkołach i tak dalej, brakowało nauczycieli, no wszystkiego brakowało. Było po prostu źle. Te dzieci czuły, że rodzina jest dysfunkcyjna, że coś nie działa, że są niechciane, więc postanawiały jak najszybciej opuścić swój dom rodzinny i zakładały własne rodziny w wieku dziewiętnastu lat, dwudziestu lat, byleby tylko opuścić dom. Po czym zaraz z takich małżeństw rodziły się kolejne dzieci, niechciane dzieci; te małżeństwa się rozpadały i ci ludzie decydowali się uciec i emigrowali za granicę. Ponad dwa miliony Rumunów przebywa za granicą. Oni wyjeżdżali, zostawiali swoje dzieci pod opieką dziadków i w ten sposób ta trauma dekretowa dotyka nawet dzieci właśnie współcześnie.

Przypomnijmy, skąd w ogóle to szaleństwo całe się wzięło: ponieważ Ceauşescu zaplanował sobie, że zbuduje wielką Rumunię i brakowało mu do tego kilku milionów obywateli, więc nakazał oficjalnym dekretem rodzić Rumunkom jak najwięcej.
W ogóle nie istniało wtedy coś takiego jak środki antykoncepcyjne, Mówiła mi kobieta, która miała kontakty z polskimi dyplomatami, że oni załatwiali watę i prezerwatywy i to było  największe święto. Największe wrażenie, jakie mogła zrobić przychodząc w gości, to jeśli miała jako prezent watę i prezerwatywy.

Przerażające jest to, że te kobiety traktowały aborcję jako coś absolutnie zwykłego. Wstrząsający jest fragment, gdzie opisujesz kobietę, która po wielu latach po upadku reżimu Ceauşescu jedzie z mężem na ryby i patrząc na nadbrzeżne krzaki, myśli sobie, który badyl najlepiej nadałby się do „operacji”.
Te sytuacje w ogóle rodziły nieprawdopodobne patologie. Opowiadała mi koleżanka historię jej wujka, lekarza ginekologa, który trafił do więzienia bodajże na cztery lata za wykonywanie nielegalnych aborcji. I od razu, jak tylko znalazł się za kratkami, to strażnik więzienny przyprowadził mu swoją żonę. Początek odsiadywania kary za dokonywanie aborcji to robienie aborcji żonie strażnika więziennego na stole w swojej celi.

Ówczesna rumuńska służba zdrowia rumuńska to jest w ogóle odrębny temat. Ale chyba ostatnio  niewiele się zmieniło – oglądaliśmy przecież film Śmierć pana Lazarescu, niby komedię…
Tak, w Rumunii on jest sprzedawany jako komedia, u nas byłby to dramat społeczny przy którym kapcie z nóg spadają. Ale może pomówmy o czymś wesołym?

Dobrze, ale było coś wesołego wtedy?
Niewiele. A mimo to, jakoś im się udało przetrwać. Mam takie poczucie, że Rumuni wykształcili mnóstwo strategii radzenia sobie z tymi traumami, które przez stulecia ich dotykały. Nawet kiedy byli ludem zależnym od Turcji.

To strategie, czy może charakter narodowy? Piszesz w paru miejscach o  światopoglądzie, który może wynikać z historii i z kultury. Przypominasz dwa podania, baśnie, ballady, nie wiem, jak to nazwać – Jagniątko i Ballada o mistrzu Manole. Powiedz o tym coś więcej, bo rzeczywiście te teksty wiele tłumaczą.
Tak, próbowałam znaleźć w tym symbol, jakieś wyjaśnienie tego rumuńskiego fatalizmu. Tego przeświadczenia, że niewiele da się zrobić, że jesteśmy ofiarami losu i że jesteśmy skazani na klęskę, na okrucieństwo losu i powinniśmy się z tym pogodzić. Ta ballada Jagniątko to jest historia trzech pasterzy. Jeden z nich dowiaduje się od zaprzyjaźnionej owieczki, że dwóch pozostałych zamierza go zabić, i godzi się z tym, stwierdza, że skoro los zesłał taki scenariusz dla niego, to on zgodzi się na to, co go czeka. I prosi tylko owieczkę, żeby powiedziała jego matce, że poślubił piękną księżniczkę i że zamieszkał za górami, za lasami. I ta ballada jest traktowana jako symbol pogodzenia się Rumunów z ich losem i z tym, co ich czeka. I ją się opowiada w takich interesujących momentach, widziałam odwołania do Jagniątka w dokumencie o trzęsieniach ziemi, ponieważ okazuje się, że czterysta budynków w samym tylko Bukareszcie to są budynki o pierwszym stopniu ryzyka zagrożenia sejsmicznego. Kiedy tylko ziemia się zatrzęsie, one runą od razu. Mieszkańcy zdają sobie z tego sprawę, coś tam słyszeli, wiedzą, że ryzyko sejsmiczne jest, boją się tego, ale uznają, że taki los po prostu – jak zginą, to zginą. I zapytano burmistrza, w jaki sposób on zamierza przygotować miasto, bo te trzęsienia ziemi są co 30 lat, więc w jaki sposób on prowadzi jakieś działania prewencyjne na wypadek kataklizmu? I on odpowiedział, że wszystko jest pod kontrolą, że Bukareszt jest przygotowany – na trzech głównych cmentarzach w mieście jest 15 000 miejsc i że one czekają.

Mam wrażenie, że oni nie tylko są fatalistami i pesymistami, ale również pechowcami.
Są pechowcami, o czym świadczy choćby pomnik Trajana. To jest symbol wielkości narodu rumuńskiego. Czyli Trajana bez majtek z lewitującą wilczycą rzymską i z jakimś dziwadełkiem, które niby ma być wężem dackim. Tu właśnie żywioł rzymski brata się z żywiołem dackim. Ponieważ tereny dzisiejszej Rumunii, czyli starożytna Dacja, zostały podbite na 150 lat przez cesarza Trajana. Do XIX wieku mówiono, że Rumuni pochodzą  tylko i wyłącznie od tych legionów rzymskich, które 150 lat tam stacjonowały, ale potem zniknęły, nie wiadomo, co się działo dalej, bo dokumentów brakuje. Uznano, że ten żywioł rzymski był tak silny, że już tę ziemię dacką swoim nasieniem przesiąknął. Długo nie chciano się pogodzić, że krew Daków może też płynąć w żyłach Rumunów. I dopiero Ceauşescu uznał, że Dakowie jako lud rolniczy mogą mu się przydać, i w tej historiografii nastąpiło oficjalne połączenie żywiołu rzymskiego z dackim. Ten nieszczęsny pomnik, który jest nazywany także pomnikiem bezdomnego psa rumuńskiego, to jest właśnie symbol  nacjonalistycznych ambicji Rumunów. Okropne brzydactwo, a na dodatek w tle jest pomnik rewolucji rumuńskiej, zwany kartoflem nabitym na pal albo pomnikiem oliwki na wykałaczce. Wszyscy się z tego śmieją, powstało mnóstwo memów na ten temat. Rumuni poczuciem humoru próbują rozbrajać te nacjonalistyczne tykające bomby, tych nacjonalistów, którzy niewiele potrzebują, żeby się ośmieszyć, wystarczy, że wymyślą pomnik cesarza rzymskiego.

Skoro jesteśmy przy maszkaronach w przestrzeni miejskiej, to nie możemy nie powiedzieć o Domu Ludu.
Zacząć trzeba od tego, że ogromna połać miasta musiała być zrównana z ziemią, żeby wybudować tego kolosa według gustu Ceausescu. Stoi na końcu „szampalizy” Eleny Ceauşescu, czyli bulwaru Zjednoczenia, o cztery metry bodajże dłuższego od Champs Elysees. Bo tam wszystko musiało być najdłuższe, największe. Bardzo duże wzgórze, na tym wzgórzu konstrukcja o wymiarach 270 metrów na 240 metrów. To trochę przypomina statek kosmiczny, który właśnie wylądował. Dom Ludu jest największym budynkiem administracyjnym w Europie i drugim na świecie, po Pentagonie.

Może i największy, ale trzeba przyznać, że nie najwyższy.
Może gdyby Ceauşescu jeszcze pożył, to coś by z tym zrobił. Brakuje wieży, tak, zdecydowanie.

Gdyby pożył… Ale nie pożył. Jego egzekucja rozpoczęła rewolucję, której tak naprawdę nie było. Opowiada o tym naprawdę śmieszny film rumuński 12:08 na wschód od Bukaresztu...
...który w języku rumuńskim nosi tytuł „Była, czy jej nie było”. Rewolucja, rzecz jasna. Ta gigantyczna debata trwa do dzisiaj. W momencie, kiedy mit założycielski opiera się na śmierci Ceauşescu i na wątpliwej rewolucji, i ten mit się strasznie sypie, cały czas dochodzą jakieś nowe fakty, okazuje się, że to wszystko było zmanipulowane, te wszystkie zdarzenia, które były pokazywane na ekranach telewizorów. Ponieważ duża część rewolucji działa się w budynku telewizji, to przekaz był szalenie zmanipulowany. Demiurgiem tej rewolucji był bardzo znany reżyser Sergiu Nicolaescu, w latach 70. autor wielkich epopei narodowych, które oglądało 13-14 milionów Rumunów; i on był demiurgiem tej wyobraźni zbiorowej, a potem, podczas rewolucji, był taką osobą, która pociągała za sznurki, która mówiła, kto w danym momencie wyjdzie na scenę, a kto nie. I to on namaścił Iona Iliescu, który potem był przez dwie kadencje prezydentem Rumunii. Andrzej Burakowski w książce Geniusz Karpat opisuje taką sytuację, kiedy Ion Iliescu wchodzi na scenę i mówi „Drodzy towarzysze!” i tłum w jednej chwili zaczyna gwizdać i żąda, żeby on zszedł ze sceny, ponieważ to „towarzysze” to najbardziej obmierzłe słowo w tamtym momencie. I Nicolaescu wchodzi zaraz po nim na scenę, ucisza tłum i daje znak Iliescu, że powinien zacząć inaczej. I wtedy Iliescu zaczyna znowu „Drodzy obywatele!” i wtedy wszyscy chcą go słuchać. I to właśnie Nicolaescu filmował egzekucję Ceauşescu, a potem ją montował i jest kilka różnie zmontowanych wersji tej egzekucji, która była dosyć... nietelewizyjna i niemedialna.

Powiedziałaś, że niewiele się zmieniło. I faktycznie, bodajże w 2010 roku w budżetówce obniżono płace o 25%. I co zrobili Rumuni? Nic nie zrobili. A teraz się coś wreszcie zmienia. Czy młodzi mają już tę siłę do buntu, do rewolucji?
Tak, pamiętam, jak rozmawiałam z Lucianem Boią i on mi powiedział: „Pani Małgorzato, jak u nas wyjdzie 500 osób na ulicę, to jest taki tłum, że zjeżdżają się wszystkie stacje telewizyjne i pokazują te 500 osób, które zwykle tylko stoją i nawet nie chce im się nic krzyczeć i mają dwa transparenty na krzyż”. I nagle dzieje się coś niezwykłego, to znaczy rzeczywiście ten rok 2013 to jest bardzo ważny rok w ogóle, wydaje mi się, dla Rumunów, ponieważ nagle okazuje się, że ci młodzi ludzie, którzy dobrze Ceauşescu nie pamiętają, którzy może załapali się w powidokach na to wspomnienie martwego Ceauşescu w telewizji, zaczynają w jakichś gigantycznych ilościach wychodzić na ulice. Przez całą Rumunię przetaczają się protesty w obronie kilku karpackich wiosek Roșia Montană, gdzie kanadyjski koncern zamierza wydobywać złoto, ale taką metodą, która sprawi, że te tereny, bardzo piękne krajoznawczo, zostaną zalane cyjankiem, tam będzie jedna wielka katastrofa ekologiczna. I rząd, który jest obecnie u władzy, czyli rząd lewicowy Ponty, przed wyborami stwierdził, że Roșia Montană jest nie do ruszenia, że absolutnie nie ma mowy, żeby jakikolwiek koncern tam wszedł, że to zostanie jako skarb narodowy rumuński, jeśli chodzi o florę, faunę, nikt się tego nie dotknie. Oczywiście po wyborach okazało się coś zupełnie innego. I ci młodzi ludzie, oburzeni arogancją polityków i ich zdegenerowaniem, wyszli na ulicę w ilościach, w liczbach, których Rumunia nie znała wcześniej. To znaczy w takich najbardziej gorących momentach było 10-15 tysięcy ludzi w Bukareszcie. I pamiętam, czytałam jeden z reportaży, takich relacji niezależnych dziennikarzy, ponieważ ta sytuacja kompletnie nie była transmitowana przez główne media, nie było o tym nic ani w gazetach, ani w telewizji. Wyobraź sobie, tłum 15 000 osób w kraju, gdzie nikt nigdy nie wychodzi na ulicę, i wszystkie media o tym milczą. Więc zaraz ci niezależni dziennikarze zaczęli robić maksymalny ferment w Internecie. Czytałam jeden z takich artykułów, który wydał mi się bardzo symptomatyczny, gdzie jeden z uczestników tych manifestacji mówi: „Po raz pierwszy zrozumieliśmy, czym jest solidarność, po raz pierwszy zrozumieliśmy, co to znaczy się zjednoczyć. Czuję się, jakbyśmy nie byli Rumunami”. Myślę, że to jest w ogóle bardzo ważne zdanie, to że ta nowa tożsamość tych młodych ludzi się układa na zaprzeczeniu rumuńskości i tego, co było kwintesencją rumuńskiej natury, czyli tego, że rzeczywiście władza może robić z tymi ludźmi wszystko, oni po prostu mają tak mocną skórę, że wszystko zniosą. I to jest pytanie – władza właśnie teraz czeka, daje na przeczekanie, czy zima ich z ulic ściągnie – pytanie, jak ci młodzi ludzie, 20-25-letni, jak oni z perspektywy czasu będą o tym myśleć, czy rzeczywiście poczują swoją siłę? Czy to jest jakiś znak, który pokazuje, że rodzi się społeczeństwo obywatelskie, społeczeństwo, którego nigdy wcześniej nie było? Też tak dopingowane przez młodych intelektualistów, bo za tym właśnie stoją młodzi i starsi intelektualiści, artyści, którzy mówią „Dość! Nie będziemy wiecznie robieni w bambuko, chcemy pokazać na ulicy, że jesteśmy siłą”.
Symbolem tej zmiany jest to, że oni się spotykają pod Domem Ludu, tworzą wokół Domu Ludu żywy łańcuch z ludzi, którzy trzymają się za ręce. To jest o tyle fenomen, że tam nikt nigdy nie chodzi, to jest przestrzeń pusta, to jest kolos w samym centrum miasta, który się zawsze omijało. Jedna kobieta opowiadała mi, że zawsze, jak chce przejechać nieopodal, to tak obmyśla trasę, żeby go nie zobaczyć, tego potwora. Tam poza turystami nikt nie spaceruje, nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby sobie Domu Ludu jako miejsca spaceru. Tak że oni też odczarowują ten Dom Ludu, słusznie widzą w nim taki znienawidzony symbol władzy i jeżeli chcą pokazać, że przeciwstawiają się władzy w tym najbardziej demonicznym wydaniu, to idą właśnie tam.

Czy da się ten Dom Ludu odczarować? Piszesz, że kiedy otwarto tam muzeum sztuki współczesnej, to niewiele osób tam chodziło.
Zaczęli to bojkotować, powiedzieli, że nie będą tam wystawiać, bo to najbardziej ohydna rzecz, którą oni kojarzą z Ceauşescu, symbol cierpienia i gigantycznego poświęcenia, bo tam wiele osób zginęło przy budowie tego, nikt nawet nie wie ile. Dokumenty były palone.

Niby coś się zmienia, ale w ankiecie z roku 2010, która dotyczyła epoki Ceausescu, 61% respondentów stwierdziło, że uważa komunizm za dobrą ideologię, 46% ocenia pozytywnie rządy Ceauşescu i tylko 2% uważa, że wtedy panowała w kraju nędza.
To są fenomenalne dane statystyczne, socjologiczne, wielkie wyzwanie dla socjologa – jak pogodzić te wyniki sondaży z prawdą o Rumunii lat 80. To jest pytanie, które się przewija przez całą książkę. Próbowałam się dowiedzieć, dlaczego tak się dzieje, dlaczego Rumunom tak łatwo jest zapomnieć i myślę, że te konstatacje są dosyć pesymistyczne, bo to jest rzeczywiście w tym momencie kraj, gdzie intelektualiści się trzymają dobrze, ale są garstką, tworzą taką trochę zamkniętą enklawę. I ci zwykli Rumuni, którzy się przewijają przez te sondaże, to są ludzie, którzy nie dyskutują o tym, co było, tylko wspominają, że w latach 70. były wczasy, że można było dobre buty kupić, że pieniądze były, oczywiście zaraz dodadzą, że nie było czego za to kupić. Przez to, że czasy są takie niepewne i chaos jest tak wielki, to jest tendencja do maksymalnego mitologizowania tamtego okresu, widzenia w Ceauşescu ostatniego wizjonera Rumunii, który wyobrażał sobie wielką Rumunię. Wspominają te momenty chwały w polityce zagranicznej, kiedy on się spotkał z Reaganem albo z królową angielską. I tęsknią, tęsknią do tej iluzorycznej wielkości, która utożsamiają z Ceauşescu. A Ceauşescu, jego mit, ma się świetnie, jest przez media odgrzebywany w takiej popkulturowej odsłonie, mówi się, że on lubił polować, że Elena miała takie i takie futra, że tutaj mieli taką piękną rezydencję, że on był takim fajnym fajtłapą – że niby próbował coś rzucić, ale mu nie wyszło, grał w siatkówkę, ale nie strzelił niczego. I jest takim trochę właśnie tatusiem narodu.

Taki swojski chłop, ciapa trochę, ale dobry człowiek.
Ale nasz, tak.

I ludzie mówią dziś o nim: „Mój Boże, co to był za człowiek”. A kiedy próbujesz temu zaprzeczyć, to zwykle pojawia się takie zdanie: „Ktoś musiał pani nakłamać”, to mówią również młodzi.
A na końcu rozmowy i tak jest kolejne zdanie-refren, tzn. „Proszę nie podawać mojego imienia i nazwiska”. Zdanie zdumiewające, które słyszałam tyle razy, nawet od młodych ludzi, które pokazuje, że rzeczywiście jest w tych ludziach jakieś pęknięcie, jakaś skaza. Bo jeżeli młoda dziewczyna, w moim wieku, pracująca w Domu Ludu, odpowiada na kilka moich pytań odnośnie tego budynku, podaje jakieś absurdalne liczby, że przy budowie zginęło 10 000 ludzi, a kiedy pytam, czy nie robi to na niej wrażenia, ona mi odpowiada, że przy budowie piramid zginęło jeszcze więcej, a piramidy są takie wspaniałe i dzisiaj nikt w ogóle nie myśli o tym, że ludzie ginęli, i z Domem Ludu będzie tak samo za kilkadziesiąt lat. A na koniec rozmowy tak właśnie mówi: „Proszę nie podawać mojego imienia i nazwiska”. To jednak pokazuje ten defekt, który naznaczył Rumunów za sprawą Securitate i tego olbrzymiego aparatu podsłuchowego, że to wszystko w Rumunach jednak jeszcze siedzi.

Ale to jest dziewczyna, która przecież nie może pamiętać Securitate. Dziedziczy się ten strach?
Zwróć uwagę, jak straszne, jak trudne były lata 90., nazywane przez młodych dyktaturą, czasu Iliescu, kiedy Rumunia była ropiejącą raną, to nie zostało przecięte, ta ropa się nie wydobyła na wierzch. i dopiero za czasów Emila Constantinescu, kolejnego prezydenta, były jakieś próby rozprawienia się z rumuńskim antysemityzmem, i lustracja wreszcie została znacznie posunięta. Tylko jak jest krok do przodu, to zaraz potem są dwa kroki do tyłu.

To może pożegnajmy tamtą Rumunię i pożegnajmy tamtych ludzi jednym z najłagodniejszych przekleństw, jakie tutaj przytaczasz: „Będę dymał wszystkich świętych twojej matki na lodzie”.
Te przekleństwa mają swój schemat, to znaczy z reguły obraża się matkę, ponieważ matka to świętość, i upodlić czyjąś matkę to jest największe świństwo. Potem idą świętości, ale święci. No ale „na lodzie” – tego to już nie wytłumaczę (śmiech). 

(tekst ukazał się, w krótszej wersji, w miesięczniku "Lampa")

czwartek, 29 marca 2012

POŻEGNANIE Z AGŁAJĄ - Agłaja Veteranyi "Kto znajduje, źle szukał"


„Kto znajduje, źle szukał” to kolejne – niestety, już chyba definitywnie ostatnie – spotkanie z jedyną w swoim rodzaju twórczością tragicznie zmarłej Aglai Veteranyi.

Pośród pisarzy o niecodziennym życiorysie Aglaja Veteranyi zajmuje miejsce szczególne – wychowała się w cyrkowej rodzinie, jej matka żonglowała wisząc za włosy pod kopułą cyrku, ojciec był klaunem, który – jak twierdzi – rozśmieszał Franco, Castro, Stalina i Gagarina. Córka pary cyrkowców, Monika, zaczęła wykonywać sztuczki na arenie już jako trzyletnia dziewczynka. Kiedy cała rodzina uciekła z ojczystej Rumunii przed dyktaturą Ceausescu, rozpoczęła się ich emigracyjna tułaczka po całym świecie, która ostatecznie zakończyła się w Szwajcarii, gdzie matka z córką przyjęły tamtejsze obywatelstwo (ojciec opuścił rodzinę i kontynuował karierę cyrkowca w Ameryce Południowej). W Zurychu, już pod zmienionym imieniem, Aglaja zaczyna pracę w fabryce czekolady. Ma wówczas 17 lat i dopiero zaczyna uczyć się niemieckiego. Wkrótce, za namową matki, zdaje do szkoły teatralnej. Egzaminy oblewa, ale rok później dostaje się do prywatnej szkoły aktorskiej, gdzie – dziewczyna, która ukończyła zaledwie jedną klasę! – robi ogromną furorę. Po ukończeniu szkoły zostaje w niej jako wykładowca. Spektakle, które realizuje i w których występuje, zyskują spory rozgłos, jednak prawdziwą sławę odniesie po opublikowaniu debiutanckiej książki o silnym ładunku autobiograficznym – „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze”. Połączenie dziecięcej naiwności i beztroski z grozą rumuńskiej dyktatury i absurdalnym, makabrycznym wręcz humorem podbija serca krytyki i czytelników. Wydania drugiej powieści – „Regału ostatnich tchnień” – Aglaja Veteranyi już nie doczekała. Popełniła samobójstwo.
Kiedy pozostawione po autorce teksty opublikowano w zbiorze „Uprzątnięte morze, wynajęte skarpety i pani Masło”, twórczość Veteranyi uznano za zamkniętą. Ukazująca się właśnie książka „Kto znajduje, źle szukał” jest zatem dla licznych fanów pisarki nie lada  niespodzianką – Katarzyna Leszczyńska zebrała w niej teksty rozproszone w czasopismach, wywiady, ale również zdjęcia i pocztówki-kolaże autorstwa Veteranyi. Wraz z obszernym wstępem dokumentującym życie pisarki, pozycja ta staje się dopowiedzeniem i podsumowaniem jej twórczości. Znajdujemy tutaj pierwszy tekst Veteranyi, czyli pamiętnik bohaterki sztuki Petera Turriniego „Dzieciobójstwo”, a także miniopowiadania, na przykładzie których możemy prześledzić ewolucje jej stylu w kierunku poetyckiego minimalizmu bazującego na zderzeniu bogatej surrealistycznej metaforyki z oszczędnością niemczyzny. Dostajemy też dwa nadzwyczaj osobiste teksty poświęcone rodzicom oraz reportaż z „Wesołego Cmentarza” na rumuńskiej prowincji.
U Veteranyi nic nie jest oczywiste, a zarazem wszystko jest możliwe. Pisarka zachowała niezwykłość spojrzenia dziecka, które ogromną rolę przykłada do fantazji. Veteranyi-pisarka  jest dzieckiem wrażliwym, ale też psotnym i skłonnym do okrucieństwa. I nieustannych zmyśleń. „W realnym życiu musimy przestrzegać pewnego porządku, ciężko nam przychodzi życie w sprzecznościach” – mówiła autorka w jednym z wywiadów. „W sztuce wolno kłamać, nie uchodząc za kłamcę”.

Aglaja Veteranyi
„Kto znajduje, źle szukał”
Przekład, opracowanie i wstęp: Katarzyna Leszczyńska
Czarne, Wołowiec 2009 

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy")

CAŁA PRAWDA O DRAKULI - Mateia Cazacu "Drakula"


„Drakula” Mateia Cazaccu to interesująca biografia Włada III, wołoskiego księcia, który był historycznym pierwowzorem najsłynniejszego z wampirów

Drakula – tej persony nikomu nie trzeba przedstawiać. To król wampirów, który w olbrzymim stopniu rozpalił wyobraźnię pisarzy i filmowców z całego świata. Wychudłego mężczyznę z podkrążonymi oczyma, długimi paznokciami, łysiną i parą wystających kłów wprowadził do świadomości czytelniczej irlandzki pisarz Bram Stoker, publikując w 1897 roku powieść o żywiącym się ludzką krwią wampirze, który rezydował w tajemniczym karpackim zamku. Stoker, tworząc swoją „biblię wampiryzmu”, wykorzystał niektóre motywy z klasycznych powieści nurtu gotyckiego, odniósł się również do słowiańskich wierzeń ludowych oraz legend o pewnym okrutnym rumuńskim władcy z Transylwanii. Tak narodził się Drakula – najsłynniejszy z wampirów, który w XX wieku masowo zaludnił powieści grozy oraz filmowe horrory.

Drakula stał się tak mocno rozpoznawalną ikoną popkultury, że mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że istniał naprawdę. Nie był co prawda wampirem, lecz słynącym z wyjątkowego okrucieństwa wołoskim księciem, wasalem węgierskiego króla Macieja Korwina. Na swój przydomek zapracował jednak zasłużenie. Wład III, znany też jako Drakula lub Tepes (łacińskie słowo draco, od którego pochodzi rumuńskie drac, oznacza diabła; z kolei starosłowiańskie drukol oznacza włócznię lub pal – rumuńskie teapa), wsławił się bestialskim traktowaniem pojmanych wrogów. Jego ulubioną formą tortur było wbijanie na pal, gotowanie żywcem w smole i palenie na stosie. Nie wiadomo jednak, ile jest w tych opowieściach prawdy. Średniowieczne przekazy piśmiennicze z całej Europy (o Drakuli wspomina w swoich „Kronikach” także Jan Długosz) nie grzeszą kompetencją, a liczni wrogowie wołoskiego księcia z pewnością przypisywali mu znacznie więcej „zasług” niż rzeczywiście miał on na swoim koncie. Poza tym istnieje także druga twarz Drakuli – wielkiego reformatora, człowieka głębokiej wiary, odważnego obrońcy ojczyzny i sprawiedliwego, choć surowego władcy, który został zaliczony w poczet rumuńskich bohaterów narodowych. Historia Drakuli pełna jest niedomówień, półprawd i zmyśleń o podłożu politycznym i ideologicznym. Trudno orzec, kim władca z Transylwanii był naprawdę.

Musiało minąć ponad pięć i pół wieku, by Wład III doczekał się rzetelnej biografii. „Dracula” – owoc czterdziestoletnich badań rumuńskiego historyka Mateia Cazacu jest dziełem kompletnym i kompetentnym. Autor dotarł do wszelkich możliwych źródeł, również tych, które dotąd pozostawały mało znane, a rzucają nowe światło na stan dotychczasowej wiedzy o Drakuli. Cazacu stworzył naukową książkę historyczną, którą dzięki barwnej osobie bohatera (ale również nieprzeładowanemu akademizmem wartkiemu stylowi narracji) czyta się jak wyśmienitą powieść. Szczegółowa biografia Drakuli, osadzona w społeczno-politycznym kontekście XV wieku, zachowuje niezbędny przy takich pracach dystans – postać Włada III nie jest odbrązowiana ani też mitologizowana. Cazacu przytacza bezsporne fakty, chętnie cytuje rozmaite źródła ostrożnie je interpretując. Nie ogranicza się przy tym wyłącznie do postaci wołoskiego księcia – jego praca jest kulturową i historyczną analizą całej epoki. Rumuński autor nie zapomina oczywiście o wywiedzionej od Włada III postaci wampira, dając osobne, znakomite rozdziały o istocie wampiryzmu oraz sposobie ukazywania Drakuli w filmie i literaturze. Jak przystało na opowieść o księciu grozy, nie mogło w niej również zabraknąć swoistej klątwy wampira ciążącej nad autorem oraz niezbędnej tajemnicy. Cazacu nie ukrywa, że w biografii Drakuli wciąż jeszcze jest wiele luk i niezbadanych sekretów. Jednym z nich jest kwestia śmierci Drakuli oraz miejsca jego pochówku. Czyżby jednak Wład III miał w sobie coś z wampira? Ostatecznie nieodnalezione zwłoki świadczyć mogą o nieśmiertelności…

 Matei Cazacu
„Drakula”
tłum. Beata Biały
PIW, Warszawa 2007

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy") 

SŁABA PŁEĆ, A JEDNAK NAJSILNIEJSZA - Mircea Cărtărescu "Dlaczego kochamy kobiety"


W niezwykle intymnej książce Mircea Cărtărescu na różne sposoby docieka, dlaczego mężczyźni tracą głowę dla kobiet. 

Opowiadania Mircei Cărtărescu z tomu „Dlaczego kochamy kobiety” ukazywały się pierwotnie w rumuńskim wydaniu magazynu „Elle”. Opublikowano je następnie w formie  książki, która z miejsca stała się bestsellerem. Wypada w tym miejscu pogratulować Rumunom wyrobienia literackiego – „Dlaczego kochamy kobiety” to przecież nie tylko rzecz „lekka, łatwa i przyjemna”, ale również lektura wymagająca, eseistyczna, o sporym ładunku metaliterackim i autotematycznym. Właśnie na tym polega największa siła Cărtărescu – uważany za twórcę nieco hermetycznego, penetrującego najciemniejsze zakamarki ludzkiej duszy, potrafił napisać książkę prostą i optymistyczną, która w niebanalny sposób przemyca niemal filozoficzne treści.
Literacka zręczność Cărtărescu jest niezaprzeczalna. Potrafi on doskonale naśladować zarówno styl opowiadań zamieszczanych w kobiecych czasopismach w rubryce „Historie naszych czytelniczek”, gdzie teksty o rozpaczliwe młodzieńczej młodości i nieuniknionej zdradzie wręcz porażają ckliwością, jak również odnosić się w wyrafinowany sposób do mistrzów literatury. Na przestrzeni jednego krótkiego opowiadania może stanąć w szranki z Nabokovem udanie kreśląc portret środkowoeuropejskiej lolitki oraz nawiązać do Hrabala w przejmującej historii młodej kotki skazanej na okrutną śmierć. Literackich tropów jest tu znacznie więcej – co chwila pojawiają się liczne cytaty i przywoływane są kolejne nazwiska: Goethego, Joyce’a czy przedstawicieli francuskiej nouveau roman. Jednak najczęściej wspominanym pisarzem jest… Mircea Cărtărescu. „Dlaczego kochamy kobiety” jest bowiem książką na wskroś autobiograficzną – to literacki dziennik pełen aluzji i odwołań do poprzednich utworów. Ponieważ (niestety!) twórczość tego najpopularniejszego obecnie rumuńskiego pisarza jest u nas reprezentowana wyłącznie przez wydaną rok temu powieść „Travesti” oraz garść tekstów opublikowanych w „Literaturze na Świecie”, polski czytelnik jest, chcąc nie chcąc, zubożony o ten, jakże ważny, aspekt lektury.
Pozostaje wszak temat główny, a jest nim – zgodnie z tytułem – miłość. Miłość mężczyzny do kobiety we wszelkich jej przejawach – od bezinteresownego i wszechogarniającego uczucia  do matki przez dziecięce zabawy w lekarza z koleżanką i szczeniackie trzymanie się za ręce po radość intymności i małżeńskie zaufanie. Nie brakuje również wyrafinowanego seksu. Cărtărescu nie prezentuje na szczęście jednego tylko modelu męskiego okazywania uczuć. Wrażliwy i zahukany młodzieniec idealizujący miłość na wzór rycerskich romansów to przecież tylko jedna z wielu męskich twarzy. Zupełnie inną jest choćby muskularny macho traktujący kobietę wyłącznie jako obiekt seksualny. Cărtărescu opisuje większość tych masek przywdziewanych przez przedstawicieli brzydkiej płci – na kartach książki pojawia się zarówno buzujący hormonami samiec oglądający się na ulicy za każdą spódniczką, jak również szczęśliwego małżonek nie widzący świata poza swoją wybranką.
W dzisiejszych czasach, gdy nawet literatura przesiąkła wszechobecnym dyskursem na temat tożsamości płci oraz genderowymi i transgresyjnymi ideami seksualności, książka Cărtărescu wydawać by się mogła dziełem nieco staroświeckim, jakby z innej epoki. A jednak okazała się literackim strzałem w dziesiątkę. Najwidoczniej najzwyklejsze i pełne uczucia spojrzenie na międzyludzkie związki zawsze będzie w cenie, a peany na cześć kobiecości w rodzaju tytułowego opowiadania nigdy nie stracą na ważności. „Dlaczego kochamy kobiety” to książka zmysłowa i zabawna, drapieżna i poetycka. Zawarte w niej spostrzeżenia prowokują do samotnych rozmyślań i do polemicznych, gorących dyskusji. Jest się o co kłócić. A to już coś!

Mircea Cărtărescu
„Dlaczego kochamy kobiety”
tłum. Joanna Kornaś-Warwas
Czarne, Wołowiec 2008

(tekst ukazał się pierwotnie w "Dzienniku. Polska-Europa. Świat")

CHWILOWA NIEŚMIERTELNOŚĆ - Mircea Eliade "Młodość stulatka"


„Młodość stulatka” Mircei Eliadego to doskonała literacko próba opowiedzenia o zagadkowości ludzkiej natury i o skazanym na klęskę marzeniu o wiecznym trwaniu jednostki

Uciec przed nieuchronną starością, odzyskać młodość, zatrzymać czas, osiągnąć nieśmiertelność – to odwieczne w swym niespełnieniu marzenia ludzkie, a zarazem motyw niezliczonych utworów literackich. Jedną z prób ucieczki przed biologicznym przeznaczeniem jest przerzucenie procesu starzenia się komórek na kogoś innego, jak choćby ma to miejsce w słynnym „Portrecie Doriana Graya” Oskara Wilde’a. Do tematu tego powraca w swojej powieści fantastycznej wybitny religioznawca i antropolog kultury Mircea Eliade. Bohater „Młodości stulatka”, 70-letni rumuński profesor Dominik Matei, zostaje rażony piorunem. Pomimo zwęglenia całej skóry, nie tylko nie umiera, ale odzyskuje fizyczny wygląd trzydziestolatka, zaś jego umysł przyswaja sobie ogromne wręcz pokłady wiedzy. Przez kolejne trzydzieści lat zachowuje młodzieńczy wygląd, przerzucając własne starzenie się na inne osoby. Gubi go jednak, jak w jednej z rumuńskich baśni, chęć powrotu do rodzinnych stron, gdzie uzyskuje natychmiastowo dawny wiek i umiera jako zgrzybiały stulatek.
Choć powieść Eliadego czerpie pełnymi garściami z podań ludowych, to erudycja autora nie pozwala traktować „Młodości stulatka” jako zwykłej bajki ujętej w formę fantastycznej historii. Jest to raczej studium izolacji, której jest zmuszony poddać się obdarzony niezwykłymi cechami bohater. W tym aspekcie może on przypominać wampiry (daje tu znać o sobie rumuńskie pochodzenie autora), które swą długowieczność okupywały samotnością. Cierpienie Dominika jest jednak dużo bardziej realne – jako medyczny fenomen zyskuje on światowy rozgłos, zaczyna się nim również interesować Gestapo, które prowadzi badania nad mutacjami organizmu ludzkiego poddanego silnym porażeniom elektrycznym. Zaplecze naukowe powieści Eliadego czyni z niej ponurą antycypację rozwoju gatunku ludzkiego, którego dążenia do nieśmiertelności mogą doprowadzić do rychłego końca cywilizacji. Z kolei rozważania o reinkarnacji, somnambulizmie, metempsychozie czy paramnezji są owocem orientalnych zainteresowań autora i wzbogacają fantastyczną powieść o namysł nad przenikaniem się ludzkiej rzeczywistości ze sferą mityczno-religijną.
Wielowarstwowa i nieoczywista powieść fantastyczna Eliadego zwróciła uwagę słynnego reżysera Francisa Forda Coppoli, który dokonał jej ekranizacji. „Książka Eliadego urzekła mnie nie tylko dlatego, że jej bohater staje się ponownie młody i odnajduje utraconą miłość – ale także dlatego, że to filozoficzna i mądra historia o świadomości, egzystencji. Nie chciałem robić filmu, który jest tylko zajmujący, chciałem zawrzeć w nim głębszą treść” – mówi reżyser.

Mircea Eliade
„Młodość stulatka”
tłum. Ireneusz Kania
W.A.B., Warszawa 2008

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy")

BRATERSKA OPOWIEŚĆ O DZIECIŃSTWIE - Filip Florian, Matei Florian "Starszy brat, młodszy brat"


Historia literatury zna wiele przypadków sygnowania ksiązki nazwiskiem dwójki autorów. Niczym nowym nie jest również fakt parania się literaturą przez braci. Jednak nieczęsto zdarza się, że takie literackie rodzeństwo wspólnie napisze powieść

Do tak niecodziennej sytuacji doszło niedawno w Rumunii, gdzie ceniony prozaik Filip Florian, autor przetłumaczonej również na język polski powieści „Małe palce”, napisał książkę „Starszy brat, młodszy brat”, której współautorem jest Matei Florian, młodszy brat Filipa, dziennikarz i poeta.
Powieść braci Florianów jest opisem dzieciństwa i młodości spędzonych w bukaresztańskiej dzielnicy Drumul Taberei. Jest to powieść inicjacyjna, napisana z polotem, fantazją i niezwykłym poczuciem humoru, a ponieważ przywołane w niej wydarzenia miały miejsce w latach 70. i 80. ubiegłego wieku, a więc w okresie eskalacji rządów Ceausescu, jest w niej również miejsce na subtelne (widziane bowiem z perspektywy dziecka) wtręty polityczne. Poza tym scenki z życia braci Florianów obfitują w typowe dla dziecięco-młodzieńczego  wieku wydarzenia – szkolne rozterki, podwórkowe zabawy, pierwsze miłostki itp. Gdyby powieść tę napisał tylko jeden z braci, byłaby ona świetną, choć dość standardową autobiograficzną lekturą pełną nostalgii za minionym światem. Jednak fakt, że nad fabularyzowaniem swoich wspomnień bracia pracowali we dwójkę, znaczącą wpływa na całość i nadaje powieści dodatkowego kolorytu. Dzięki temu zabiegowi większość wydarzeń poznajemy z dwóch punktów widzenia, które mogą się zazębiać, lecz równie dobrze mogą się kolosalnie różnić. Wszak nie od dziś wiadomo, że punktem honoru dla każdego brata jest dokuczanie temu drugiemu – dokuczanie, w którym przejawia się dziwnie okazywana braterska miłość. Psychologiczne niuanse dzielenia młodzieńczego życia z rodzeństwem są zresztą najmocniejszą stroną tej książki, tym bardziej, że przejawy braterskiego uczucia są  przez obu autorów starannie ukrywane pod płaszczykiem ironii i zgrywy.
Dodatkowego smaczku nadaje powieści fakt, że różnica wieku między braćmi wynosi 11 lat. Dla dziecka to cała wieczność – starszy brat staje się wówczas nie tyle partnerem, co przewodnikiem, niedoścignionym wzorem, bohaterem, lub wręcz przeciwnie – postacią niemal całkowicie obcą. Młodszy zaś jest obiektem zazdrości, ale też wyrozumiałego politowania. Wszystkie te aspekty są w powieści doskonale uwypuklone – na tym tle wyjątkowo wzruszająco wygląda kwestia braterskiego porozumienia. Całość zaś czyta się z podwójną przyjemnością.

Filip Florian, Matei Florian
„Starszy brat, młodszy brat”
tłum. Szymon Wcisło
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy")

MŁODOŚĆ SPOWITA PAJĘCZYNĄ - Mircea Cărtărescu "Travesti"


Przepis na arcydzieło po rumuńsku? Transylwański horror, poezja Tzary i szczypta komunistycznej "normalności"

Pisarz w średnim wieku, rodzina, ustabilizowane życie. Na koncie kilka książek, w tym jedna dość popularna. Oto Wiktor, bohater powieści "Travesti". O jego dniu dzisiejszym nie dowiemy się nic więcej. Za to o jego przeszłości - i owszem. Albowiem Wiktor wspomina buntowniczy okres swojej młodości, gdy był wyobcowanym ze środowiska rówieśników, trzymającym się na uboczu 17-latkiem, wałęsającym się bez celu po mieście i zapisującym w pomiętym zeszycie nieśmiertelne strofy z Rilkego. Marzył wtedy o byciu artystą, o krótkim, spędzonym w biedzie i samotności życiu. I o spektakularnej śmierci. No i oczywiście o pośmiertnej sławie, którą zapewni mu napisana przez niego Księga Życia. Znacie? To posłuchajcie. A raczej: znacie? to zapomnijcie o tym, coście do tej pory czytali. Ponieważ "Travesti" nie jest typowym powrotem do nastoletnich insynuacji, nie jest również analizą rozmijania się górnolotnych marzeń z banalną rzeczywistością. To rozgrywana na dwóch płaszczyznach psychodrama. Z jednaj strony sztampa szkolnego obozu - nocne dyskoteki, hipisowskie spodnie, Led Zeppelin i Abba, nieprzyzwoite przyśpiewki i odkrywanie własnej seksualności. Z drugiej - ucieczka przed wulgarnością biologii i wulgarnością zwyczajności w oniryczny świat niewinności, który niezauważalnie przemienia się w koszmar. To limfatyczny poemat prozą, metafizyczny horror z ogromnym pająkiem na włochatych nogach w roli głównej. Z ludźmi paraliżowanymi śmiercionośnym jadem i zamienianymi w zmumifikowany kokon. Nieprzypadkowo Cărtărescu wywodzi się z kraju Drakuli.

Mircea Cărtărescu
"Travesti"
tłum. Joanna Kornaś- Warwas
Czarne, Wołowiec 2007

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy")