Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielewin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielewin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 stycznia 2014

JAK TO SIĘ ROBI W ROSJI?

Rzadko, zbyt rzadko czytamy rosyjskie książki. A przecież Rosja to jeden z najsilniejszych rynków książki. Jeszcze za czasów ZSRR oficjele i specjaliści od propagandy (nie tylko kulturalnej) chwalili się, że to właśnie w Kraju Rad wydaje się najwięcej książek na jednego mieszkańca. Oczywiście po uwolnieniu rynku, gdy okazało się, że statystyka ta była silna publikowanymi masowo dziełami zebranymi Lenina i podobnego sortu literaturą, wskaźniki nieco spadły. Ale Rosjanie do dziś mówią o sobie z dumą, że są najwięcej czytającym narodem świata.

Nawet po lekkiej zapaści w ostatnich latach dane o tamtejszym czytelnictwie mogą imponować. Trzeba jednak pamiętać, że mają oni co czytać – w roku 2012 ukazało się w Rosji niemal 120 tysięcy tytułów, w tym mnóstwo napisanych przez rodzimych autorów. Z prostego rachunku prawdopodobieństwa wynika, że liczba bardzo dobrych rosyjskich książek musi być proporcjonalnie wyższa od takiej liczby w mniejszych krajach. Zasada ta działa oczywiście także w drugą stronę (przypomina się stary radziecki dowcip: Lenin pyta szefa kinematografii: – Ile kręcimy filmów rocznie? – Siedemdziesiąt. – A ile z nich jest dobrych? – Dziesięć. – To nie możemy kręcić tylko tych dziesięciu?). O ile jednak kiepskimi książkami nikt głowy sobie nie zawraca, o tyle o rosyjskich bestsellerach mówi się dużo i głośno. I to nie tylko w samej Rosji. Nad Wisłą jakoś mniej. Przeciętny polski czytelnik będzie miał spory trud z wymienieniem choćby pięciu nazwisk współczesnych rosyjskich pisarzy. A szkoda. Na Wschodzie dzieje się bowiem pod względem literackim dużo dobrego.

Tak się złożyło, że pod koniec roku otrzymaliśmy polskie tłumaczenia książek najznamienitszych rosyjskich autorów. Warto przyjrzeć im się nieco bliżej. Są to przede wszystkim autorzy urodzeni na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku, a więc pisarze, których debiut przypadł na etap zmian ustrojowych. To pierwsza formacja nowej, już nie radzieckiej, a rosyjskiej literatury, która mierzy się z nowymi problemami, ale nie zapomina też o konieczności rozliczenia się z przeszłością. Znamienitą czwórkę (Wiktor Pielewin, Olga Sławnikowa, Jelena Czyżowa i Michaił Szyszkin) uzupełnia przedstawiciel młodszej generacji, radykalny w swoich wyborach ideologicznych Zachar Prilepin – autor w pełni ukształtowany przez nową rosyjską rzeczywistość.

Pielewin, czyli Bohater jest zmęczony

Wiktor Pielewin jest najgorętszym nazwiskiem rosyjskiej literatury. Autor wielu bestsellerów ceniony jest w świecie („French Magazine” wpisał go na listę 100 najważniejszych współczesnych twórców kultury; spośród rosyjskich twórców na liście tej znalazł się jeszcze reżyser Aleksandr Sokurow) i w kraju, gdzie trzy lata temu został uznany za najbardziej wpływowego intelektualistę w Rosji. Lista nagród, którą otrzymał od czasów swojego debiutu jest imponująca, równie ważne jest jednak zestawienie sprzedaży książek Pielewina – niemal każda (debiutujący w roku 1990 Pielewin wydaje niemal jedną książkę rocznie) zdobywała szczyt listy bestsellerów.

Co ciekawe – Pielewin jest tym bardziej popularny, im bardziej zwalczają go narodowe frakcje. W 2002 roku proputinowska młodzieżówka „Idący Razem” umieściła go na czele listy pisarzy „niesłusznych”, co automatycznie podniosło wskaźniki sprzedaży jego książek (podobno zagorzałym fanem twórczości Pielewina jest Dmitrij Miedwiediew). Dlaczego wokół książek Pielewina jest tyle zamieszania? Odpowiedź jest prosta – autor „Generation P” nie tylko jako jeden z pierwszych potrafił zdiagnozować postsowiecką rzeczywistość i opisać ją adekwatnym do niej, zdynamizowanym językiem, ale też z postmodernistyczną swadą łączył rzeczy zdawałoby się bardzo odległe – nawiązywał do spuścizny wielkiej kultury rosyjskiej, a jednocześnie fascynował się poetyką science-fiction, poważne historiozoficzne dysputy czynił fragmentami fabularnych narkotykowych tripów (i na odwrót), z równa uwagą przyglądał się Tołstojowi i Georgowi Bushowi, Bogu i życiu owadów, buddyjskie mantry wplatał między kpiarskie opowieści z życia moskiewskich yuppies.

„Napój ananasowy dla pięknej damy”, najnowszy zbiór opowiadań Wiktora Pielewina, jest katalogiem stałych motywów występujących w twórczości tego pisarza. Wbrew tytułowi sugerującemu istnienie literackiego klucza (to połączenie aluzji do wody ananasowej, którą Włodzimierz Majakowski wyśmiewał jako napój burżuazji i do tytułu debiutanckiego tomu wierszy Aleksandra Błoka), nowa książka Pielewina jest przede wszystkim komentarzem do współczesnych wydarzeń. Dużo więcej wyjaśnia podtytuł „Wojn@ i świat”, gdyż większość opowiadań dotyczy stanu globalnego napięcia politycznego i militarnego. Pierwsze skrzypce grają tu dwa mocarstwa – Rosja i Stany Zjednoczone, ale walka toczy się raczej między Wschodem a Zachodem, a zaplątani są w nią wszyscy. To ciąg dalszy zimnej wojny, której metaforyczne zimno oznacza obecnie nie stan zawieszenia, a chłód technologii. Wojna wirtualna i stechnicyzowana jest bowiem zależna w większej mierze od informatyków i hakerów niż żołnierzy i polityków. A że cyfrowy świat zawsze był środowiskiem naturalnym Pielewina, jego najnowsza książka, w której roi się od dronów, komputerowych programów, rakiet naprowadzających i zminiaturyzowanych podsłuchów, pod względem fabularnej wartkości i wyczucia tematu jest bez zarzutu. Chodzi zwłaszcza o część pierwszą, czyli dwa dłuższe opowiadania („Burning Bush” i „Kody przeciwlotnicze Al.-Efesbiego”), w których Pielewin łączy groteskę politycznej satyry z ciemną grozą futurystycznej niemalże technologii, ale też z zaskakującymi akcentami metafizycznymi. Albowiem nawet w epoce skrajnie stechnicyzowanej lęk przed Bogiem (i w świecie Zachodu, i u wyznawców islamu) odgrywa główną rolę sprawczą. A Pielewin pięknie potrafi sobie z tego kpić. Humor jest zresztą u Pielewina najważniejszy. Humor i genialne opisy („Bokobrody upodobniały go do rozwiązłej włoskiej małpy, a kraciasta marynarka w ogóle czyniła z niego jakiegoś aroganckiego Puszkina, który zamiast wierszom poświęcił się drobnemu handlowi”). Gorzej jest niestety z pomysłowością. Każde z opowiadań jest wszakże rozwinięciem jednego (dodajmy – genialnego!) pomysłu w nieco przydługą formę. W części drugiej książki Pielewin w widoczny sposób obniża loty – „Kontemplator cieni”, opisujący pewną buddyjską metodę poznania siebie, nieco nuży, zaś opowiadanie gwiazdkowe „Hotel dobrych wcieleń” to niemal angelologia dla ubogich. Honor ratują tutaj „Thugowie”, prześmiewcze opowiadanie o człowieku, który chce wstąpić w szeregi wyznawców bogini Kali.

„Napój ananasowy dla pięknej damy” jest książką nierówną, ale nieodparcie Pielewinowską. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest w niej pewna sztuczność – wygląda, jakby została ułożona przez specjalistyczny program komputerowy stworzony do produkowania książek w stylu Pielewina. Zresztą kto wie? Philip K. Dick uważał przecież, że Lem nie istnieje. Niewykluczone zatem, że niewystępujący publicznie i nieudzielający wywiadów Pielewin jest tylko marką stworzoną przez tajne służby. Jeśli tak – trzeba usprawnić program, bo zaczyna nieco szwankować.

Sławnikowa, czyli Czekając na rocznicę

„2017” (Rosyjski Booker 2006), najgłośniejsza powieść Olgi Sławnikowej (rocznik 1957), tematycznie lokuje się w okolicach „pielewinowskich”. Jej akcja rozgrywa się bowiem w bliskiej, określonej tytułową datą, przyszłości. To data dla Rosjan szczególna – stulecie rewolucji. W dystopijnej powieści Sławnikowej Rosja staje się krajem pogrążonym w chaosie. Politycznie – znajduje się niemalże w przededniu przejęcia władzy przez ugrupowania faszystowskie. Społecznie – jest krajem karykaturalnie wręcz zróżnicowanym klasowo, w którym największym uznaniem cieszą się ultramaterialistyczni bogacze (na marginesie można dodać, że Sławnikowa opublikowała swoją powieść w roku 2006 – okazuje się, że jej przepowiednia sprawdziła się dobrych kilka lat przed rocznicą). Rosja przyszłości jest także humanistycznym bankrutem. Wszelki idealizm jest tu w zaniku, różnej maści artyści są na wymarciu. Liczy się tylko bogactwo. I właśnie wyprawa mająca na celu bogatych uczynić jeszcze bogatszymi jest fabularną osią powieści.

Fundatorem ekspedycji jest cyniczny profesor Anfiłogow, który chce wykorzystać do swoich celów utalentowanego Kryłowa. Kryłow, główny bohater powieści, jest człowiekiem po rosyjsku rozdartym między chęcią zdobycia uznania i bogactwa a osiągnięciem duchowego spokoju i życiowej harmonii. W trakcie wyprawy poznaje tajemniczą Tanię. Znajomość ta oraz trudności, do których dojdzie podczas ekspedycji (rzecz dzieje się, dodajmy, w pięknym, lecz surowym krajobrazie legendarnych Gór Ryfejskich), zmienią spojrzenie Kryłowa na świat. Mamy więc tu wszystkie podstawowe składniki potrzebne do stworzenia bestsellerowego czytadła, w którym ludzkie namiętności odgrywają główną rolę. Pożądanie i chciwość, polityka i mitologia, moralne prawdy i groza – Sławnikowa ma odpowiedni warsztat, by wiedzieć, jak z tych fabularnych składników przyrządzić koktajl. Jest to koktajl wysokokaloryczny – Sławnikowa co rusz odwołuje się do mistrzów. Pobrzmiewają tutaj echa powieści idei w stylu dzieł Dostojewskiego i Tołstoja, jest fantastycznie i fantasmagorycznie jak u Bułhakowa, miłość i piękno przyrody opisane są zaś językiem, jakiego nie powstydziliby się klasycy rosyjskiej poezji. W tej opasłej powieści jest w zasadzie wszystko – romans, kryminał, powieść przygodowa, science-fiction i thriller (choć może niezbyt thrill). Zbudowana z tych składników całość nie zawodzi. Ale też specjalnie nie zachwyca. „2017” to po prostu dobrze skrojona powieść. Solidna książka.

Czyżowa, czyli Kobiety bez mężczyzn

Sławnikowa podróżowała w przyszłość, jej rówieśniczka Jelena Czyżowa w „Czasie kobiet” (Rosyjski Booker 2009) podróżuje w przeszłość. Akcja powieści rozgrywa się w Leningradzie we wczesnych latach 60. ubiegłego wieku (choć w opowieściach bohaterek, będących niezwykle ważnym tłem dla przedstawionej historii, pojawiają się także lata wcześniejsze – rewolucja, blokada Leningradu w czasie wojny ojczyźnianej, stalinowskie czystki). Antonina, pracująca w fabryce prosta dziewczyna, zachodzi w ciążę z przypadkowo poznanym mężczyzną i zostaje przez niego opuszczona. Mężczyźni nie odgrywają zresztą w powieści Czyżowej większej roli. Nieprzypadkowo jest to bowiem „czas kobiet”.

Przewodnicząca rady zakładowej, która samotnej matce przyznaje pokój w komunałce (zamiast hotelu robotniczego) wypowiada zdanie, które wiele mówi o tamtych czasach: „No bo jak u nas jest? To matka jest głową: i napoi, i nakarmi. No i co, że bez męża?”. Ale każdy, kto pamięta „Biesy” i słowa Julii Michajłowny („Okropny jest los kobiety rosyjskiej, Warwaro Pietrowno”), wie, że Rosja zawsze wymagała od kobiet ogromnego poświęcenia. Wymagała go także w czasach późniejszych – filmowy hit z roku 1980, „Moskwa nie wierzy łzom”, pokazywał, że radzieckie imperium złożyłoby się jak domek z kart, gdyby nie siła kobiet. Nieprzypadkowo wspominam film Władimira Mienszowa, albowiem Czyżowa, opisując tragiczną historię Antoniny, parafrazuje tę znaną filmową historię. Proponuje jednak o wiele bardziej ponure zakończenie – na miarę tamtych czasów. Powieściowa Antonina zostaje dokwaterowana do komunałki, w której mieszkają trzy staruszki – Jewdokija, Glikerija i Ariadna. Każda, oczywiście, straciła męża na wojnie, każda też jest wobec urodzonej przez Antoninę niepełnosprawnej córki nad wyraz opiekuńcza. Ich walkę, by po śmierci Antoniny nie odebrano im prawa do opieki nad „wnuczką”, dostajemy zamiast happy endu.

„Czas kobiet” nie jest jednak historią prawniczą. To dramatyczna opowieść o bohaterstwie radzieckich kobiet, które musiały dawać sobie radę w nieludzkich czasach. Oszukane przez państwo, opuszczone przez mężczyzn, trwały zdane wyłącznie na siebie. Uporczywa prostota języka powieści Czyżowej w genialny sposób wydobywa tragizm tej historii. Przerażającej, bo ostentacyjnie zwyczajnej. Tak jak czymś zwyczajnym było jeszcze pół wieku temu, że po przydział kilograma mąki czekało się w kolejce gdzieś w piwnicy, by potem buszować po śmietnikach w poszukiwaniu jakiejkolwiek deski, z której można wyciągnąć zardzewiały gwóźdź (po jego przegotowaniu należało włożyć go do mąki, by się nie popsuła). O to wszystko musiały dbać kobiety. Wspaniała powieść Czyżowej jest hołdem dla milionów bezimiennych radzieckich kobiet, o które przez długie lata nikt się upominał.

Szyszkin, czyli Kochankowie listy piszą

Nagrodzona dwukrotnie laurem Bolszaja Kniga (w konkursie głównym i w głosowaniu czytelników) powieść epistolarna „Nie dochodzą tylko listy nienapisane” autorstwa Michaiłą Szyszkina (rocznik 1961, autor uhonorowanej Rosyjskim Bookerem powieści „Wziatije Izmaiła” oraz przetłumaczonego na polski „Włosa Wenery”) jest w głównych aspektach komplementarna wobec książki Czyżowej. Chodzi przede wszystkim o prostotę języka. Bohaterowie Szyszkina, zwierzający się w listach z najbardziej intymnych sekretów, piszą komunikatywnie, ale nierzadko uciekają się do nieco bardziej wyszukanych metafor, za pomocą których usiłują opowiedzieć o swoim uczuciu i o tęsknocie towarzyszącej długiej rozłące. Saszę i Wołodię rozdzieliła bowiem wojna. On jest żołnierzem wspólnego korpusu ośmiu mocarstw, którego celem było zdławienie powstania bokserów w Chinach w 1900 roku, ona czeka na niego, choć przeczuwa, że mogą już nigdy się nie spotkać. Spotykają się więc w listach, w których są bardziej sobą, niż gdyby żyli razem. Ich korespondencja staje się światem alternatywnym, doskonałym, ocalającym miłość w obliczu rozłąki i śmierci. I tu pojawia się drugie podobieństwo do powieści Czyżowej, którym jest przeklęty los rosyjskich kobiet. Przymusowa rozłąka z ukochanym jest tylko wstępem do litanii życiowych niepowodzeń, którą kryje korespondencja wysyłana na front przez Saszę.

Opisując miłość niemożliwą, Szyszkin nawiązuje do tuzów rosyjskiej literatury – Tołstoja, Bunina, Czechowa. Współczesna literatura rosyjska, jak podkreśla w wywiadach, go nie ciekawi – uważa, że wielkość pisarza można ocenić dopiero sto lat po jego śmierci. Sam zresztą dystansuje się od Rosji – choć pisze po rosyjsku, od ponad 15 lat mieszka w Szwajcarii, w tym roku zaś odmówił reprezentowania ojczyzny na Międzynarodowych Targach Książki BookExpo w USA. W liście otwartym do Federalnej Agencji do Spraw Druku i Komunikacji Masowej oświadczył, że rezygnuje z uczestnictwa w nowojorskich targach książki, gdyż wstyd mu za swój kraj. Rosja zaś za Szyszkina na pewno nie powinno być wstyd – jest wszak jednym z najwybitniejszych i najchętniej przekładanych na języki obce autorów.

Prilepin, czyli Nacbol z piórem

Podczas gdy Szyszkin dystansuje się od współczesnej Rosji, Zachar Prilepin, przedstawiciel młodszego pokolenia autorów (rocznik 1975), afiszuje się ze swoją do niej miłością. Prilepin to postać nietuzinkowa. Ten aktywny członek zdelegalizowanej Partii Narodowo-Bolszewickiej, który jako kapitan OMON-owskiego specnazu służył podczas wojny w Czeczenii w 1996 i 1999 roku, jest jednocześnie wokalistą funkowego zespołu. Ale też dziennikarzem i pisarzem. Sławę przyniosła mu już debiutancka powieść „Patologie”, w której opisał wojnę w Czeczenii, oraz „Sańkja” (nominacja do Rosyjskiego Bookera), będąca obrazem dojrzewania do rewolucyjnego buntu (obie powieści zostały przełożone na język polski; Prilepin wydał także nieprzetłumaczoną dotąd na polski powieść „Grzech”, uhonorowaną Nagrodą Bestsellera Narodowego).

„Czarna małpa”, czwarta powieść Prilepina, nie jest tak ostentacyjnie autobiograficzna i tak nachalnie ideologiczna jak jego wczesne dzieła. W tej dość zagmatwanej powieści o szkatułkowej konstrukcji realizm, czy wręcz naturalizm, miesza się z groteskowością sennego koszmaru. Thriller polityczny, w którym bohater prowadzi śledztwo mające odkryć prawdę o działaniu tajemniczego laboratorium, zostaje najpierw przełamany aluzyjnymi opowieściami o mitycznym mieście i o afrykańskich dzieciach-żołnierzach, by potem rozwijać się równolegle z opisem rozpadu życia osobistego bohatera oraz z komentarzem na temat skomplikowanej rosyjskiej rzeczywistości. Trochę dużo grzybów w tym barszczu, ale właśnie ten feeryczny naddatek nadaje transowej powieści Prilepina specyficznego smaku.

Pięć powieści, pięcioro autorów – czy na tej podstawie możemy zdobyć choć szczątkową wiedzę na temat współczesnej literatury rosyjskiej? Na pewno nie, ponieważ obfitość literackiej oferty znad Wołgi jest oszałamiająca. Uderza natomiast jedna z cech charakterystycznych tej oferty, doskonale widoczna na podanych przykładach. Literatura rosyjska jest wyjątkowo różnorodna. Rozbuchany postmodernistycznie Pielewin nie przystaje nijak do klasycznej Czyżowej, której minimalizm lokuje się na antypodach epickości Sławnikowej, z kolei wrażliwemu i eleganckiemu znawcy duszy ludzkiej, jakim jest Szyszkin, z pewnością byłoby nie po drodze z nacbolem (to świetne określenie ukuła Kinga Dunin) Prilepinem. Zresztą takiego pisarza jak Prilepin ze świecą można szukać w innych krajach, także u nas. W Polsce nacbole nie piszą książek. Pewnie nawet ich nie czytają. W Rosji natomiast wszystko jest możliwe.

Wiktor Pielewin „Napój ananasowy dla pięknej damy”, tłum. Ewa Rojewska-Olejarczuk, W.A.B., Warszawa 2013
Olga Sławnikowa „2017”, tłum. Olga Morańska, Sonia Draga, Katowice 2013
Jelena Czyżowa „Czas kobiet”, tłum. Agnieszka Sowińska, Czarne, Wołowiec 2013
Michaił Szyszkin „Nie dochodzą tylko listy nienapisane”, tłum. Magdalena Hornung, Noir sur Blanc, Warszawa 2013
Zachar Prilepin „Czarna małpa”, tłum. Ewa Rojewska-Olejarczuk, Czarne, Wołowiec 2013

(tekst ukazał się pierwotnie w portalu xiegarnia.pl)

czwartek, 29 marca 2012

CZAT ANTYCZNY - Wiktor Pielewin "Hełm grozy"


„Dlaczego Minotaur ma głowę byka? Jak myśli i o czym? Czy jego umysł jest funkcją ciała, czy też zewnętrzna postać jest tylko obrazem w jego umyśle? Czy to Tezeusz jest w środku Labiryntu? Czy może Labirynt istnieje w Tezeuszu? Czy oba te twierdzenia są prawdziwe? A może oba fałszywe?”

Takie pytania mnoży przed czytelnikiem Wiktor Pielewin w przedmowie do „Hełmu grozy”, swojej najnowszej powieści (?), kolejnym dziele z interesującej edytorskiej serii „Mity”, która ma na celu reinterpretację mitycznych opowieści „w nowoczesny i oryginalny sposób” – jak zakłada wydawnicza notka. „Penelopiada” Margaret Atwood, poprzednia książka z tej serii, ukazująca mit Odyseusza z punktu widzenia jego żony, na pewno była oryginalna, ale dopiero Pielewin pokazał, co to znaczy naprawdę odświeżyć mit. Nowoczesność „Hełmu grozy” jest postmodernistyczna, wirtualna, cyberpunkowa (nie zapominajmy, że Pielewin debiutował powieścią z kręgu science-fiction – „Omon Ra”, a i jego inne książki bliskie są temu, co rozumiemy pod pojęciem „literatura fantastyczna”).
Ponieważ gatunek science-fiction jest mocno skonwencjonalizowany i zakłada pewną iluzoryczność świata przedstawionego, proszę się nie zrażać wyjściową sytuacją „Hełmu grozy”, lecz przejść nad nią do porządku dziennego, przystać na jej umowność i dać się ponieść ryzykownym wizjom. A sytuacja, w której znajduje się grupka bohaterów książki Pielewina, jest niecodzienna – budzą się oni w zamkniętych pokojach-celach, gdzie jedynym narzędziem komunikacyjnym jest komputer. Sieciowa konwersacja bohaterów przypomina internetowy czat, choć rozmowa protagonistów zbliżona jest raczej do rozpisanego na role dramatu, albowiem temat ich rozważań obraca się wokół kluczowych zagadnień bytu.
 Byłby to zatem dramat antyczny? Wskazywać na to mogłoby powinowactwo tematu, gdyż „Hełm grozy” to trawestacja mitu o kreteńskim labiryncie. Trawestacja nader intrygująca, bowiem rozgrywająca się w dwóch światach – współczesnym (cyberprzestrzeń, wirtualna rzeczywistość) i starożytnym (helleńskie stroje, adnotacja BC przy wątku rozpoczynającym rozmowę). „Zbuduję labirynt, żeby zgubić się z tym, kto zechce mnie znaleźć” – tak wygląda wątek (nić?) Ariadny według Pielewina, wątek, który ma pomóc w opuszczeniu labiryntu po pokonaniu Minotaura. Lecz kim jest Minotaur, gdzie znajduje się Tezeusz, jaką obrać drogę? Na te pytania każdy z bohaterów będzie musiał odpowiedzieć sobie sam, wchodząc do własnego labiryntu. Ponieważ tak naprawdę to właśnie labirynt jest głównym tematem (czy raczej bohaterem) tej książki. Czym jest labirynt? Pielewin i jego bohaterowie dają nam wiele różnorodnych odpowiedzi, od klasycznych interpretacji mitycznych i odczytań religijnych, aż po współczesne hipotezy – labirynt jako wirtualna rzeczywistość, ciało ludzkie (a zwłaszcza mózg) czy wreszcie postmodernizm.
 Skoro już jesteśmy przy postmodernizmie – Pielewin nie byłby sobą, gdyby poważnego, tematu nie skontrapunktował pastiszem konwencji i groteską. Mamy więc kpinę z klisz popkulturowych (uczucie rodzące się miedzy dwójką bohaterów) czy też ironiczne nawiązania do dzieł sztuki filmowej – ciekawych namawiam do znalezienia odpowiedzi na pytanie, czym jest w powieści „zwierciadło Tarkowskiego” czy „Siódma pieczęć”.

Wiktor Pielewin
"Hełm grozy"
tłum. Małgorzata Buchalik
Znak, Kraków 2006

(tekst ukazał się pierwotnie w "Arte")

JAK BYĆ NIEKOCHANYM (PRZEZ ROSJĘ)? - Wiktor Jerofiejew "Bóg X"


Wiktor Jerofiefew, najwybitniejszy chyba literacki specjalista od Rosji, w tomie „Bóg X” zebrał opowiadania, szkice, reportaże i eseje połączone jednym tematem. Jest nim miłość. Miłość – rzecz jasna – po rosyjsku.

„O miłości napisano tyle głupot, że można zaryzykować stwierdzenie, że w ogóle nic nie napisano” – wychodząc z tego założenia, Wiktor Jerofiejew w tekstach zgromadzonych w tomie „Bóg X” odnosi się do tematu miłości w sposób niekonwencjonalny, zaskakujący, odważny, niekiedy wręcz szokujący czy obrazoburczy. U Jerofiejewa nie znajdziemy romantycznych uniesień, porywów serca czy choćby klasycznych przedstawień miłosnych historii. Owszem – jest mowa o pierwszej miłości, lecz w końcowym rozrachunku zostaje ona wykpiona jako głupiutki przejaw młodzieńczego buntu. Jerofiejew przygląda się także zakochaniu, lecz dużo więcej miejsca poświęca zerwaniu i jego konsekwencjom w błyskotliwym, ironicznym, aczkolwiek niezwykle gorzkim tekście „Jak być niekochanym”. Opsiuje także miłość aż do grobowej deski, a nawet idzie o krok dalej, czyniąc parę kochanków z trupów w postępującym stanie rozkładu. Z podejrzaną pasją pisze również o  rzeczach związanych z ludzką cielesnością, które zazwyczaj się przemilcza, a które – jak słusznie Jerofiejew zauważa – są nieodłącznym, choć wstydliwym i intymnym, elementem ludzkiej egzystencji.
Miłość międzyludzka (sprowadzona ostatnio – zdaniem Jerofiejewa – do popkulturowej papki, będącej podstawą biznesu rozrywkowego) jest wszak mniej ciekawa niż jej inne odmiany, choćby miłość do ojczyzny. Dopiero tutaj Jerofiejew dosiada swojego ulubionego konika i z upodobaniem wyzłośliwia się nad stanem ducha współczesnych Rosjan. Czy da się kochać dzisiejszą Rosję, gdzie króluje kicz i głupota, gdzie panoszy się smród i zaściankowość, gdzie złodziei otacza się swoistą glorią, a noworodki sprzedaje się za bezcen na ulicy? – pyta Jerofiejew. I zaraz odpowiada sam sobie – a czy można jej nie kochać? Nieprzypadkowo jednym z głównych bohaterów tekstów z tego tomu jest Puszkin – artysta, którego uwielbia się, a zarazem nienawidzi. Autor „Eugeniusza Oniegina” to  najcelniejsza metafora rosyjskości. „Nie wiem, jak mógłbym żyć w Rosji, gdyby nie było Puszkina” - pisze Jerofiejew. Puszkin jest jednak takim zlepkiem przeciwieństw, że Jerofiejew nie waha się zapytać, czy istniał naprawdę. „Puszkina nie było, nie ma i być nie może” – oświadcza buńczucznie Jerofiejew, a czytelnik odnosi wrażenie, że podobną frazą można również skwitować całą Rosję.
Pisarstwo Jerofiejewa może drażnić – często zresztą oskarża się go o wulgarność i szarganie świętości, ale właśnie dzięki swojemu stylowi, łączącemu brutalną bezpośredniość,  filozoficzny namysł i błyskotliwość socjologicznych obserwacji, udało mu się jako jednemu z niewielu pisarzy rosyjskich oddać skomplikowany charakter duszy rosyjskiej. Jerofiejew w swoich tekstach nie oszczędza nikogo i niczego, nie boi się lawirowania między wysokim a niskim, między analizą rosyjskiej sztuki i pijackiego bełkotu. Wywrotowy pisarz z podobną uwagą przygląda się wyemancypowanym moskwianom, jak i mieszkańcom odległych zakątków Syberii, o których Bóg zapomniał. Autor „Boga X” potrafi w zaskakujący sposób łączyć najbardziej odległe bieguny trudnego do ogarnięcia terminu, jakim jest rosyjskość.

Wiktor Jerofiejew
„Bóg X”
tłum. Michał B. Jagiełło
Czytelnik. Warszawa 2010

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy")

PIELEWIN, CZYLI UCZTA - Wiktor Pielewin "Święta księga wilkołaka"


Fantasta, postmodernista i ironista Wiktor Pielewin tym razem przeszedł sam siebie. Bohaterką jego najnowszej powieści jest lisica A Huli, licząca sobie około 2000 lat (!) potomkini chińskich bóstw, która we współczesnej Moskwie, pod postacią pięknej siedemnastoletniej dziewczyny, pracuje jako prostytutka (!!). Swoich klientów hipnotyzuje wyciągniętym znienacka ogonem i stwarza w ich mózgach doskonałą iluzję seksualnych uciech (!!!). Pewnego razu spotyka generała KGB, który jest właściwie wilkołakiem (!!!!) i traci z nim dziewictwo (!!!!!). Na dodatek wymądrza się na każdy temat, szpikując swoje wypowiedzi cytatami z myślicieli i pisarzy, których - na przestrzeni wieków - miała okazję poznać. Do tego jeszcze ta sylogistyczna buddyjska quasifilozofia! Taki poziom absurdu ciężko byłoby przełknąć, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, Pielewin stosuje stary (sprawdzony przez siebie w "Małym palcu Buddy") literacki chwyt - dystansuje się od tekstu, zaznaczając we wstępie, iż jest to znaleziony rękopis. Dzięki temu może pozwolić sobie na fabularne szaleństwa oraz autoironicznie kpiny, twierdząc, że wzmiankowany tekst nie zasługuje oczywiście na poważną analizę literaturoznawczą czy krytyczną[...]. A pseudoorienatlna metafizyka, której znajomością autor usiłuje epatować podobnych sobie smętnych nieudaczników, u poważnych ludzi może wywołać tylko uśmiech politowania. Po drugie, tę fantasmagoryczną historię ubarwia krytycznym obrazem "młodej Rosji" czy analizą kulturową nowożytnego świata. Swoistą, oczywiście - wierni czytelnicy Pielewina wiedzą doskonale, co może powstać w wyniku połączenia ogromnej wyobraźni i specyficznego poczucia humoru. Ot, choćby prezerwatywa Brzytwa Ockhama z hasłem reklamowym "nie należy mnożyć bytów bez konieczności"... 

Wiktor Pielewin
"Święta księga wilkołaka"
tłum. Ewa Rojewska-Olejarczuk
W.A.B., Warszawa 2006

(tekst ukazał się pierwotnie w "Przekroju")

MOSKIEWSKIE WAMPIRY - Wiktor Pielewin "Empire V"

Wiktor Pielewin w najwyższej formie! Za pomocą nieodparcie śmiesznej historii o wampirach rządzących światem rosyjski pisarz wstrząsa pewnością naszej egzystencji

Z Wiktorem Pielewinem sprawa jest prosta – albo się jego pisarstwo kocha, albo się je nienawidzi. Ten ekstremalistyczny dualizm jest wyraźnie widoczny w jego ojczyźnie – czytelnicy otaczają go swoistym kultem i czczą jako najbardziej radykalnego rosyjskiego postmodernistę, zaś prorządowi dziennikarze najchętniej spaliliby jego ksiązki na stosie. Najnowsze dzieło tego autora – powieść „Empire V” – tylko ten rozdźwięk pogłębi. Jego przeciwnicy będą mu wytykać wtórność pomysłów i, a jakże!, ciągłą krytykę współczesnej Rosji. Zwolennicy zaś ucieszą się z feerii niesamowitych wydarzeń opisanych na ponad 400 stronach. Tych drugich, jak się zdaje, będzie o wiele więcej, ponieważ najnowsza książka Pielewina to prawdziwe arcydzieło.
 Nie tylko objętością najnowsza powieść Pielewina bije na głowę jego wcześniejsze utwory – liczba absurdalnych i groteskowo-fantastycznych konceptów wykorzystanych w tej książce każe nazywać rosyjskiego pisarza godnym następcą Bułhakowa, Viana czy Philipa K. Dicka. Choć „Empire V” wykorzystuje fabularne koncepcje zawarte chociażby w niezwykle popularnej powieści „Generation >P<”, to Pielewin ową wizję dzisiejszej Rosji, będącej w istocie ponurym matriksem, doprowadził do granicy, której chyba nawet on sam nie da już rady przekroczyć. Czy można bowiem wymyślić coś bardziej obłędnego od tej nierzeczywistej fabuły? Oto młody moskiewski chłopak, snujący się bez celu po mieście, natrafia przypadkiem na intrygujące ogłoszenie. Okazuje się, że jest to zakamuflowane zaproszenie do zasilenia szeregów wampirów. Jednak dzisiejsze wampiry w niczym nie przypominają hrabiego Drakuli. Co prawda piją krew, ale tylko po to, by wejrzeć w dusze swych ofiar, w rzeczywistości zaś trzęsą światową ekonomią. To prawdziwi wyzyskiwacze, mówiąc obrazowo – krwiopijcy. Pielewin nie byłby jednak sobą, gdy na tym poprzestał. To w istocie dopiero wstęp do fantasmagorycznego wywodu o rasie wampirów-półbogów, którzy od zarania rządzą światem i o marnym losie wyhodowanych przez nich ludzi, bezmyślnie wykonujących wolę swoich panów. A na tym przecież nie koniec – jest jeszcze obowiązkowy wątek miłosny oraz poszukiwanie Boga i sensu życia. Co więcej – pod tą popkulturową zgrywą, kryje się, jak zwykle u Pielewina, drugie dno, czyli obraz współczesnej Rosji ukazany w krzywym zwierciadle, analiza ukrytych mechanizmów totalitarno-korporacyjnej władzy oraz głęboko humanistyczny namysł nad pogrążającym się w szaleństwie gatunku ludzkim.
 Ta powieść przypomina skompresowany plik, po otwarciu którego okazuje się, że w rzeczywistości mieści się w nim o wiele więcej informacji niż można by przypuszczać. Do „Empire V” Pielewin upchnął chyba wszystko – od paleontologii po historię religii, od Wielkiego Wybuchu do marksizmu-leninizmu, od gnostyckich idei po współczesne crack-bary. Co najdziwniejsze – wszystko to doskonale się ze sobą łączy. Nawet udawany kobiecy orgazm można tu wytłumaczyć założeniami komunizmu. „Empire V” to szaleństwo udające powagę, na dodatek pisane językiem „ubiegłowiecznego surrealisty pod wpływem haszyszu”. To dzieło świadomie balansujące na granicy ironicznej beztroski i pseudonaukowego wywodu, pisane z pozycji pijanego neofity New Age’u. Gdyby znalazł się filmowiec godny zekranizowania tej powieści, kinowe plakaty krzyczałyby najprawdopodobniej: „Tarantino spotyka Bergmana – wampiryczny dramat metafizyczny”.

Wiktor Pielewin
„Empire V”
tłum. Ewa Rojewska-Olejarczuk
W.A.B., Warszawa 2008

(tekst ukazał się pierwotnie w "Dzienniku. Polska-Europa-Świat")

WEWNĘTRZNY TRUP ROSJI - Wiktor Pielewin "Kryształowy świat"

„Kryształowy świat”, zbiór wczesnych opowiadań Wiktora Pielewina, to zbiorowy sen o Rosji. A raczej halucynacyjno-groteskowy koszmar

„Kryształowy świat” to już ósma książka Pielewina przetłumaczona na język polski. Doskonale wiemy więc, czego można się spodziewać – postmodernistycznego szaleństwa z rosyjskim sznytem. Spójrzmy choćby na pierwsze zdanie książki, rozpoczynające tytułowe opowiadanie: „Każdy, komu 24 października 1917 roku zdarzyło się wąchać kokainę na wyludnionych i odczłowieczonych piotrogrodzkich ulicach, wie, że człowiek wcale nie jest królem stworzenia”. Tylko Pielewin może się pokusić o umieszczenie akcji w Piotrogrodzie w przeddzień rewolucji, zaordynowanie żołnierzom działki białego proszku i bawienie się efektami tak wybuchowej mieszanki. A efekty są zaiste piorunujące – wizyty zagadkowych przechodniów towarzyszą bełkotliwym wykładom jednego z bohaterów o zmierzchu cywilizacji zachodniej. Fakt, że nasz junkier cytuje dzieło Spenglera, które jeszcze wówczas się nie ukazało, przypomina tylko, że czytamy przecież Pielewina! Autora, który w jednym tekście potrafi z maestrią połączyć quasimistycyzm, buddyzm, współczesną reklamę, radziecką kolektywizację, wilkołaki i Aleksandra Puszkina. A że takich tekstów jest w „Kryształowym świecie” aż dziewiętnaście, frajda jest tym większa.
Chociaż rozpiętość stylistyczna i tematyczna tego tomu jest ogromna, opowiadania w nim zawarte spaja podstawowa myśl. Nasze życie to fikcja – twierdzi przekornie Pielewin i na poparcie tej tezy wyciąga z rękawa kolejne asy. A to opisze sektę Antonowa, który postulował istnienie „wewnętrznego trupa”, a to zrewolucjonizuje Darwinowską tezę o pochodzeniu gatunków, wreszcie stwierdzi, że Stalin nie istniał, a jego rolę odgrywały coraz to nowe osoby charakteryzowane na wirtualnego wodza narodu. W tych opowiadaniach wszyscy zaglądają za krawędź bytu – i racjonalizatorka pracy z tramwajowej zajezdni, i babcia klozetowa z szaletu na bulwarze Twerskim, i zwykły student, który odkrywa nagle, że życie to umiejętność śnienia na jawie. Zwłaszcza w Rosji, której rzeczywistość to przecież sen szaleńca. Czy to my śnimy, czy raczej jesteśmy śnieni – nieważne, jak bowiem twierdzi pewien wilkołak: „Możliwe, że mi się to śni, możliwe – że śni się wam, ale jedno jest pewne: coś się dzieje”. I to właśnie jest Pielewina recepta na sukces.
Być może kluczem do tej książki (jak również do całej twórczości Pielewina) jest opowiadanie „Niebieska latarnia”. Obóz pionierów, cisza nocna. Zgaszone światła w sali, gdzie, prycza w pryczę, leżą kilkunastoletni chłopcy. Udają przed opiekunką, że śpią, a gdy ta wyjdzie, zaczynają opowiadać sobie przerażające, wymyślane na poczekaniu historyjki – o martwym mieście, szkieletach na dyrektorskim fotelu i o matce, która wysysała krew ze swoich dzieci. Pielewin zdaje się być takim wiecznym chłopcem – nie wyzbył się dziecięcej fantazji oraz chęci do straszenia i rozśmieszania innych. Sam również się przy tym świetnie bawi. A że jest na dodatek cyniczny, ironiczny i z absolutną powagą tworzy fantasmagoryczne wizje – tym lepiej dla nas. No i jest wyszczekany. Zupełnie jak chłopiec o ksywce (nomen omen) Tołstoj, który na pytanie interweniującej opiekunki „Kto tu jest głównym trupem?” odpowiada z godnością: „Główny trup jest w Moskwie na placu Czerwonym”.
Ktoś jeszcze się dziwi, dlaczego Pielewina kochają czytelnicy, a jego książki bojówkarze z proputinowskich organizacji palą na stosie? Na placu Czerwonym zresztą...

Wiktor Pielewin
„Kryształowy świat”
tłum. Ewa Rojewska-Olejarczuk
W.A.B., Warszawa 2008

(tekst ukazał się pierwotnie w "Życiu Warszawy")