wtorek, 20 stycznia 2015

MELANCHOLIA TROPIKÓW - Joanna Bator "Wyspa łza"


Przełom roku 2013 i 2014 był dla Joanny Bator szczególny. I intensywny. W październiku 2013 roku otrzymała Nagrodę Literacką „Nike” za zamykającą „trylogię wałbrzyską” powieść „Ciemno, prawie noc”, a już w marcu 2014 roku w księgarniach można było kupić „Rekina z parku Yoyogi”, kolejny – po „Japońskim wachlarzu” – zbiór eseistycznych tekstów poświęconych Japonii. Po doprowadzeniu dwóch głównych projektów literackich do końca (wątek Piaskowej Góry z pewnością jeszcze pojawi się w twórczości Bator – czego świadectwem jest choćby „Wyspa łza”; temat japoński, o czym przypomina autorka w wywiadach, został przynajmniej na pewien czas wyczerpany) pojawiła się pustka znana doskonale wielu pisarzom, którzy zostają „osieroceni” przez własne książki. Na niektórych twórcach ten specyficzny czas zawieszenia pomiędzy jedną książką a drugą nie robi większego wrażenia – Bator odreagowała go fizycznie („Był maj, a ja nie spałam od stycznia”). Z bezsenności połączonej z twórczym kryzysem ratują ją dwa przeczytane gdzieś bądź zasłyszane zdania, które staną się zaczynem kolejnych literackich pomysłów. Pierwsze brzmi: „Fizycy stworzyli niszę w czasie”. Drugie: „Znikła bez śladu”. Tutaj zaczyna się „Wyspa łza”.

Teaser w tropikach

Choć tak naprawdę w tym miejscu zaczyna się powieść „Rok królika”, która ma ukazać się jeszcze w tym roku. Według zapewnień autorki jej bohaterką będzie Anna Karr, fikcyjna „mroczna bliźniaczka” Sandry Valentine, młodej Amerykanki, która porzuciła ustabilizowane życie w Nowym Jorku i wyruszyła w świat szukać przygód. 28 marca 1989 roku pojawiła się na Sri Lance, gdzie spędziła osiem dni, po czym „znikła bez śladu”. Został po niej tylko plecak, połamane okulary i przewodnik „Lonely Planet” oraz kilka podpisów w księgach miejscowej ambasady i mgliste wspomnienia osób, które mogły ją spotkać. Czy Anna Karr wyruszy cejlońskim tropem Sandry, czy natrafi na jej ślady, jaki z tym wszystkim związek mają Ząbkowice Śląskie? – na te pytania odpowie „Rok królika”. A po części zaś „Wyspa łza”, która jest nowatorskim pomysłem zrealizowania literackiego teasera – książki, która ma zapowiadać właściwą powieść. Joanna Bator wybrała się na Sri Lankę wraz fotografem Adamem Golcem, którego zdjęcia stanowią integralną część „Wyspy łzy”. Celem wyprawy było szukanie śladów Sandry, ale także przygotowanie gruntu pod powstającą powieść. Przede wszystkim jednak chodziło o to, by dać się ponieść melancholii i z orientalnej podróży o znamionach reporterskiego śledztwa uczynić podróż do własnego wnętrza. „Jadę więc z czarnym zeszytem tropem Innej kobiety, by napisać reportaż literacki z przygód własnego ja w tropikach. Nie ma co liczyć na klasyczną autobiografię, ani na historię detektywistyczną, ale wycisnę z miąższu rzeczywistości samą esencję prawdy i doprawię ją zapachem cynamonu. Cóż innego mi pozostaje, skoro już wciągnęła mnie nisza w czasie”. Co z tego wyszło? Czytelnicy Joanny Bator mogą być zawiedzeni. Nie ma tu ani fabularnych rusztowań, ani narracyjnej swady, które były siłą „trylogii wałbrzyskiej”. Nie ma też – jak w jej japońskich książkach – antropologicznych analiz wynikających z fascynacji odmienną kulturą. Jest za to opowieść o literackich demonach, które budzą się w tropikach.

Ślady, znaki

Cejlońska podróż Joanny Bator jest podróżą po śladach osób, które odwiedziły to miejsce przed nią. Punktem wyjścia jest oczywiście pełna niedomówień historia Sandry Valentine i jej tajemniczego zniknięcia. Ale z przeszłości spoglądają duchy dużo bardziej poważne. Choćby Witkacy, który na Sri Lance spędził jedną z najtragiczniejszych nocy w swoim życiu (Bator odwiedza „Witkacowski” hotel równo całe sto lat później – znaki, znaki!). Przygnębiony po samobójczej śmierci narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej, dał się namówić Bronisławowi Malinowskiemu na egzotyczną wyprawę, której celem miała być Nowa Gwinea. Nigdy tam nie dotarł. Przyjaźń z Malinowskim skończyła się właśnie na Sri Lance, skąd Malinowski udał się w dalszą podróż sam. Nie wiadomo, co było powodem kłótni. Wiadomo, że Witkacy, przygnębiony stratą przyjaciela i miłosną tragedią, rozważał popełnienie samobójstwa. W jednym z listów pisał: „Na Ceylonie w Domhilli i w Naalande chciałem się zabić. Siedziałem z browningiem przy skroni. Nie mogłem tego zrobić, bo wstrzymała mnie w ostatniej chwili myśl o Rodzicach. Podróż ta to męka bez granic”. Ale ta męka miała również dobre strony – reminiscencje pobytu na Cejlonie, gdzie Witkacy uległ „bzikowi tropikalnemu”, są doskonale widoczne w jego twórczości. Zwłaszcza we wściekle kolorowych obrazach, które zaludniają przedziwne stwory. Drugim punktem odniesienia jest Nicolas Bouvier, dla którego dwuletni pobyt na Cejlonie był jednym z etapów azjatyckiej podróży. Czas spędzony na wyspie opisał w krótkiej, lecz niezwykle intensywnej książce „Ryba-Skorpion”, która jest raczej zapisem majaczeń niż opisem rzeczywistości. Trawiony gorączką (a przez moment, podobnie jak Witkacy, miłosnym niespełnieniem) Bouvier poddaje się niezwykłej magii tego miejsca, gdzie demony i czarownicy są na porządku dziennym, gdzie obezwładniające piękno doprowadza do szaleństwa. „Nie wyobrażacie sobie nawet, jak bardzo moje życie tutaj może być męczące. To ciągłe rozdwojenie uwagi między światem widzialnym i niewidzialnym po prostu mnie dobija” – pisał Bouvier, co Bator cytuje z nieskrywaną zazdrością. Emocjonalne i fizyczne rozedrganie Witkacego i Bouviera oraz tajemnica Sandry Valentine są dla autorki „Wyspy łzy” doświadczeniami nieosiągalnymi. Jej krótki pobyt na Cejlonie, we wszystkich aspektach zaplanowany i turystycznie „sterylny”, nie ma w sobie nic magicznego. Stąd uporczywe poszukiwanie mrocznej cudowności w wydarzeniach zwyczajnych. Wszystko jest zatem dla Bator usilnie znaczące – od zatrucia pokarmowego po spotkanie bezdomnego psa. W poszukiwaniu nieoczywistego posuwa się do tego, by wkraczać w prywatne życie autochtonów, choć sama zdaje sobie świetnie sprawę, że w pasiastych haremkach i sportowym dresie nie tylko nie pasuje do ich świata, ale jako biała Europejka poniekąd wpisuje się w postkolonialne paradygmaty ugruntowanych podziałów społecznych. Udaje jej się mimo wszystko stać uczestniczką intrygujących wydarzeń, które niosą w sobie literacki potencjał (nocny koncert saksofonowy w środku dżungli, spotkanie z kolekcjonerem pająków), ale w porównaniu z granicznymi doświadczeniami Bouviera i Witkacego wypadają one dość blado. Jedyną płaszczyzną porozumienia z literackimi poprzednikami są opisy zmagań z wszędobylskimi (i przerażającymi) owadami. Pisali o nich wszyscy troje. Szczególnie dużo Witkacy, który jeszcze przed wyjazdem zastanawiał się w listach „czy moje prace nie zostaną zjedzone przez mrówki”. 

Wyhaczyć zahaczki

Bator, która odgórnie nastawia się na doznania z pogranicza koszmaru i jawy („Zdecydowałam się ulec tropikalnemu bzikowi podszytemu melancholią”), nie mogąc rywalizować z poprzednikami na wywołujące dreszcz przeżycia, odkrywa na szczęście oryginalny temat, którym jest… ona sama. Wyimki z autobiografii pojawiają się zrazu w „Wyspie łzie” jedynie jako odpryski podstawowej narracji związanej z pobytem na Sri Lance. Początkowo są to jedynie dopowiedzenia, jakieś historie pozornie rozwijające się obok głównego tematu, wycieczki rodzinne (ze szczególnym uwzględnieniem postaci, które były pierwowzorami bohaterów „trylogii wałbrzyskiej”). Wreszcie staje się jasne, że podróż na odległą wyspę jest kolejną próbą oderwania się od przeszłości, a raczej uzmysłowieniem sobie, że nie da się uciec od swojej biografii. „Jednym z głównych bohaterów Wyspy łzy jest czas. Ta opowieść toczy się w kilku czasach jednocześnie, bo żyję tu w linearnym rytmie kolejnych miejsc i wydarzeń płynących jak rzeka i jednocześnie każdego dnia zanurzam się w czasie wertykalnym, który jest jak deszcz: spada z nieba, wsiąka w ziemię, paruje ku niebu i skrapla się. Czuję go na swojej skórze i włosach. Pierwszy czas mija, drugi trwa i podczas tej podróży zagłębiam się w nim coraz bardziej, a niewątpliwe piękno Wyspy łzy, jej egzotyczne smaki i zapachy, cała ta tropikalna sceneria staje się tylko tłem dla wewnętrznej przygody z samą sobą” – pisze Bator, która na potrzeby rozmowy z sobą samą powołuje postać mrocznej bliźniaczki, sobowtórki, żeńskiej odpowiedniczki wywodzącej się z romantyzmu figury Doppelgängera. Dopiero na tym poziomie cała niezborna pozornie opowieść zaczyna układać się w precyzyjną całość. Nagle okazuje się, że w „Wyspie łzie” zasadą konstrukcyjną jest parzystość, czy raczej bliźniaczość. Sandra Valentine i Anna Karr. Witkacy i Bouvier. Joanna Bator i obecna w jej książkach „dziewczynka, o której umiem pisać tylko w trzeciej osobie”. Wreszcie odległe, choć bliźniacze morza. I odległe wyspy – ta, która niczym łza skapuje z Indii, i jedna z greckich wysp, na której Bator pisze swoje książki. Stąd też każda historia, każda z postaci, każdy z obrazów ze Sri Lanki staje się dla Bator „zahaczką”, czyli fragmentem rzeczywistości, który w niekontrolowany sposób przenosi w symboliczne miejsce i symboliczny czas – najczęściej związane z biografią (także duchową) oraz twórczością. „Tak działa magia zahaczki – pozwala tkać fikcje literackie, które nie są kłamstwami. Na tym polega pisanie”. Zahaczka – według Bator – jest osobistą (może nawet intymną) kategorią teoretyczną, pomocną przy budowaniu i odczytywaniu tekstów literackich. Dla czytelników zahaczką jest „Wyspa łza” – cała i we fragmentach. Można ją traktować jako reporterską relację z podróży, jako mglistą zapowiedź przyszłej powieści, ale przede wszystkim jako autobiograficzną i autotematyczną opowieść Bator o tym, na jak różnych poziomach może realizować się „ja-w-tekście”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w pełni usatysfakcjonowani „Wyspą łzą” będą jedyni najwierniejsi czytelnicy Bator. Sama autorka być może nie będzie wobec „Wyspy łzy” tak krytyczna jak Witkacy wobec swoich cejlońskich enuncjacji (które po latach opatrzył adnotacją „humorystyczne”), ale z pewnością nie zaliczy jej do panteonu swoich utworów. Tym bardziej, że była to książka pisana niejako na zamówienie, a przecież nawet sama autorka przypomina z przekąsem (odwołując się do katuszy Witkacego, biedzącego się nad podróżną relacją zamówioną przez zakopiańską prasę): „To jedno się nie zmienia, biedni artyści obiecują coś, a potem muszą się zmagać z faktem, że pomysł, który wydawał się tak wspaniały, okazuje się kompletnym niewypałem i trzeba wszystko zaczynać od nowa w bólu i łzach”.

Joanna Bator 
"Wyspa łza"
Znak, Kraków 2015

(tekst ukazał się pierwotnie na stronie xiegarnia.pl)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

ŚWIAT METODĄ KONIEKTURY OPISANY - Olga Tokarczuk "Księgi Jakubowe"


Znalezienie oryginalnego i intrygującego tematu to dla powieściopisarza połowa sukcesu. Olga Tokarczuk taki temat znalazła. To historia Jakuba Franka, urodzonego na Podolu  samozwańczego żydowskiego Mesjasza, kontynuatora ruchu mesjanistycznego, zapoczątkowanego przez żydowskiego proroka Sabataja Cwi. Po studiach kabalistycznych Frank zerwał z sektą swojego nauczyciela i założył własną szkołę. Odrzucił judaizm na rzecz katolicyzmu, tworząc frankizm, heretycki ruch, który w drugiej połowie XVIII wieku zdobył niemałą popularność. Frank wraz z grupą swoich wyznawców wyruszył w podróż po całej Europie (m.in. Stambuł, Smyrna, Lwów, Warszawa, Częstochowa, Brno, Offenbach), wzbudzając na arystokratycznych dworach skrajne emocje – od zrozumienia i uwielbienia aż po szykany (Frank był między innymi więziony w jasnogórskim klasztorze). 

Historia frankistów nie jest może odkryciem – działania konwertyty były wszak szczegółowo opisane przez historyków, zaś powieść o Moliwdzie, jednym z sympatyków ruchu, napisał Andrzej Żuławski – lecz sposób jej ujęcia może budzić podziw. Tokarczuk na tyle bowiem rozbudowała tło opowieści o frankistach, że „Księgi Jakubowe”, pęczniejące od wątków potocznych i bohaterów, multiplikujące narratorów, mieszczące w sobie różnorodne teksty źródłowe (prawdziwe i fikcyjne), a także przedruki rycin z epoki, stają się czymś więcej niż tylko obszerną powieścią (ponad 900 stron, przy czym zaznaczyć trzeba, że co najmniej 150 wypadło w ostatecznej redakcji). Tym bardziej, że jest to powieść wielowymiarowa – historyczna, polityczna, awanturnicza, obyczajowa itp. Ale można także postrzegać „Księgi Jakubowe” jako próbę totalnego opisu XVIII-wiecznej rzeczywistości z całym jej zróżnicowaniem – etnicznym, religijnym, społecznym. 


Powieść Tokarczuk jawi się zatem jako swego rodzaju odpowiedź na „Nowe Ateny” kanonika kijowskiego Benedykta Chmielowskiego, którego sztandarowe dzieło uważane jest za pierwszą polską encyklopedię. Scriptor Chmielowski, jeden z bohaterów „Ksiąg Jakubowych”, będący niejako przeciwieństwem awanturniczego Franka, przedstawił w „Nowych Atenach”, tej „akademii wszelkiej scjencji pełnej”, całościową wizję świata, którą skompilował z fragmentów dzieł gromadzonych pieczołowicie w swojej bibliotece. Tokarczuk skonstruowała swoją powieść w podobny sposób, o czym świadczyć może, zdradzająca autorską strategię, informacja zawarta w formie barokowego podtytułu: „Wielka podróż przez siedem granic, pięć języków i trzy duże religie, nie licząc tych małych. Opowiadana przez zmarłych, a przez autorkę dopełniona metodą koniektury, z wielu rozmaitych ksiąg zaczerpnięta, a także wspomożona imaginacją, która to jest największym naturalnym darem człowieka”. 

Efektem wspomożonej imaginacją metody koniektury jest powieść, w której postaci historyczne mieszają się z fikcyjnymi, żywi z martwymi, a przeszłość z teraźniejszością. Na tym zresztą polega fenomen idealnej powieści historycznej – opowiadając o minionych wydarzeniach próbuje diagnozować rzeczywistość. „Księgi Jakubowe” są zatem życzeniowym traktatem o religijno-społecznej utopii i potrzebie świata idealnego (który równie idealnie dałby się opisać), a także o nieustannym wyczekiwaniu Mesjasza oraz ponadczasowym charakterze wszelkich intryg. Ale powieść Tokarczuk jest też zakamuflowanym pytaniem, jak pisać o historii i o świecie. Czy w czasach wszechobecnej heterogenii możliwa jest klasyczna powieść? I czy w ogóle pisanie ma jeszcze sens? Motyw księgi (i biblioteki) jest u Tokarczuk szczególnie eksponowany – piszą tutaj niemal wszyscy. I Benedykt Chmielowski, i poetka Elżbieta Drużbacka, i Nachman Samuel ben Lewi z Buska, który spisując na żywo dzieje frankistów musi ukrywać tę czynność przed samym Frankiem, zwolennikiem strategii, że „lepiej widzieć oczyma, niż mówić słowami”. 

Wątek fikcyjnej, choć prawdopodobnej korespondencji Drużbackiej z Chmielowskim każe wspomnieć także o innych kobietach z „Ksiąg Jakubowych” – drapieżnej kamienieckiej kasztelanowej Katarzynie Kossakowskiej, zawieszonej między życiem a śmiercią Jencie, wszechwidzącej i wszechwiedzącej pomocniczce narratora, czy Gitli, dawnej kochance Jakuba. Tokarczuk świadomie wprowadza do powieści temperamentne kobiety i nadaje im ważną rolę – ukazuje w ten sposób obraz Rzeczypospolitej Obojga Narodów w innym świetle niż czynił to Sienkiewicz w „Trylogii”. „Trylogia”, której akcja dzieje się sto lat wcześniej, przesiąknięta jest szlachecką wizją świata – kobiety pełnią tu role drugorzędne, dominuje jedno wyznanie, a bohaterowie mają jasno wytyczone cele. W „Księgach Jakubowych” nic nie jest w sposób oczywisty jednoznaczne (czego najdobitniejszym przykładem jest postać tytułowa), przede wszystkim ówczesna polska rzeczywistość kresowa. Drużbacka, znalazłszy się po raz pierwszy w Rohatynie, otoczona zostaje Żydami, Rusinami, Turkami, Ormianami. Jest zagubiona i przerażona. „Niby to jedno królestwo, ta sama Rzeczpospolita, ale tutaj jakaś zupełnie inna niż w Wielkopolsce, z której pochodzi. Tu dziko, twarze obce, egzotyczne, ubiory komiczne, jakieś strzępiące się sukmany, jakieś czapy futrzane i turbany, bose stopy. Domy zgarbione, malutkie i z gliny, nawet przy rynku”. Jakże inny to obraz od Sienkiewiczowskiej idealizacji.

To oczywiście nie wszystkie motywy „Ksiąg Jakubowych” (celowo nie wspominam o głównej osi fabularnej intrygi, czyli dziejach podróży frankistów) oraz nie wszystkie sposoby recepcji tej powieści. Ta skromna notka o przyczynkowym charakterze ma raczej za zadanie przygotować czytelnika na kontakt z dziełem totalnym, które oferuje cały wachlarz odczytań. „Mądrym dla memoryału, kompatriotom dla refleksji, laikom dla nauki, melancholikom zaś dla rozrywki”.

Olga Tokarczuk
„Księgi Jakubowe”
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

niedziela, 18 stycznia 2015

BONIE DYDY - "Zapomniane słowa"

Zapomniane słowa mają moc porównywalną z magdalenką maczaną w herbacie.

Jeżeli – jak wskazują badania – co dwa tygodnie umiera kolejny język, to poszczególne słowa muszą ginąć w błyskawicznym tempie. Nie jest to jednak takie proste. Albowiem słowa nie umierają. Słowa się zużywają, przestają spełniać swoją rolę, stają się przestarzałe, a w końcu zapomniane. Ale nie umierają. Trafiają do językowego muzeum, niczym martwe dusze straszą po słownikach, które od czasu do czasu są wertowane przez lingwistycznych archeologów. Zdarza się nierzadko, że w pamięci przechowują je z lubością miłośnicy utraconych brzmień i znaczeń. Wymyślona i zredagowana przez Magdalenę Budzińską antologia "Zapomniane słowa" jest zbiorem osobistych wspomnień takich właśnie „robiących w języku” zapaleńców – językoznawców, pisarzy, dziennikarzy, filozofów. Joanna Bator, Jan Miodek, Wojciech Młynarski, Andrzej Stasiuk, Małgorzata Szejnert, Mariusz Szczygieł, Magdalena Środa i wielu innych autorów opisuje swoje historie związane z ulubionymi zapomnianymi słowami. Są wśród nich słowa piękne (gwiazdopatrznia), swojskie (gumno), tajemnicze (buzdygan) i brzmiące niemal jak zaklęcia (naser mater). Łączy je jedno – we wszystkich tekstach stają się czymś w rodzaju Proustowskiej magdalenki maczanej w herbacie.

Okazuje się bowiem, że zapomniane słowa są wehikułem czasu, przenoszącym tych, którzy je z lubością wypowiadają, w czasy dzieciństwa, kiedy – jak się zdaje – słownik był bogatszy, a język szlachetniejszy. I nieważne, czy było to dzieciństwo spędzone przed wojną na Kresach, czy w wielkim mieście u schyłku PRL. Czuczeło ma taką samą magię jak VHS. I choć umarł już kontekst – czy to folklorystyczno-obyczajowy, czy technologiczny – dzięki którym się pojawiły, one same, osierocone, wciąż jeszcze posiadają magię oddziaływania. Podobnie jak dziesiątki innych, które – co zastanawiające – czasami nachodzą na siebie znaczeniowo. Wszak hecny ancymon często bywa łapserdakiem. Zaś facecjonista może, a nawet powinien beresić. O czym świadczy ten wysyp zacnych słów rodem ze środowiska urwisów? Przede wszystkim o tym, że słowa odchodzą w zapomnienie hurmem, zaświadczając grupowo o schyłku pewnego świata. Ale też o tym, że pewne słowa mogą wypaść ze słowników, ale nie z pamięci. Mogę przysiąc. Najlepiej na bonie dydy. 

"Zapomniane słowa"
antologia pod redakcją Magdaleny Budzińskiej
Czarne, Wołowiec 2014

sobota, 17 stycznia 2015

SIEROTY PO SOCJALIZMIE - Swietłana Aleksijewicz "Czasy secondhand"

Czym są czasy secondhand z najnowszej książki reporterskiej Swietłany Aleksijewicz? Czasami używanymi, znoszonymi, drugiej świeżości. Donaszanymi po kimś, kto używał go wcześniej. Kim był ten ktoś? O tym mówi podtytuł. To czerwony człowiek. Mieszkaniec Związku Radzieckiego. Lub raczej – jego wytwór. Człowiek stworzony przez system. Homo sovieticus, zwany potocznie przez samych zainteresowanych sowkiem. Typ zastraszony, żyjący pod dyktando władz, stłamszony. A zarazem butny, z dumą odczuwający potęgę imperium, nierzadko skrajnie indoktrynowany, niewolnik idei. Jego koniec oficjalnie nastąpił w latach 90. ubiegłego wieku, po pierestrojce, gdy imperium radzieckie rozpadało się, a na jego miejscu rodziła się Federacja Rosyjska – dla wielu sowków twór obcy i nieprzyjazny. W nowym ustroju poczuli się zbędni i zagubieni. Zapomniani i oszukani. Bez prawa głosu. Który daje im właśnie Aleksijewicz, wysłuchując osobistych spowiedzi „uczestników socjalistycznego dramatu”.

Autorka w ciągu kilkunastu lat przeprowadziła setki rozmów z Rosjanami (ale też przedstawicielami państw powstałych po rozpadzie ZSRR). Przede wszystkim z prostymi ludźmi, którzy – jak się okazuje – zostali zepchnięci na margines. „Kiedyś mówiono >>ludzie prości<<, a teraz >>pospólstwo<<. Czuje pani różnicę?” – z goryczą pyta autorkę jedna z jej interlokutorek. W kapitalistycznym świecie proletariusze stali się niepotrzebni. Nie umieli przystosować się do zmian, żyli wczorajszymi mrzonkami, zamiast dostosować się do nowych możliwości. Oczywiście nie wszyscy – Aleksijewicz nie jest jednostronna, dopuszcza do głosu także tych, którzy z okresu transformacji wyszli obronną ręką („Nie przejmuję się tym, że ktoś je gorszą kiełbasę niż ja. Wszyscy przecież chcieliście, żeby był kapitalizm. Marzyliście o nim! To teraz nie krzyczcie, że was oszukali…”). Większość rozmówców nie ukrywa jednak swojego rozczarowania.

Nie wszyscy potrafili zmienić swoje wczorajsze przyzwyczajenia – zwłaszcza ci, dla których socjalistyczna stabilizacja była szczytem marzeń. To doświadczenie wspólne dla sporej rzeszy obywateli demoludów. Ale z Rosjanami sprawa wygląda inaczej. Wielu z nich było prawdziwymi ideowcami. Wraz z upadkiem ZSRR wszystko, w co wierzyli, przestało istnieć. Obecnie żyją jak na wygnaniu, wzdychają do starych czasów i nie poznają swojej ojczyzny. To w dużej mierze przedstawiciele pokolenia szestidiesatników, intelektualiści cytujący z nabożnością klasyków rosyjskiej literatury; filozofowie, którzy za dawnego reżimu wybierali emigrację wewnętrzną, zatrudniając się jako stróże i palacze. Kuchenni kontestatorzy z pięściami w kieszeniach, którzy obecnie narzekają, że zamiast ojczyzny mają supermarket. Dawni dyrektorzy i naczelnicy służący partii i narodowi, którzy na dzisiejszych wiecach ścierają się ze zwolennikami nowego porządku.

Co znamienne – nostalgii za Związkiem Radzieckim ulegają nie tylko sowki, ale też ich dzieci i wnuki wychowane już w Federacji Rosyjskiej. Być może jest to efekt swoistej mody na wszystko, co radzieckie – podobnej hipsterskiej zajawce na PRL znanej z polskich metropolii. Tyle tylko, że w rosyjskich miastach nastolatkowie w koszulkach z sierpem i młotem lub podobizną Lenina zobaczyli, że za kapitalistyczną wolnością stoją ogromne nierówności społeczne, ubóstwo i brak idei. Dodając do tego frustrację ich rodziców i dziadków, zaczynają mówić wraz z nimi o rewolucji. Rewolucji, której setna rocznica właśnie się zbliża.

Aleksijewicz nie osądza swoich rozmówców. Co więcej – doskonale rozumie ich kompleks osierocenia po socjalizmie (sama przecież też jest sowkiem). I właśnie to zrozumienie pozwala się jej do nich zbliżyć, skłonić do zwierzeń. I powstrzymać się od komentarza. Powstał w ten sposób niezwykły portret współczesnej Rosji z jej „wewnętrznym” socjalizmem. Rosji spolaryzowanej. Rosji podsłuchanej w jej zwyczajności. Ludzkiej. I na tym polega fenomen pisarstwa „uczestniczącego” Aleksijewicz. „Nie przestaję się dziwić temu, jak ciekawe jest zwykłe ludzkie życie. Nieskończona liczba ludzkich prawd… Historię interesują tylko fakty, emocje zostają za burtą. Z zasady nie mają wstępu do historii. A ja patrzę na świat oczami humanisty, nie historyka. Jestem zdziwiona człowiekiem”.

Swietłana Aleksijewicz
„Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”
tłum. Jerzy Czech
Czarne, Wołowiec 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

czwartek, 15 stycznia 2015

ILU BYŁO MROŻKÓW? - "Mrożek w odsłonach"


O Mrożku nie wiadomo wiele. To paradoksalne, biorąc pod uwagę, że w ostatnich latach zostaliśmy dosłownie zasypani jego osobistymi publikacjami (autobiograficzny „Baltazar”, trzy tomy drobiazgowych „Dzienników”, listy; a na dodatek Małgorzata I. Niemczyńska opracowała rzetelną biografię – czy raczej opowieść biograficzną – „Mrożek. Striptiz neurotyka”). Ale „Baltazar” jest przecież autoterapeutycznym ćwiczeniem z odgruzowywania pamięci, które miało pomóc Mrożkowi dźwignąć się z afazji, „Dzienniki” – co naturalne – są obrazem skrajnie subiektywnym, nie dopuszczającym spojrzenia z zewnątrz, listy zaś (czego najdobitniejszym przykładem jest korespondencja z Lemem) są raczej grą w zakładanie masek. Wszystkie te książki to efektowne „tango z samym sobą”. Opowieść Niemczyńskiej daje z kolei możliwość spojrzenia na Mrożka z kilku perspektyw, lecz jest zaledwie fragmentarycznym przyczynkiem do biografii z prawdziwego zdarzenia. „Mrożek w odsłonach” tym bardziej nie jest biografią, ale niewykluczone, że ten zbiór 39 wspomnieniowych tekstów mówi o Mrożku więcej niż dotychczasowe publikacje. Przede wszystkim dlatego, że jest to wielogłos, ukazujący różne – czasem całkowicie sprzeczne – oblicza autora „Emigrantów”. 
 
Trudność w uchwyceniu prawdziwej twarzy Mrożka uwidacznia się już we wspomnieniach jego najwcześniejszych znajomych, którzy razem z przyszłym pisarzem chodzili do gimnazjum, liceum i na studia. Czy Mrożek był biedakiem ze wsi, który chodził po Krakowie w olbrzymim kożuchu furmana, czy dandysem w sztybletach i modnym palcie? Czy był mizantropem i chorobliwym dusigroszem (Stanisław Czycz, jego współlokator z krakowskiego Domu Literatów, nazywał go Ten Skąpy Skurwysyn Sławek Mrożek i podkreślał, że przez siedem lat dzielenia pokoju widzieli się ledwie kilka razy, bo Mrożek unikał i jego, i pozostałych mieszkańców) czy szczodrym i skorym do pomocy człowiekiem oraz duszą towarzystwa? Wojciech Pszoniak, znający Mrożka z czasów paryskich, podkreśla, że „kolacja z nim zawsze była wspaniałym wydarzeniem” i dodaje, że Mrożek bardzo często rozochocony śpiewał w szerszym gronie polskie pieśni. Kłóci się to ze świadectwami innych znajomych – przed Jerzym Jarockim na premierze „Rzeźni” uciekał tak zajadle, że chował się przed nim za teatralną kolumną, z Beckettem w ciągu dwugodzinnego spotkania nie zamienili ani słowa (Beckett bardzo to sobie chwalił), na wizytach u znajomych, które sam inicjował, potrafił powiedzieć tylko jedno zdanie (na przykład „Kiedyś kremówki były większe”). Nieoczywisty jest także jego stosunek do Gombrowicza – podziwiał go czy raczej nienawidził? Jedno na pewno ich łączyło – przekonanie o własnej wielkości. Kiedy Rita Gombrowicz po lekturze „Słonia” powiedziała mężowi, że ten tom opowiadań współgra z jego twórczością, autor „Ferdydurke” odpowiedział: „To nic dziwnego, bo ja jestem ojcem polskiej literatury”. Kiedy natomiast ktoś zakrzyknął po lekturze „Wdów” „To dużo lepsze niż Ionesco!”, Mrożek z właściwą sobie flegmą odpowiedział . Całkowicie się zgadzam”.

Osobną kwestią jest wizerunek Mrożka z lat ostatnich. Czy był – jak chcą niektórzy – pysznym egoistą, który „poświęcił stare przyjaźnie dla największej miłości swojego życia: miłości własnej” i zrywał bez powodu kontakty z dawnymi przyjaciółmi, a na ulicy udawał, że ich nie poznaje, czy może za jego zachowaniem stała choroba? Odpowiedzią niech będzie anegdota przytoczona przez Tadeusza Nyczka: „Umówiliśmy się u mnie w domu na trzecią po południu. Jest wpół do trzeciej, otwieram bramę, bo wracałem z miasta, a na półpiętrze, na okiennym parapecie siedzi Mrożek. Na mój widok wstaje i mówi: „Dzień dobry. Ja tu już pół godziny na pana czekam. Co się z panem dzieje?”. Oblałem się zimnym potem i bąkam: „Przecież umówiliśmy się na trzecią…”. „No właśnie, siedzę tu już pół godziny” – odpowiada. Pokazuję zegarek, tłumaczę, że jest wpół do trzeciej. Czuję panikę, jakaś groza wisi w powietrzu. A on spokojnie: „A to możliwe, ponieważ ja nie umiem czytać zegarka i nie wiem, która godzina”. „A jak się pan gdzieś umawia, to co pan robi?”. „Wychodzę na chybił trafił i idę. Mniej więcej się orientuję, czy jest przed południem, po południu czy wieczór. Ale zegarka nie rozumiem”. Mówię więc: „No dobrze, Chodźmy do mnie”. (…) Siedzimy, nic. Ja na wszelki wypadek milczę. Mija parę minut. Mrożek to patrzy w ścianę, to rozgląda się po pokoju. I nagle pyta: „Która godzina?”. „Za dwadzieścia trzecia”. „To ja już muszę iść”. Wstał i poszedł”.

„Dla mnie Mrożków było dwóch” – wspomina Bohdan Paczowski. To prawda, ale tylko w pewnym stopniu. Mrożków było znacznie więcej. W tym tomie jest ich trzydziestu dziewięciu. W rzeczywistości Mrożków było nieskończenie wielu.

„Mrożek w odsłonach. 39 opowieści z różnych miejsc i czasów”
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

środa, 14 stycznia 2015

CHART NA POLOWANIU - Janusz Rudnicki "Życiorysta"


Czyta o innych, pisze o sobie - życiorysta Janusz Rudnicki.

Biografie sławnych ludzi to wydawniczy samograj. Od literackich autobiografii po pisane przez ghost writerów wspomnienia celebrytów – książki tego rodzaju mają czytelnicze wzięcie przede wszystkim dzięki mniej lub bardziej elektryzującemu nazwisku na okładce. Ale mają też jedną podstawową wadę – niejednokrotnie są grube i nudne jak flaki z olejem. Na dodatek bywają przekłamane – albo pisane są na kolanach i powstały w ten sposób portret jest wyretuszowany do granic możliwości, albo, odwrotnie, nieautoryzowana książka staje się świetnym polem dla tabloidowego naciągania faktów (wiadomo przecież, że nic się nie sprzedaje tak dobrze jak skandale, nawet jeśli są wyssane z palca). Czytelnik, pragnący dowiedzieć się czegoś o życiu swojego idola, postawiony jest więc przed ciężkim zadaniem. Najpierw musi przedrzeć się przez mielizny i dłużyzny, a potem to, co pozostało, przepuścić przez osobisty wykrywacz kłamstw. Na szczęście jest Janusz Rudnicki, który te wszystkie cegły czyta za nas. I robi z nich w „Życioryście” jedyne w swoim rodzaju bryki.

Rudnicki przygląda się m.in. biografiom Wagnera, Freuda (Luciena), braci Grimm, Wałęsy (Danuty), Merkel i Kafki. I chociaż z każdej z nich wyłuskuje wyjątkowo smakowite kąski i lepi z nich sprawozdawcze majstersztyki, to i tak na pierwszy plan co chwila wysuwa się on sam – niecierpliwy, cyniczny i zgryźliwy komentator. Przedzieranie się przez biografie jest dla Rudnickiego jak polowanie, na którym jest chartem, bohaterowie zwierzyną łowną, a czytelnik myśliwym, który nie musi nic robić. Czeka tylko, aż chart przyniesie mu do stóp zdobycz – którą wyśledził, dopadł i pozbawił życia – a na koniec jeszcze pomacha ogonem.

Ale autor „Męki kartoflanej” nie byłby sobą, gdyby wystarczała mu rola współbohatera. On musi grać pierwsze skrzypce. Dlatego też znalazło się w „Życioryście” miejsce dla tekstów, w których Rudnicki jest twórcą, a tworzywem – typ rudnickopodobny, spadkobierca pamiętnego Herr Rudnikiego. Opowiadania te w dobitny sposób pokazują, że jego żywiołem jest nie tylko czytanie biografii. Żywiołem jest on sam. Byt ulepiony z prawdy i zmyślenia. Najwspanialszy neurotyk i sowizdrzał w dzisiejszej literaturze polskiej.
 
Janusz Rudnicki
"Życiorysta"
W.A.B., Warszawa 2014

środa, 12 listopada 2014

CMENTARZ EUROPA - Martin Pollack "Skażone krajobrazy"

Po lekturze wstrząsającego eseju Martina Pollacka będziemy podejrzliwie patrzeć na każdy zagajnik.

Pewnego dnia w trakcie zwykłych prac porządkowych Martin Pollack wykopał w swoim przydomowym ogródku widelec z emblematem Waffen-SS. Być może właśnie wtedy zaczął się zastanawiać nad tym, jakie makabryczne zagadki kryje w sobie pozornie neutralny, okiełznany krajobraz. Czy las widoczny na horyzoncie został zasiany sztucznie, by ukryć miejsce zbrodni? Czy po osuszeniu pobliskiego rowu melioracyjnego na jego dnie pokazałyby się kości? Takie pytania nie są bezzasadne, gdy żyje się w Europie Środkowej poznaczonej śladami kaźni. Na miejscach masowych mordów, dokonywanych najczęściej w tajemnicy i ukryciu, nieczęsto pojawiają się groby lub pomniki. O wielu z nich wiedzą jedynie okoliczni mieszkańcy. Większość nigdy nie zostanie odkryta. W Skażonych krajobrazach Martin Pollack dopomina się o pamięć o pomordowanych i prawdę o ich losie.

Od Słowenii po Łotwę, od Austrii po Rosję – Pollack tropi ślady dawnych zbrodni, próbując się jednocześnie dowiedzieć, jak dziś żyje się na terenach, które są zakamuflowanymi cmentarzami. Esej, będący efektem tych peregrynacji, imponuje powściągliwością ocen i emocjonalnym wyważeniem. Jest to o tyle znamienne, że austriacki autor zmaga się nie tylko z odpowiedzialnością zbiorową (przy zbrodniach, których dokonali hitlerowscy Niemcy, skrupulatnie dodaje zawsze – i Austriacy), ale też rodzinną. Odwiedził bowiem także słowacką wieś Polianka, gdzie 16 stycznia 1945 roku oddział Sonderkommando 7a zabił i pogrzebał 21 osób, Żydów i słowackich partyzantów. Dowódcą oddziału był Gerhard Bast, sturmbannführer SS. Ojciec Martina Pollacka, ten sam, którego ponurą przeszłość eseista opisał również w głośnej książce „Śmierć w bunkrze”. Autor „Skażonych krajobrazów” zdaje się powtarzać za mądrością Talmudu: „Kto ocala jedno życie, ten ocala świat”. Tyle że ocalenie oznacza w tym wypadku ocalenie pamięci. „Musimy zrobić wszystko, aby nieznane ofiary wyrwać z masowych grobów w skażonych krajobrazach i z niepamięci, zwrócić im ich nazwiska, twarze i historie” – pisze Pollack. Jedną z ofiar mordu w Poliance okazał się być  Jenö Kohn, żydowski aptekarz z Bańskiej Bystrzycy. Tyle udało się Pollackowi ustalić. Reszta zamordowanych – w słowackiej wiosce i w wielu miejscach Środkowej Europy –   pozostaje nieznana. Na ich mogiłach rośnie łubin. Albo sosny.

Martin Pollack
"Skażone krajobrazy"
tłum. Karolina Niedenthal
Czarne, Wołowiec 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Polityce")