poniedziałek, 3 września 2012

JELINEK KPI I PYTA - E. Jelinek "Moja sztuka protestu"




Obejmująca ponad pięćset tytułów eseistyka Elfriede Jelinek, jest integralną częścią twórczości austriackiej noblistki, ważnym dopełnieniem, a nierzadko też rozwinięciem problematyki zawartej w jej powieściach oraz sztukach teatralnych. Demaskatorskie w wymowie oraz przesycone językową akrobatyką i wyobraźnią poetycką teksty eseistyczne nie doczekały się dotąd u nas szerszej prezentacji. Agnieszka Jezierska i Monika Szczepaniak, redaktorki pierwszego polskiego wyboru esejów Jelinek, wyselekcjonowały spośród jej tekstów rozproszonych to, co najważniejsze, i nadały całości tytuł „Moja sztuka protestu”. Trudno o lepszą nazwę dla książki, która wręcz kipi od gwałtownych polemik, polityczno-ideowego zaangażowania i intelektualnej zapalczywości.
Choć Jelinek wrzuca czytelnika w środek artystycznych i społecznych wydarzeń, sama pozostaje na uboczu. Tak właśnie, „Im Abseits” (co można tłumaczyć jako „Na uboczu”, ale też „Na spalonym”), pisarka zatytułowała mowę noblowską, w której wyłożyła własną politykę autorską: „Jakże pisarz miałby znać rzeczywistość, kiedy to ona w niego uderza, porywa go i spycha – zawsze na ubocze, na aut. Stamtąd z jednej strony widzi on lepiej, z drugiej zaś sam nie może pozostać na gruncie rzeczywistości. Nie ma tam dla niego miejsca. Jego miejsce jest zawsze na zewnątrz” Z tej właśnie zewnętrznej, wyatutowanej perspektywy Jelinek zdaje raport ze zwichniętego świata – taki bowiem ją najbardziej interesuje. Jeśli więc zabiera głos, to w kwestiach bolesnych, problematycznych, pomijanych w medialnym dyskursie. Jeśli maluje portrety artystów, to zawsze tych przeklętych, szalonych, spychanych na margines oraz walczących ze światem i z własnymi słabościami – Friedricha Hölderlina, Roberta Walsera, Paula Celana.
Jelinek oddaje także hołd Thomasowi Bernhardowi, którego nazywa nieżyjącym olbrzymem obok którego nikt nie może przejść obojętnie. Autorkę „Pianistki” łączy z Bernhardem właśnie brak społecznej obojętności na losy własnego kraju – oboje piętnowali między innymi fałsz rodzimej politycznej propagandy, rozciągającej na drugą połowę XX wieku mit Austria felix, podczas gdy powojenna Austria była raczej sprawnie działającym mechanizmem, który pod pozorem mieszczańskiej normalności skrywał pamięć o nazistowskiej przeszłości. Jelinek protestuje przeciwko austriackiej dwulicowości oraz zamiataniu niechlubnej historii pod dywan i, podobnie jak Bernhard w „Moich nagrodach”, pozwala sobie na odważną krytykę przy okazji wygłaszanych podczas artystycznych gali mów dziękczynnych, które stają się mowami oskarżycielskimi. „W Austrii krytycznym artystom nie tylko doradza się emigrację, lecz także faktycznie się ich wypędza” – grzmiała choćby podczas przyznania jej nagrody im. Heinricha Bölla, zaś odbierając nagrodę im. Georga Büchnera swoją mowę zakończyła obrazem dzieci atakujących się łopatkami, bo każde z nich chce mieć piaskownicę na własność. I choć nie nazwała tego po imieniu, jasne jest, że tą piaskownicą ma być Austria. Wrażliwość społeczną Jelinek manifestowała nie tylko podczas oficjalnych imprez – żywo reagowała zawsze wtedy, gdy Austrią wstrząsały wszelkiego rodzaju afery. Polemizowała zatem z Jörgiem Haiderem, opisywała piekło Amstetten i protestowała, gdy Walter Lüftl, człowiek, który negował Holokaust, otrzymał złoty dyplom inżynierski Politechniki Wiedeńskiej. Gniewne tyrady Jelinek potrafi nasączyć jadem satyry, co nierzadko spotykało się z oburzeniem jej ideowych przeciwników, którzy mogli zastanawiać się, czy Jelinek kpi, czy o drogę pyta. Tymczasem kontrowersyjna autorka i kpi (z austriackich przywar), i – mimo wszystko – z  troską pyta o dalszą drogę. Austrii i świata. 

Elfriede Jelinek
"Moja sztuka protestu. Eseje i przemówienia"
W.A.B., Warszawa 2012
  
(tekst ukazał się pierwotnie w "Polityce")

poniedziałek, 16 lipca 2012

NAŁÓG, DEGRENGOLADA, NAZIZM - H. Fallada "Pijak"


Napisany pod koniec wojny „Pijak” zdaje się być szablonową historią o alkoholowym nałogu. Powieść Hansa Fallady jest jednak czymś znacznie więcej. To świadectwo szaleństwa – jednostkowego i zbiorowego.

Zaczyna się dość klasycznie. Już od pierwszego zdania powieści („Oczywiście nie zawsze piłem, a nawet zacząłem pić całkiem niedawno”), Fallada snuje standardową konfesję alkoholową. Oto 41-letni Erwin Sommer, właściciel hurtowni materiałów spożywczych, układny mąż i szanowany obywatel, po stracie intratnego kontraktu i po małej sprzeczce z żoną, która współprowadzi z nim rodzinny interes, wypija dla kurażu kieliszek wina. Pozwala mu to spojrzeć przychylniejszym okiem na biznesowe niepowodzenie i załagodzić małżeńską scysję. Erwin nie zdaje sobie sprawy, że ten kieliszek zmieni jego życie. Za jednym pojawiają się bowiem następne, najpierw wypijane po kryjomu, potem już jawnie. Erwin zaczyna okłamywać żonę i oszukiwać kontrahentów, częściej niż w domu przebywa teraz w knajpie. Wreszcie, po kłótni z żoną, której grozi śmiercią, wynajmuje obskurny pokoik w sąsiednim miasteczku i, by je opłacić, wykrada z domu wartościowe rzeczy. Po tym, jak żona opłaca  lekarzy, którzy mają go oddelegować do szpitala na odwyk, ucieka z konwojującego go samochodu, następnie zostaje okradziony z podjętych z banku resztek oszczędności i ostatecznie trafia do aresztu po pijackim wybryku w knajpie. Oskarżony o usiłowanie zabójstwa żony, ląduje w zakładzie leczniczo-opiekuńczym, który jest niczym innym jak obozem pracy dla chorych z kryminalną przeszłością.
Na dobrą sprawę dopiero w tym momencie zaczyna się właściwa powieść. Fallada nie jest bowiem (jak inni autorzy piszący o nałogu alkoholowym) aż tak bardzo zainteresowany fizycznymi skutkami choroby – interesuje go przede wszystkim degrengolada moralna oraz upadek społeczny. Nie znajdziemy w „Pijaku” opisów stanów delirycznych i cielesnej  degradacji, będziemy raczej obserwować postępującą demoralizację i powolne staczanie się na samo dno drabiny społecznej. Ostatnim etapem tej poniżającej wędrówki jest pobyt w więzieniu i w „piekielnym” ośrodku, który nie różni się właściwie niczym od hitlerowskich obozów pracy. „Pijak” jest więc wstrząsającą w swej drobiazgowości literaturą obozową, z tym że narratorem nie jest tutaj ofiara wojny, lecz zwyczajny obywatel, który na własnej skórze odczuwa skutki działania nazistowskiej polityki.
Co ciekawe – w tej mocno autobiograficznej i jakże drastycznej powieści Fallada nie zawarł całej prawdy o sobie. Erwin Sommer jest zaledwie cieniem samego autora, który był nie tylko alkoholikiem, ale też narkomanem. Dwukrotnie aresztowany za kradzież, trafił do szpitala psychiatrycznego za próbę zamordowania żony (strzelał do niej po pijanemu z pistoletu). Dodać jeszcze można, że w młodości zastrzelił swojego przyjaciela, później był więziony za działalność antynazistowską, by po pewnym czasie spróbować flirtu z nazizmem, publikując gloryfikującą Goebbelsa książkę. Doświadczenia Fallady z pewnością wpłynęły na konstrukcję bohatera „Pijaka”, który, w odróżnieniu od bohaterów innych powieści „alkoholowych”, nie budzi u czytelnika współczucia. Wręcz przeciwnie – Erwin Sommer jest postacią odrażającą, człowiekiem skrajnie zdemoralizowanym i zezwierzęconym, produktem epoki, w której przyszło mu żyć. „Pijak” to metafora nieludzkich czasów i dokument ludzkiego upadku, któremu Fallada za wszelką cenę chciał dać świadectwo – książka pisana przez niego w szpitalu psychiatrycznym, została wyniesiona zeń potajemnie.   

Hans Fallada
"Pijak"
tłum. Bogdan Baran
Czytelnik, Warszawa 2012

(tekst ukazał się pierwotnie - w zmienionej wersji -  w "Polityce")

poniedziałek, 9 lipca 2012

RADIOAKTYWNY GWÓŹDŹ - S. Aleksijewicz "Czarnobylska modlitwa"


Znakomita białoruska pisarka i dziennikarka mierzy się z niezwykle bolesnym tematem. Tym boleśniejszym, że wciąż zamiatanym pod dywan.

"26 kwietnia 1986 o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy i pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu” – garść suchych informacji, przytoczonych przez Swietłanę Aleksijewicz za „Encyklopedią Białoruską”, nie mówi na dobrą sprawę nic o ogromie ludzkiego cierpienia stojącego za tą katastrofą. I choć o Czarnobylu napisano już wiele, do dziś sam wybuch i jego skutki pozostają nierozpoznaną tajemnicą. Aleksijewicz książkę o Czarnobylu wydała prawie 20 lat po pamiętnym wydarzeniu. W tym czasie zbierała materiał – przede wszystkim wypowiedzi świadków katastrofy. Pisarka, minimalizując odautorski komentarz, przytacza wspomnienia rodzin ofiar chorób popromiennych, zeznania żołnierzy oczyszczających teren katastrofy oraz wypowiedzi „nielegalnych mieszkańców strefy czarnobylskiej”, czyli osób, które wbrew zakazom pozostały na skażonym terenie. Niemal każda z nich, dzieląc się swoją historią, mówi ze łzami w oczach do autorki: „Niech pani o tym napisze”. Na dobrą sprawę dopiero ćwierć wieku po tej katastrofie dowiadujemy się o jej skutkach.
Aleksijewicz doskonale zdaje sobie sprawę, że sięgając po wypowiedzi uczestników tragicznych wydarzeń łatwo popaść w „banał horroru”. Opowieść kobiety, której mąż dosłownie rozpadał się na jej oczach, stając się „obiektem radioaktywnym podlegającym dezaktywacji”, czy choćby wspomnienia żołnierzy pacyfikujących opuszczone wioski są tak przejmujące, że momentami tej książki po prostu nie da się czytać. Jej lektura musi boleć. Ale dotarcie do prawdy musi mieć swoją cenę. Tym bardziej, że ówczesne władze prawdy o katastrofie nie chciały i nie potrafiły przekazać. Starsi ludzie z przerażeniem patrzyli na żołnierzy wyganiających ich z domów i strzelających do zwierząt, choć przecież żadnej wojny nie było. Nie chcieli wierzyć w coś, czego nie widać, myśleli wręcz, że awaria jest propagandowym szwindlem, twierdzili, że „żadnego Czarnobyla nie ma”. W tym samym czasie, w tej samej wiosce miejscowy felczer mówił: „Każdego dnia słyszę coś takiego, że w porównaniu z tym wasze horrory w telewizji są śmiechu warte”.
Wysoko ustawiony ton emocjonalny na szczęście nie wytłumił w autorce refleksji bardziej ogólnych. Choćby tej, że Czarnobyl stał się ponurym symbolem upadku Związku Radzieckiego, radioaktywnym gwoździem do trumny, w której kilka lat później złożono gnijącego trupa. Czarnobylska awaria skłania również autorkę do zadania pytań o wymiarze niemalże kosmicznym – tragedia rozegrana w realiach, których nie wymyśliłby najśmielszy scenarzysta kina sf, w kilka sekund podała wszak w wątpliwość systemy naukowe i religijne. Nieprzypadkowo Aleksijewicz nadała książce podtytuł „Kronika przyszłości” – wybuch, którego skutki Ziemia będzie odczuwać jeszcze przez tysiące lat, zmusza przecież do przewartościowania dotychczasowych ustaleń na polu biologii, chemii czy religii.
W centrum tego strzaskanego uniwersum Aleksijewicz stawia jednak zawsze człowieka – bezradnego, ale wciąż walczącego o godność i o życie. Przerażająca, przejmująca, ponura i prawdziwa książka.  

Swietłana Aleksijewicz
„Czarnobylska modlitwa”
tłum. Jerzy Czech
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012 

niedziela, 17 czerwca 2012

CZESKA (NAD)ZWYCZAJNOŚĆ - B. Hrabal "Perełka na dnie", "Opowiadacze. Nie tylko Hrabal" - zbiór opowiadań


Te dwie książki – debiutancki tom opowiadań Bohumila Hrabala i zbiór tekstów najznamienitszych czeskich prozaików – składają się na skrócony obraz czeskiej literatury powojennej

Tylko Hrabal

„Perełka na dnie”, debiutancki tom opowiadań Bohumila Hrabala, ukazał się w roku 1963 i z miejsca został ogłoszony wybitnym osiągnięciem literackim. Nietuzinkowa wyobraźnia autora połączona z niemającymi wówczas precedensu obserwacjami społecznymi, zwykli, czy wręcz banalni bohaterowie ukazani przez pryzmat swoistego poczucia humoru, a całość potwierdzona glejtem realizmu i biografizmu – wszystko to sprawiło, że czescy czytelnicy, wychowani przecież na siermiężnych, pisanych pod dyktando władz, socrealistycznie schematycznych powieściach, zachwycili się knajpianymi opowieściami Hrabala. Gawędziarska forma jego opowieści doskonale przemawiała do masowej literackiej publiczności, która oczekiwała przede wszystkim odzwierciedlenia codzienności. Nietrudno Ale w opowiadaniach Hrabala można było odnaleźć również głębsze aspekty – moralne dramaty jednostki, Historię kładącą się cieniem na zwykłym życiu, tragizm, który niejednokrotnie był nierozerwalnie związany z komizmem rzeczywistości. A wszystko to pokazane z językową maestrią i fabularną sprawnością. Nic więc dziwnego, że właściwie z dnia na dzień Hrabal stał się najwyższym dobrem czeskiej literatury (ale i filmu – wszak podpisane przez młodych czeskich reżyserów „Perełki na dnie”, nowelowy film oparty na opowiadaniach z prozatorskiego debiutu Hrabala, stały się manifestem słynnej czeskiej nowej fali).

Nie tylko Hrabal

O tym, że Hrabal jest dla literatury czeskiej głównym punktem odniesienia, świadczy antologia opowiadań czeskich autorów zatytułowana „Nie tylko Hrabal”. Jej redaktorzy (a zarazem świetni tłumacze literatury czeskiej) obrali sobie za cel szerszą prezentację prozy naszych południowych sąsiadów. Hrabala, rzecz jasna, nie mogło w tym tomie zabraknąć, jest jednak reprezentowany tekstem nieoczywistym. Młodzieńcze opowiadanie „Zwyczajny dzień” z 1953 roku autor „Postrzyżyn” odnalazł przypadkowo prawie 20 lat później i ze zdumieniem stwierdził, że „pisał je ktoś inny”. Polski czytelnik, przyzwyczajony do łagodnego i rubasznego Hrabala, może być nieco zaskoczony tym bezkompromisowym portretem „epoki strachu”. Podobnym zaskoczeniem – jakże pozytywnym! – jest obcowanie z tekstami pozostałych autorów, wśród których znajdują się zarówno giganci czeskiej literatury (Josef Škvorecký, Jiři Gruša, Ivan Klíma), jak i twórcy dotychczas w polskim tłumaczeniu nieobecni. Teksty niemal wszystkich autorów dotykają tematu, który – pogardzany przez innych – został przez czeskich autorów (nie tylko literackich) zamieniony w sztukę najwyższych lotów. Tym temat jest zwyczajność. Czescy autorzy, pisząc o codziennym życiu, relacjach międzyludzkich i najzwyklejszych problemach, potrafią odczarować rzeczywistość, która staje się nagle areną egzystencjalnych zmagań lub filozoficznych dysput, a czasem również teatrem absurdu. Czesi mają bowiem naturalną predylekcję do przeistaczania banalności w spektakl – na tej zasadzie zwykłe spotkanie dwóch melomanów z opowiadania Škvoreckiego staje się dogłębną analizą stosunków czesko-niemieckich, a wizyta u specjalisty od orchidei (w opowiadaniu Edy Kriseovej) przemienia się kolejno w spacer po dżungli, pobyt na polu bitwy oraz Freudowski wykład z psychopatologii seksu. Nic, tylko czytać. Czytać i zazdrościć!

Bohumil Hrabal, „Perełka na dnie”, tłum. zbiorowe, Czuły Barbarzyńca, Warszawa 2012
„Opowiadacze. Nie tylko Hrabal”, tłum. Andrzej S.  Jagodziński, Jan Stachowski, Kraków 2012



piątek, 20 kwietnia 2012

POCIĄGI, POGODA, POGRANICZE - rozmowa z Jaroslavem Rudišem

MACIEJ ROBERT: Jesteś powieściopisarzem, autorem scenariuszy komiksowych i filmowych, ale też muzykiem. Oddzielasz jakoś te profesje?

JAROSLAV RUDIŠ: Czasami mi się to wszystko myli. Ale jeszcze nie było tak, żebym na spotkanie literackie przyszedł z gitarą. Teraz występuje w Łodzi jako pisarz, ale kilka lat temu przyjechałem do was jako autor komiksu „Alois Nebel”. Niewiele z tego pobytu pamiętam. Tylko nie pytaj, dlaczego (śmiech).

Promowałeś niedawno w kilku polskich miastach powieść „Grandhotel”. Czy Polacy są podobni do tych cwaniaków, których opisujesz w komiksie?

Polski cwaniak to stereotyp, który od dawna pokutuje w czeskiej świadomości. To powoli się zmienia, ale niestety ciągle jeszcze przedstawiciele starszego pokolenia hołubią obraz zapamiętany z lat 70. i 80., kiedy to Polacy pielgrzymowali przez wszystkie kraje demokracji ludowej handlując, czym tylko się dało. W „Aloisie Nebelu” chcieliśmy nieco zmienić to niesprawiedliwe spojrzenie na Polaków, dlatego pojawia się tam dość tajemnicza postać mściciela, który przyjeżdża do Czech z siekierą w ręce, żeby pomścić stare krzywdy sprzed wielu lat. To taki sympatyczny morderca. Nazywa się Niemy, przez cały czas akcji wypowiada może trzy słowa. W adaptacji filmowej nie mówi już nic, tylko wymachuje siekierą. „Alois Nebel” to mroczny western z Sudetów. Atmosfera jest naprawdę przygnębiająca. Wciąż pada tam deszcz, a jak nie pada deszcz, to pada śnieg, a jak nie pada ani deszcz, ani śnieg, to przynajmniej – poniekąd zgodnie z tytułem – musi być mgła [nebel – niem. mgła – przyp. MR]. A głównym bohaterem mojej powieści „Grandhotel” jest niejaki Fleischman, metereolog-amator, mieszkający w Libercu, na pograniczu czesko-niemieckim. Często pada tam deszcz – może dlatego mieszkańcy Liberca są melancholijni, sprawiają wrażenie, jakby ciągle żyli w jakiejś poczekalni. Wiedzą, że jak tylko zacznie padać, to będzie padało bardzo długo.

Bílý Potok, miasteczko z „Aloisa Nebela”, leży z kolei na pograniczu czesko-polskim. Tereny przygraniczne mają dla ciebie szczególne znaczenie.

Bardzo lubię czeskie pogranicza. Gdy porównamy je choćby z Pragą, to okazuje się, że rozreklamowana stolica jest przeraźliwie nudna – to miasto, w którym turyści spotykają turystów. Pogranicze to miejsce w pewnym zawieszeniu, a jednocześnie przestrzeń, w której wszystko wydaje się zwielokrotnione. Pogranicze jest surowe, ma posmak oryginalności. Poza tym to tereny przesiąknięte historią. Ale w Libercu raczej nie mówiło się o obecności Niemców – przed 1989 rokiem to był temat tabu.
Tereny przygraniczne zawsze przyciągały uwagę pisarzy. Weźmy choćby Olgę Tokarczuk. Nawiasem mówiąc – Olga Tokarczuk jest fanką komiksu „Alois Nebel”. Tak się polubiliśmy, że Jaromir 99 (autor graficznej strony komiksu) zilustrował jej powieść „Prowadź swój pług przez kości umarłych”.

Trudna historia wydobywana na światło dzienne to ważna część Twoich książek.

Temat wypędzeń jest w Czechach aktualny, zwłaszcza w takich miejscach jak Liberec, gdzie ludzie wciąż mieszkają w domach, które kiedyś należały do Niemców. Zresztą cała Europa Środkowa jest pełna duchów. Nie potrafię myśleć o historii w innych kategoriach.
Staram się jednak zawsze pisać o trudnych tematach z humorem. Jestem przecież Czechem. Choć humor jest maską, którą nakładamy na twarz, by nie pokazać, że tak naprawdę jesteśmy całym tym życiem mocno przygnębieni. Dlatego bardzo mi się podoba polska literatura – mówi o ważnych sprawach, nie strojąc przy tym głupich min. A Czesi nie są poważnym narodem. Czasami się boję, ze zaśmiejemy się na śmierć. Ostatnio rozmawiałem z kilkoma czeskimi pisarzami o tym, czego nie wypada napisać w czeskiej książce. I okazało się, że pojawia się kłopot, gdy bohater ma powiedzieć „kocham cię”, a nie jest to komedia. Trudno wydobyć z Czechów inne emocje niż śmiech. Zawsze musimy ten najbardziej emocjonalny moment obrócić w żart. W Czechach, kiedy mówisz „kocham cię”, musisz zaraz dodać „czasami”, albo jakieś inne słowo, które rozładuje zbyt napiętą atmosferę.

Wydaje mi się, że jesteś spadkobiercą pisarzy z nurtu rubasznego. Gdybym miał znaleźć dla Twoich książek jakichś patronów, byliby to Josef Škvorecký i Bohumil Hrabal.


Škvorecký! Ciekawe porównanie, coś w tym jest. Ale moim prawdziwym nauczycielem i mistrzem jest Hrabal. Nie wiem, czy w ogóle bym zaczął pisać, gdyby nie Hrabal. Cenię również Milana Kunderę, ale Hrabal najlepiej potrafił oddać emocje. Wiem, że w Polsce jest niezwykle popularny. Podobnie jak na Węgrzech. Polakom wydaje się, że Hrabal jest polskim autorem, Węgrom – że węgierskim. To zresztą mówi bardzo dużo o tym, jak spójna jest literatura środkowoeuropejska. Nasze literatury czerpią z siebie nawzajem – bardzo lubię na przykład książkę Pawła Huellego „Mercedes Benz”, która jest przecież rozmową z Hrabalem.

(fragment rozmowy, która ukazała sią na stronie dwutygodnik.com.pl)

piątek, 6 kwietnia 2012

NIE OPISANA KATASTROFA - W.G. Sebald "Wojna powietrzna i literatura"


Znakomity powieściopisarz w swoim eseju rozgrzebuje zbiorową (nie)pamięć Niemców.

W. G. Sebald, autor eseistycznych powieści opowiadających często o losach ludzi ocalonych z Zagłady, po raz kolejny przygląda się wojennej katastrofie i jej skutkom. W wygłoszonych w Zurychu w 1997 roku wykładach (wydanych później w eseistycznej formie pod tytułem „Wojna powietrzna i literatura”) niemiecki pisarz zmienia jednak punkt widzenia – tym razem pisze o swoich rodakach nie jako o katach, ale ofiarach. Na początku eseju Sebald przytacza garść danych statystycznych, o których zwykle nie pamięta się w zażartych dyskusjach nad kwestiami wojennych zniszczeń i ich moralnych następstw. Oto podczas 400 000 nalotów samoloty angielskiej RAF zrzuciły na niemieckie miasta milion ton bomb. (W efekcie bombardowań zginęło 600 000 osób cywilnych, a siedem i pół miliona osób straciło swoje domostwa. Sebald (który stosował jedynie inicjały swych imion, gdyż uważał je za nazistowskie) daleki jest jednak od oskarżania aliantów i zdaje się, podobnie jak większość obywateli niemieckich, którzy w alianckich nalotach widzieli sprawiedliwą karę, opowiadać za ideą odpowiedzialności zbiorowej: „Naród, który w obozach wymordował i zamęczył na śmierć miliony ludzi, nie mógł przecież wypytywać zwycięskich mocarstw o logikę polityki militarnej, która podyktowała zburzenie niemieckich miast”. Niemieckiego autora zajmuje zgoła inny problem – dlaczego tak dojmujące doświadczenie, które zaważyło na co najmniej kilkudziesięcioletniej powojennej przeszłości nadreńskiego kraju, nie doczekało się literackiej transpozycji?
Niemiecka literatura nie pozostała obojętna na wydarzenia ostatnich lat wojny, lecz bombardowanie niemieckich miast i jego skutki w zastanawiający sposób, jak zauważa Sebald, pozostały na marginesie pisarskich zainteresowań. Powojenna „literatura ruin” zajmowała się raczej autorskim definiowaniem własnej tożsamości w zderzeniu z rzeczywistością, która rodziła się na zgliszczach. O tym, jak te zgliszcza powstawały, niemieccy autorzy solidarnie milczeli (trudno za wyczerpującą relację uznać jeden z końcowych passusów „Doktora Faustusa” lub mało znaną, wczesną powieść Bölla „Anioł milczał”, która ukazała się zresztą dopiero w 1992 roku, niemal pół wieku od jej stworzenia!). Dlaczego o wojennym zniszczeniu Niemiec, pyta Sebald, opowiadali wyłącznie obcokrajowcy, jak choćby Stig Dagerman w przejmującej „Niemieckiej jesieni” (wydanej niedawno w polskim tłumaczeniu)? Dlaczego niemieckie książki o wojnie powietrznej można policzyć na palcach i dlaczego są to utwory, które należy zbyć machnięciem ręki, lub, jak czyni to Sebald, znęcać się nad ich mizerią, wytykając im „ideologiczne otumanienie”, „pseudohumanistyczne filozofizmy”, „całą obleśność, cały arcyniemiecki rasistowski kicz”? Ten brak wielkiej niemieckiej wojennej epopei jest według Sebalda zaskakującą zmową, ogólnonarodową tajemnicą, hańbiącym stabuizowaniem przeszłości. Sebald posuwa się nawet dalej i uważa, że skrzętne ukrywanie tego trupa w szafie było jednym z katalizatorów późniejszego cudu gospodarczego Niemiec, „niewygasłym strumieniem psychicznej energii”. Kontrowersyjne? A jakże! I to zarówno dla Niemców, jak i dla czytelników z krajów, które podczas wojny wycierpiały ze strony hitlerowskich Niemiec najwięcej.
A przecież, jak przekonuje Sebald, ten zarzucony temat byłby dla literatury niemieckiej nie tylko koniecznym psychoanalitycznym seansem, ale także źródłem kapitalnego materiału fabularnego. Choć akurat powieść fabularna wydaje się, w swoim dążeniu do nadmiernej fikcjonalizacji, niezbyt adekwatnym gatunkiem do oddania pełni wojennej grozy. Ton reportersko-eseistyczny byłby w tym wypadku o wiele bardziej wskazany. Przymiarki do właściwego opisu niemieckich doświadczeń tamtych lat Sebald daje właśnie w swoim eseju przy okazji cytowania bądź nawiązywania do ówczesnych relacji dokumentalnych. „Wojna powietrzna i literatura” jawi się wszak jako notatki do arcydzieła, które mogłoby wstrząsnąć niemiecką literaturą. Arcydzieła, które nie zdążyło powstać.

PS. Polskie tłumaczenie "Wojny powietrznej i literatury" ukazuje się zaledwie kilka miesięcy po publikacji "Pożogi" niemieckiego historyka Jörga Friedricha (zobacz notę o książce). Po lekturze książki Sebalda warto zapoznać się także z tym frapującym dokumentem. 

W. G. Sebald
„Wojna powietrzna i literatura”
tłum. Małgorzata Łukasiewicz
W.A.B., Warszawa 2012 

CODZIENNE EPIFANIE - Jan Balabán "Wakacje. Możliwe, że odchodzimy"


Na pierwszy rzut oka Jan Balabán nie pasuje do silnie zadomowionego w polskiej świadomości czytelniczej obrazu literatury czeskiej. Ale Balabán (kto chciałby dowiedzieć się czegoś więcej o autorze, powinien zajrzeć na stronę wydawnictwa Afera) jest „innym Czechem” również dla swoich rodaków. Po pierwsze – jest wierzący, co w jednym z najbardziej zlaicyzowanych krajów na świecie już jest ewenementem (pochodzi z ewangelickiej rodziny, co znajduje w jego tekstach odbicie nie tylko w nietypowych, biblijnych imionach bohaterów). Po drugie – jest prowincjonalny. I choć Ostrava nie jest małym miastem, to jej robotniczy charakter wpływa w zasadniczym stopniu na absolutnie obce wielkomiejskim prażanom zamknięcie się na międzyludzkie kontakty, na knajpiane gawędy („W Pradze ludzie chodzą do knajp, żeby pogadać. W ostrawskiej spelunie zbyt dużo się nie mówi, głównie się chleje. Nie ma się tu też zaufania do ludzi, którzy od razu zbyt dużo mówią” – twierdzi pisarz). Być może dlatego Balabán hołduje krótkim formom, w których mówi się krótko, acz treściwie. Po trzecie wreszcie – nie jest pogodny. A przecież pohoda to słowo-klucz, które najlepiej określa narodowy charakter Czechów: „Lubimy hodować w literaturze dobroduszną sąsiedzką tradycję: Chłopie, powinieneś nas rozbawić, doprowadzić historię do jakiegoś szczęśliwego zakończenia. Ukołysać nas wszystkich”. Balabán wyznaje inną filozofię – jego utwory są wręcz zaprzeczeniem metody, według której „ukołysanie”, zagadanie, obśmianie świata pozwala zapomnieć o jego niewygodach. U Balabána świat jest prawdziwy, ponieważ jest okrutny. Jego bohaterowie walczą więc z niezrozumieniem, porzuceniem, odtrąceniem. Z codzienną rutyną, od której uciekają w alkohol, fobie, sny.
Dlaczego zatem Czesi, wychowani na tradycji rubaszności i klídu, czyli obezwładniającego spokoju, nagrodzili książki Bałabána deszczem nagród (za którymi zresztą nie przepadał – mierziło go zakłamanie literackiego światka, który przenosi uwagę z książek na puste rozmowy o rynku wydawniczym)? Czyżby zadziałała tutaj prosta zasada odkłamania rzeczywistości? Byłoby to zbyt proste, wszak Balabán jest zbyt wytrawnym twórcą, by ograniczyć się do odmalowania czernuchy. On idzie o krok dalej – pokazuje, że (jakkolwiek banalnie by to zabrzmiało) największe szczęście człowiek odnajduje, gdy próbuje przezwyciężyć własne słabości. „Żeby w to uwierzyć, trzeba mieć serce jak Hans Christian Andersen” – napisał w jednym z opowiadań. Balabán miał wielkie serce, co doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci (kardiomopatia stała się niestety w jego przypadku nazbyt chętnie wykorzystywanym metaforycznym chwytem marketingowym), ale przede wszystkim pozwoliło mu doskonale zrozumieć ludzkie bolączki, a potem zamienić je w literaturę.
Pierwsze polskie wydanie utworów Bałabána przynosi dwa jego najważniejsze zbiory opowiadań – „Wakacje” oraz „Możliwe, że odchodzimy”. Każdy z nich liczy po kilkanaście krótkich tekstów, na pierwszy rzut oka autonomicznych, które jednak w miarę czytania zaczynają układać się w spójną opowieść zazębiającą się wokół kilku bohaterów. Widać to zwłaszcza w „Wakacjach”, gdzie ten formalny zabieg nadaje całości dodatkowego waloru. W pewnym momencie czytelnik zaczyna się bowiem orientować, że wszystkich tych życiowych rozbitków – doktora Ivana Satinskiego, Pawła Niedostala, Tatianę (a także osoby pojawiające  się w drugim planie, choćby Szczepana Żurawia, lokalnego pijaczynę, o którym zaraz po urodzeniu wiadomo było, że „się nie udał”) łączy coś więcej niż tylko zwichnięty życiorys. To ostrawskie dzieciństwo wśród kopalnianych hałd, brak poczucia rodzinnego ciepła, młodość zdeptana socjalistycznym buciorem nijakości, ale też chęć zerwania z takim sposobem życia, idealistyczne wyzwanie rzucone w twarz światu dziadków, rodziców, światu czechosłowackiego stuporu. Podejmowane przez głównych bohaterów działania kończą się, na pierwszy rzut oka, sukcesem – większość z nich ma dobrą pracę, mieszkanie, rodzinę. Poznajemy ich jednak w momencie, gdy ta życiowa stabilność, o której zawsze marzyli, wyślizguje im się z rąk. Doktor Satinsky traci pracę i popada w spowodowane ciągiem alkoholowym otępienie, Paweł Niedostał obserwuje, jak jego małżeństwo rozpada się z dnia na dzień. Balabán stawia czytelnika w sytuacji tożsamej z jego bohaterami, którzy nie wiedzą, w jaki sposób mogło dojść do sytuacji, w jakiej się znaleźli. Bohaterowie Bałabána są jednakże zdeterminowani, by walczyć o swoje status quo lub przynajmniej wydobyć się z psychicznego dołka z jak najmniejszymi obrażeniami. Im bardziej tego jednak pragną, tym mocniej się pogrążają – w kolejnego Sylwestra Paweł, zamiast dojść do porozumienia z żoną, zabiera dzieci na spacer, doskonale wiedząc, że przez następny rok w ich małżeństwie nic się nie poprawi. Smutna sytuacja, w której znajduje się Satinsky, nacechowana jest z kolei absurdem – gdy pozna wreszcie nową kobietę i się ustatkuje, jego wybranka stwierdzi, że jego nagła przemiana jest na tyle niecodzienna, by podejrzewać, że Ivan ma na oku kogoś innego. Tak jest z większością bohaterów „Wakacji” – dojmujący smutek atrofii małżeńskich uczuć (okrutnie prosta zależność: „Ona tego potrzebuje, a on nie zamierza jej tego dać”), którego żadnymi siłami nie da się przezwyciężyć, przeplata się z czarnym humorem nieoczekiwanych rozwiązań (Szczepan uwalnia się od rodziny i problemów finansowych za pomocą zdechłej wrony, która zablokowała przewód kominowy).
Opowiadania z tomu „Możliwe, że odchodzimy” rozwijają podstawowe motywy obecne w  „Wakacjach”, znacznie poszerzając jednak wachlarz bohaterów. Balabán dopuszcza do głosu rozstające się pary, samotników, osoby walczące z nałogami i z własnymi słabościami (są wśród nich reprezentanci wszystkich pokoleń – od dzieci do starców). To już prawdziwy szwadron osób, które łączy wspólne doświadczenie, a mianowicie nagłe zderzenie z przeciwnościami losu, które wymaga walki z samym sobą, przezwyciężenia własnej niemocy. Konfrontacja ta odbywa się na rozmaitych poziomach – od eschatologii (zmagania rodziców  ze śmiertelną chorobą córki) przez socjologię uczuć (kryzysowe momenty międzyludzkich związków) aż po błahe z pozoru odwzorowanie pierwszych dziecięcych doświadczeń bolesnego starcia z wrogim światem. Balabán z uwagą, ale też zadziwiającą czułością, przygląda się człowiekowi przypartemu do muru. „Albo się odepchnę i zacznę bić, albo to mnie przy tym murze ubiją” – twierdzi Balabán, zmuszając swoich bohaterów do walki. Czasem jest to zadawanie ciosów na oślep, niekiedy rozpaczliwe bronienie się zamiast atakowania w obronie honoru i czci (cóż za podejrzanie nadęte słowa – lepiej chyba powiedzieć, że bohaterowie Bałabána uparcie bronią swojej moralności, swojego człowieczeństwa, swojego „ja”), ale równie często są to wspaniałe szarże jednostek, które nigdy by się nie przyznały do odwagi. To właśnie opowiadania, w których bohaterowie podejmują zaskakujące dla samych siebie decyzje, w najwyższym stopniu oddają literacki kunszt Bałabána, który był – jak się okazuje – znakomitym znawcą dusz ludzi na krawędzi załamania nerwowego. Autor „Możliwe, że odchodzimy” buduje swoje prozatorskie arcydzieła opisując emocje o sile tsunami, które rodzą się z najbardziej błahych wydarzeń. Oto jeden z bohaterów przysłuchuje się rozmowie knajpianej barmanki ze sprzedającym płyty domokrążcą – ich nieoczekiwane porozumienie i wspólnota gorzkich doświadczeń niosą w sobie coś zaskakująco urokliwego, a jednocześnie demaskatorskiego. Bohater opowiadania „Karuzela” odwiedza znajomych, którzy przechodzą małżeński kryzys, i wizyta ta staje się chwilowym azylem normalności. Lub inny przykład – ojciec wybiera się na wycieczkę rowerową z synem, podczas której orientuje się, że nie potrafi się porozumieć ani z nim (nie docenia chłopięcej wrażliwości), ani z żoną (którą idealizuje w myślach, a w rzeczywistości nie umie się do niej zbliżyć). Balabán świetnie ukazuje te „błyski”, momenty iluminacji, codzienne epifanie, dzięki którym człowiekowi objawia się nagła (samo)wiedza. Im bardziej gorzka i zaskakująca jest wiedza o sobie samym, tym bardziej przejmująca jest fabuła opowiadań Balabána. Najwyrazistszym tego przykładem jest, najlepsze chyba w całej książce, opowiadanie „Edyta”. Zaczyna się od kłótni małżeńskiej – mąż powstrzymuje się przed uderzeniem żony, na zimno przyjmując atak jej furii, po chwili wychodzi z domu, a żona jedzie spotkać się z kochankiem we wspólnie z małżonkiem prowadzonym (do niedawna) biurze. W nocy dzwoni jednak do męża. Okazuje się, że kochanek ją porzucił. Małżonkowie wracają do domu. Milczący, zapłakani, zawzięci, sfrustrowani. Nie wiadomo, czy cokolwiek da się tu uratować, ale ta nagła bliskość, nieoczekiwane porozumienie, jest dla nich czymś, czego nie doświadczyli od lat. Zamiast wracać najprostszą drogą do domu, mąż wjeżdża na obwodnicę miasta, żeby jak najdłużej celebrować tę chwilę (może ostatnią) ich szorstkiej miłości. Jest noc, szum autostrady, połykanie łez. Wszyscy chcą, by ten moment trwał jak najdłużej – i bohaterowie, i my, czytelnicy. Niech jadą bez końca.

Jan Balabán
"Wakacje. Możliwe, że odchodzimy"
tłum. Julia Różewicz
Afera, Wrocław 2011

(tekst ukazał się pierwotnie w "Lampie")