poniedziałek, 28 lipca 2014

SYNDROM WILEŃSKI - Herkus Kunčius "Litwin w Wilnie"



Herkus Kunčius, litewski powieściopisarz, dramaturg i eseista (próbkę jego niepodrabialnego stylu polscy czytelnicy mieli okazję poznać, czytając wydane w 2001 roku eseje „Moja walka bambino”) opatrzył swoją najnowszą powieść „Litwin w Wilnie” klauzulą najwyższego prawdopodobieństwa: „Z wyjątkiem wszystkich wspomnianych w książce nieznanych społeczeństwu osób, pozostali opisani w niej bohaterowie, jak również fakty, topografia czy dokumenty są prawdziwe, a zbieżności – nieprzypadkowe”. Po lekturze tej zwariowanej książki, której fabuła co chwila przypomina fantasmagoryczny sen, trudno w te zapewnienia uwierzyć. A jednak – poza zmyślonymi protagonistami wszystko tutaj jest prawdziwe. I samozwańczy król Litwy Roman, który w 2009 ogłosił się niekoronowanym władcą nadbałtyckiego państwa i z Australii chciał rządzić odrodzonym Wielkim Królestwem Litewskim (znacznie, dodajmy, rozległym – od Zatoki Fińskiej aż po Morze Czarne), i jednoczesna litewska intronizacja Chrystusa Króla. Nawet rozpoczynająca powieść wzmianka o tzw. syndromie jerozolimskim jest poparta faktami – w istocie wizyta w Jerozolimie tak mocno wpływa na niektórych odwiedzających, że zaczynają oni wierzyć, iż sami stali się prorokami. Co ciekawe – ta swoista psychoza mija po jakimś czasie od opuszczenia świętego miasta. Nieposkromiona wyobraźnia Kunčiusa podpowiedziała mu, że skoro Wilno nazywane jest litewską Jerozolimą, to i w tym mieście można zapaść na syndrom fałszywego proroka. Tym bardziej, że w Wilnie oszołomów nie brakuje.
Jednym z nich jest Napoleon Szeputis, główny bohater „Litwina w Wilnie”. Postać fikcyjna, choć niewykluczone, że wielu wileńskich dziwaków odnalazłoby siebie w opisie Napoleona. Ten 60-letni szkolny woźny wyrusza z prowincjonalnej Kalwarii do stolicy, w której nie był od 20 lat. W cywilu jest pierdołowatym pantoflarzem, wylewającym anonimowo swój jad na portalach internetowych, ale w grupie jadących do Wilna na Święto Pieśni, czuje porywającą go siłę. Tym bardziej, że okazja jest szczególna – Wilno zostało Europejską Stolicą Kultury, trwają obchody tysiąclecia pierwszej pisemnej wzmianki o Litwie, no i sama stolica jest, zdaniem Szeputisa i innych karykaturalnie scharakteryzowanych lokalnych patriotów, miejscem szczególnym. „Wilno… Dla każdego wzorowego Litwina to święte słowo. Niemowlę wypowiada je, nim jeszcze powie słowo „mama””. Miłość do Wilna w zaskakujący sposób zostanie zdyskredytowana (a może zintensyfikowana?), gdy Napoleon ulegnie niegroźnemu wypadkowi. Osadzony w szpitalu, ucieka z niego, chcąc za wszelką cenę zdążyć na oczekiwane Święto Pieśni. W szpitalnym pasiaku, z obłędem w oczach i megalomańskim imieniem, brany jest za pomyleńca. Odnajduje się w tej roli znakomicie i zaczyna wygłaszać płomienne mowy, w których oskarża polityków, decydentów, turystów i odmiennie myślących rodaków o wszelkie zło. Wraz z grupą podobnych mu pomylonych proroków zamierza odmienić Wilno i Litwę, a potem, kto wie, może i cały świat. 
Powieść Herkusa Kunčiusa jest erudycyjną satyrą na fałszywie pojmowany patriotyzm manifestowany pod płaszczykiem wiary, na społeczną alienację elit, na tromtadrację ideologicznie zaślepionych jednostek. „Litwin w Wilnie” to krzywe zwierciadło podsuwane Litwinom z nadzieją, że przejrzą na oczy. Ale i nie-litewscy czytelnicy wyniosą z powieści Kunčiusa – poza sporą dawką świetnej zabawy oraz wiedzy o historii i teraźniejszości Litwy (świetny wojskowy epizod z czasów Litewskiej SSR) – parę nauk dla siebie. Zwłaszcza Polacy, jakże podobni do Litwinów w przekonaniu o własnej nieomylności i o byciu narodem wybranym. I ty jesteś Litwinem – mówi Kunčius, wskazując palcem na wszystkich otumanionych władzą i wiarą, którym bardziej przydałby się kaftan bezpieczeństwa niż transparent i szczekaczka.

Herkus Kunčius
„Litwin w Wilnie”
tłum. Michał Piątkowski
Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

czwartek, 24 lipca 2014

KORESPONDENCYJNY BLAGIER - Marek Hłasko "Listy"


Marek Hłasko nie pisał dzienników, zaś jego powieść autobiograficzna „Piękni dwudziestoletni” jest raczej kopalnią autokreacyjnych mitów niż wiarygodnym źródłem biograficznym. Ale pozostają listy. Skromny wybór dwudziestu listów ukazał się po raz pierwszy w 1985 roku w IV tomie dzieł zebranych, ale był to jedynie wierzchołek góry lodowej. Dużo obszerniejszy zestaw (158 listów) ukazał się w roku 1994, ale dopiero obecna edycja, inaugurująca nową, wreszcie kompletną edycję dzieł zebranych, przynosi imponującą liczbę listów Marka Hłaski – redaktor tomu Andrzej Czyżewski, brat cioteczny pisarza, wyszukiwał w archiwach aż 363 listy. Czego się z nich dowiadujemy? Przede wszystkim odkłamany zostaje obraz literackiego macho, buntownika bez powodu, króla knajp i bijatyk. W pisanych przez siebie listach Hłasko pokazuje wreszcie prawdziwą twarz – kochającego syna, ale też człowieka zagubionego i nieszczęśliwego oraz interesownego lawiranta.

Lawirować zaczyna się już we wczesnej młodości, o czym przekonują afektowane listy, które Hłasko pisał do rodziny. Nie mogąc dogadać się z partnerem matki, wszczynał awantury i uciekał z domu do ciotki, skąd relacjonował matce: „Massa złamał mi życie i przez niego jest taka sytuacja”. Babce, u której nie mógł znaleźć pomocy, pisał: „Kochana Babciu! Jestem tak wyzuty ze wszystkich uczuć dla ciebie, że nie chce mi się pisać. Wobec tego, stara babko, nie żądaj ode mnie niczego, a ciesz się, że twój rodzony wnuk żyje”. Ale już kilka miesięcy później serdecznie pozdrawiał Massę (tak przezwał przyszłego ojczyma), namawiał matkę do wzięcia z nim ślubu, a już po zawarciu małżeństwa pisał do niego: „Pamiętaj, Masso, że uważam Cię teraz za ojca”. Gdy wyrzucono go z bursy za złe zachowanie, łgał w liście do matki, że grandziarstwo „to jest już rzecz niemodna wśród dzisiejszej młodzieży”, choć w tym samym liście zapewniał: „Z oszukiwaniem własnej matki skończyłem dawno”. Gdy zamieszkał wbrew woli matki u prezesa wrocławskiego oddziału ZLP Stefana Łosia, zdeklarowanego homoseksualisty, pisał do niej wzburzony: „Chcę raz dojść do zamierzonego celu – jeśli trzeba będzie, żebym kłamał – będę kłamał, jeśli zabić – zabiję”. W następnym liście oczywiście matkę przepraszał, ale ta w gniewie wyłożona młodzieńcza strategia stała się obowiązująca także w jego dorosłym życiu.

Podobnie poczynał sobie z kobietami. Łatka podrywacza, która do niego przylgnęła, była prawdziwa – Hłasko miał zadziwiającą łatwość w uwodzeniu kobiet. Problem w tym, że z tych, zazwyczaj krótkotrwałych znajomości nie umiał się wyplątywać. Gdy miał 19 lat, szukał pomocy u matki – przed swoją pierwszą miłością ukrywał się, prosząc matkę, by Wandę w jego imieniu spławiła („A jak będzie chciała rad, to niech Mama jej napisze, żeby poszła pod latarnię. To dla tego rodzaju kobiet najwłaściwsze miejsce”). Później umiał już sobie radzić sam, choć sposób pozostał niezmienny. Jedynie listy do byłej żony Sonji Ziemann przekonują, że potrafił być czuły, opiekuńczy i – przede wszystkim – prawdomówny.

Prawdomówność – jako kategoria osobowościowa – rzadko jednak pojawia się w listach Hłaski. Kłamał na potęgę, a na dodatek symulował. Gdy nie chciał przyjechać na spotkanie autorskie, pisał w oficjalnym tonie: „Komunikuję uprzejmie, iż obecnie przeszedłem b. ciężką chorobę i muszę wyjechać na miesięczny odpoczynek”. Kiedy spóźniał się z wysłaniem obiecanego tekstu do „Kultury”, najpierw prosił o przysługę Henryka Berezę, by ten w jego imieniu pisał o fikcyjnym zapaleniu mięśnia sercowego, później zaś sam spowiadał się Jerzemu Giedroyciowi, wymyślając katastrofę samochodową, wstrząs mózgu i grypę azjatycką. Kiedy indziej natomiast potrafił zadziwiać buńczuczną szczerością – do ówczesnego prezesa ZLP Antoniego Słonimskiego pisał wprost: „Zwracam się do Pana z uprzejmą prośbą, aby ułatwił mi Pan wyjazd na jakiś czas do innego kraju(…). Nie mam niestety żadnych krewnych poza Polską, a ponieważ nie znam żadnego języka i nie mogę pojechać jako korespondent jakiejkolwiek gazety – moje szanse wyjazdu są żadne. Proszę mi pomóc”.

Niezwykle interesujące są listy do Agnieszki Osieckiej oraz Jerzego Andrzejewskiego, z którym łączyła Hłaskę intymna więź. Autor „Popiołu i diamentu” był dla młodego pisarza mentorem, ale też pomocą do umocowania się w środowisku. Hłasko starał się chronić swojego idola przed pijaństwem, choć sam miał problemy z nadużywaniem alkoholu. W tym samym czasie pisał do Andrzejewskiego: „To niestety nałóg, który robi ze mnie bydlę”, matkę zaś zapewniał: „Jak wiesz, jestem abstynentem – śpij więc spokojnie”. Znajomość z Andrzejewskim urwała się, gdy ten zaczął dość ostentacyjnie umizgiwać się do Hłaski, na co młody autor, uciekłszy z Warszawy do kuzynów na wieś, odpowiadał: „Jerzy, ja chyba nie będę mógł być dla Ciebie tym wszystkim, czym Ty byś chciał i czym – może nawet więcej – ja bym chciał. Nie jestem za to odpowiedzialny, gdyż ostatecznie nie decyduję o tym, jaki się urodziłem”.

W jednym z listów do Andrzejewskiego autor „Ósmego dnia tygodnia” zanotował: „Listów to ja zupełnie pisać nie potrafię”. Nieprawda – listy Hłaski są bardziej fascynujące niż jego powieści. Intryg jest tu o wiele więcej, zaś literackiej pozy o wiele mniej. A to naprawdę najbardziej pożądane proporcje.

Marek Hłasko
„Listy”
Agora SA, Warszawa 2014

(tekst ukazał się pierwotnie w "Chimerze")


wtorek, 15 lipca 2014

LITERACKA MAPA EUROPY ŚRODKOWEJ - W poszukiwaniu środka Europy

Gdzie jest środek Europy (świata, uniwersum)?

Gdzie znajduje się środek Europy? Odpowiedzi można szukać w literaturze. Według litewskiego pisarza Herkusa Kunčiusa sprawa jest jasna – oczywiście na Litwie. Co tam zresztą na Litwie – w samym Wilnie! Tak przynajmniej można wywnioskować z powieści „Litwin w Wilnie” (tłum. Michał Piątkowski, Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2014), w której, i to na samym początku – by nie było żadnych wątpliwości, narrator z emfazą stwierdza:

A wszystko to wydarzyło się nie w Palestynie czy Judei – zajaśniało w głowie Szeputisa – ale w geograficznym centrum Europy w XXI wieku!

 Emfaza ta może być problemem, albowiem jest ona – w świetle powieści – pewnym chwytem retorycznym. Lokalny patriotyzm jest tu wyolbrzymiony do tego stopnia, że staje się karykaturą samego siebie. Ale choć Napoleon Szeputis jest postacią absolutnie fikcyjną, jego przygody w Wilnie wydają się czystą fantasmagorią, a nakierowane na uwielbienie Litwy  perory kwalifikować go mogą jako kliniczny przykład zaburzeń tożsamościowych, to topografia świata przedstawionego powieści Kunčiusa ma odpowiednik w rzeczywistości. Co zresztą autor zaznacza w poprzedzającej całość klauzuli:

Z wyjątkiem wspomnianych w książce nieznanych społeczeństwu osób, pozostali opisani w niej bohaterowie, jak również fakty, topografia czy dokumenty są prawdziwe, a zbieżności – nieprzypadkowe.

I – zgodnie z tym zapewnieniem – Kunčius pisze prawdę, każąc swojemu bohaterowi upatrywać w Wilnie środka Europy. No, prawie prawdę, bo mała miejscowość Purnuskes (w okolicy miasta Paberžė, czyli Podbrzezie) gdzie – według obliczeń z 1989 roku – znajduje się centralny punkt Starego Kontynentu, leży 25 kilometrów na północ od Wilna. Ale, jak chce Kunčius, na dobrą sprawę Litwa to Wilno (i odwrotnie), więc zasadniczo jesteśmy w domu.



Purnuskes? Nonsens (purnonsens – chciałoby się powiedzieć) – twierdzi ukraińska pisarka Natalka Śniadanko. Środek Europy jest gdzieś w Ukrainie (gdzieżby indziej!). tak przynajmniej uważa dziadek Sarony, głównej bohaterki powieści „Lubczyk na poddaszu” (tłum. Ksenia Kaniewska, Biuro Literackie, Wrocław 2014). Sarona, wspominając swoje dzieciństwo, przypomina sobie, gdy dziadek zabierał ją i jej siostrę na jeżyny do lasu nieopodal ich rodzinnej wsi. Podczas jednego z jeżynobrań, dziadek postanowił podzielić się z wnuczkami swoją wiedzą:

W czasie gdy one napychały się do syta, a później napełniały parę wiader jeżynami na powidła i nalewkę, dziadek w zamyśleniu patrzył przed siebie i palił w skupieniu. W pewnym momencie nagle wyciągnął rękę gdzieś w kierunku prześwitu pomiędzy krzakami, skąd przebijały się ukośne promienie słońca, które, wydawało się, można by pochwycić w dłoń.
– Patrzcie. Nie tam na prawo, ale tu, gdzieś za tym drzewem jest prawdziwe centrum Europy – powiedział i uśmiechnął się zadowolony z siebie, a potem, niby jako ostateczny argument, który nie potrzebował żadnego dodatkowego potwierdzenia, dodał: – Naukowo to stwierdzono – i wypuścił dym ze swojej ręcznie robionej fajki.



W „Lubczyku na poddaszu” nie pojawia się nazwa miejscowości, gdzie ma znajdować się centrum Europy. Sam dziadek zaś, od którego powieść się zaczyna, przepada potem wśród innych wspomnień głównej bohaterki, nie rozwikłując tej geograficznej zagadki. Ale nie przepada to, o czym powiedział. Coś bowiem jest na rzeczy. Naukowo wszak (jak chciał dziadek Sarony) w istocie stwierdzono, że środek Europy znajduje się w ukraińskim Rachowie (węg. Rahó). Tyle, że stwierdzono to w roku 1887, a więc 102 lata przed tym, nim palmę pierwszeństwa dzierżenia tego tytułu przejęło litewskie Purnuskes. Zakładając, że Śniadanko podzieliła się z Saroną swoimi wspomnieniami, wszystko się zgadza. Taka biograficzna analiza wykazuje bowiem, że Sarona-Natalka usłyszała o tym, że centralny punkt Europy leży gdzieś w Ukrainie, mniej więcej na przełomie lat 70. i 80. ubiegłego wieku. A więc jeszcze przed tym, gdy Litwini nie mieli się czym chełpić w tej materii.

Litwini? Nie tylko. Środków Europy było i jest nieco więcej niż tylko Purnuskes i Rachów, o czym zresztą wspomina narratorka „Lubczyka na poddaszu”.

Kilka lat temu Sarona przypomniała sobie o tym, kiedy oglądała film dokumentalny, w którym dziennikarze zjechali ponad trzydzieści takich centrów w różnych krajach Europy Wschodniej, a w każdym z nich jakiś pewny zwycięstwa nauki dziadek pokazywał wycinek z lokalnej gazety, gdzie wszystko było napisane. Każdorazowo w tle grupka kilku najstarszych mieszkańców przekonująco kiwała głowami, że niby, tak, tak, to wszystko racja, potwierdzamy – środek Europy jest właśnie tutaj, u nas, jedyny i niezmienny, ktoś w ogóle w to wątpi?

Chodzi najprawdopodobniej o niemiecki film „Die Mitte” wyreżyserowany przez urodzonego  w Nowym Targu Stanisława Muchę, który pokusił się o sfilmowanie poszukiwań geograficznego środka Europy. Ostatecznie w filmie pojawiło się tylko 12 miejscowości, a więc mniej niż chciałaby Sarona, ale w jednym z wywiadów reżyser przyznał, że podczas gromadzenia dokumentacji do filmu przestał liczyć domniemane miasta, w których „grupka kilku najstarszych mieszkańców przekonująco kiwała głowami, że niby, tak, tak, to wszystko racja”, gdy ich liczba przekroczyła sto pięćdziesiąt.

Sto pięćdziesiąt to całkiem sporo. Możliwe więc, że istnieją powieści, w których pojawia się wzmianka o tym, że w polskiej Suchowoli (pierwszy historycznie udokumentowany środek), niemieckim Tillenbergu, słowackich Krahulach, czy dziesiątkach innych środkowoeuropejskich miast i miasteczek znajduje się wymarzone centrum.

Często jednak tutejsza (i nie tylko) literatura, która przecież potrafi wyjątkowo zmitologizować przestrzeń, nie poprzestawała na określaniu środka Europy, idąc znacznie dalej. Dla przykładu słowacki pisarz Václav Pankovčín opisuje Papin (węg. Papháza), ojczystą wieś w północno-wschodniej części kraju, nazywając ją szumnie Marakeszem (to tendencja typowa dla skłonnych do uwzniośleń pisarzy – pamiętamy przecież, co można u Hrabala zobaczyć w podpraskim Kersku, kiedy się człowiek uchleje) i lokując tam środek świata – początkowy rozdział powieści Pankovčína „Marakesz” (tłum. Jacek Bukowski, Czarne, Wołowiec 2006)  nosi tytuł „Marakesz, pępek świata”. 








Jeszcze dalej idą autorzy, którzy w opisywanych przez siebie miejscach (nie zawsze wymyślonych; niekiedy wręcz boleśnie realnych) widzą nawet nie środek świata, ale kosmosu przedstawionego. Tak jest choćby w powieści „Prawiek i inne czasy” (W.A.B., Warszawa 1996), którą Olga Tokarczuk otwiera zdaniem:

Prawiek jest miejscem, które leży w centrum wszechświata.

I choć powieściowy Prawiek nie istnieje na mapach Polski, to fikcyjne miasto ma wyjątkowo realnych geograficznie sąsiadów. Leży bowiem na Kielecczyźnie.


(tekst ukazał się pierwotnie na stronie Literackiej Nagrody Europy Środkowej ANGELUS)

poniedziałek, 23 czerwca 2014

PERSPEKTYWA SKAMIELINY - wywiad z Patrycją Pustkowiak



Czy pamiętasz jeszcze, jakie emocje towarzyszyły pisaniu „Nocnych zwierząt”, a potem trzymaniu w rękach pierwszego egzemplarza, który do ciebie trafił, czytania recenzji, spotkaniom z czytelnikami itd.?

Każdemu etapowi inne. Pisanie książki to był emocjonalny rollercoaster: od euforii po czarną rozpacz. Często traciłam wiarę w siebie, ale zaparłam się, by doprowadzić tę książkę do końca. Szczególnie że od dłuższego czasu znałam jej zakończenie. Kiedy zobaczyłam swoją książkę opublikowaną, przeżywałam coś pomiędzy histerią a depresją poporodową. Wydawało mi się to bardzo dziwne, że moje słowa oprawione w okładkę idą w świat, no i oczywiście bałam się, że każdy będzie mógł napluć na mnie w Internecie. Później ochłonęłam i zaczęłam się tym wszystkim ostrożnie cieszyć.

„Nocne zwierzęta” zbierają żniwo – powieść dostała nominację do najważniejszych nagród literackich: Nike i Gdyni. Jak wiadomo pisarze dzielą się na dwie kategorie. Dla jednych takie wyróżnienia są paraliżujące i trudno im potem przez długi czas coś napisać, uaktywnia się u nich kompleks bycia nagrodzonym, pojawia się blokada, podszyta ambicją obawa, że kolejną książką trzeba udowodnić, że decyzja jury nie była błędna. A drudzy wręcz przeciwnie – laury ich napędzają, dają im łatwość tworzenia, pozytywne werdykty kapituł są dla nich stymulujące. Do której grupy należysz?

Myślę, że to przedwczesne pytania. Spotkało mnie w życiu już tyle dziwnych rzeczy, że spróbuję uporać się i z nominacjami… Generalnie chyba myślę, że najuczciwszą sytuacją jest pierwsza książka anonimowego autora: toczysz ten głaz pod górę tylko siłą musu czy chcenia, poza tym tylko wtedy możesz wystąpić z pozycji atakującego znienacka drapieżnika, spadającego na czytelnika niemal dosłownie z jakiejś wiszącej nad nim gałęzi. Wydaje mi się to ideałem pisania, ale jest to niestety mocno jednorazowe; potem – jeśli książka odnosi sukces – są już oczekiwania, rokowania, zapowiedzi, newslettery i może być ciężko… Nie mam pojęcia co będzie! Na pewno chciałabym znowu zaznać takiego poczucia sensu i sprzęgnięcia z życiem, jakie miałam pisząc „Nocne zwierzęta”, ale sama nie wiem czy to jeszcze możliwe.

Myślisz już o następnej książce? Jeśli w ogóle będzie następna książka. Doskonale pamiętamy przecież o autorach, którzy debiutancką powieść traktowali jako jednorazowy wyskok. Tak było ze świetnymi „Zapiskami z nocnego dyżuru” Jacka Baczaka, który został za nią uhonorowany Nagrodą Kościelskich (w tym samy roku co Marcin Świetlicki). Wielka szkoda, że ten autor raczej niczego już nie napisze. Mam nadzieję, że nie pójdziesz w jego ślady?

Strasznie wkurza mnie mówienie, że ktoś już czegoś nie napisze, skończył się, będzie autorem jednej książki… Myślę, że raczej nikt nie wychodzi z założenia: „A teraz zrobię mały wyskok i zostanę autorem jednej książki!” Tak się po prostu układa. Może są po prostu ludzie przeznaczeni do napisania tylko jednej, wspaniałej rzeczy? Jak Harper Lee z „Zabić drozda”. Szczerze mówiąc o wiele bardziej szanuję takie podejście niż to polegające na masowej produkcji gównianych książek. I sądzę, że o wiele lepiej być autorem jednej książki niż dziennikarzem wygłaszającym takie sądy (to uwaga ogólna, nie personalna). A sama – owszem,  myślę! I pocieszam się, że w ten sposób odwalam już kawał roboty. Jest taka teoria głosząca, że pisanie składa się w dużej mierze z myślenia o pisaniu…

Z ust pisarzy często słyszymy frazę: „Piszę dla siebie”. Czy ty, jeśli piszesz dla siebie, piszesz dla siebie-krytyczki, czy dla siebie-czytelniczki?

Dlaczego wyposażyłeś mnie w tak małą liczbę statusów?! Nie wiem, pisząc nie myślałam o sobie ani o publiczności zgromadzonej na trybunach, po prostu pisałam, bo widziałam w tym sens. To, że nikt nie czekał na tę książkę, było w pewien sposób wspaniałe, wyzwalające. Nie musiałam się z nikim liczyć. Byłam też w odpowiednim okresie życie do napisania tej książki – na niczym mi nie zależało.

Tamara Mortus przejmuje rolę, którą przez lata zarezerwowana była dla bohatera męskiego – ćmy barowej, tytułowego nocnego zwierzęcia, które wyrusza w miejską dżunglę, wypuszcza się na alkoholowo-narkotykowe safari. Myślałaś podczas pisania o pionierskości swojej bohaterki?

Wyłącznie! A poważnie – rzeczywiście sporo o tym myślałam, ponieważ wyszłam od takiego założenia. Zawsze lubiłam czytać tzw. prozę używkową, czyli literaturę traktującą o różnych zatraceńcach, ludziach pogrążonych w nałogach, ale nie przypominam sobie, aby wśród nich były kobiety. Zaczęłam to postrzegać jako ważny problem: czy kobiety mogą realizować się tylko poprzez kogoś, czy potrafią występować tylko w roli opiekunek, nie potrafią świadomie i egoistycznie wybrać drogi ku samozagładzie? Chciałam to przełamać – stworzyć postać mizantropki, kobiety skonfliktowanej ze światem i samą sobą, która przechodzi przez wszystkie stacje mroku, aż dociera tam skąd nie ma drogi powrotnej. A przede wszystkim kobiety niezainteresowanej światem bliskich związków międzyludzkich, czy też takiej, która weszła w fazę obrzydzenia do tego świata i patrzy na to z perspektywy skamieliny. 

A zastanawiałaś się nad tym, że Tamara staje w jednym szeregu z bohaterami Lowry’ego, Jerofiejewa, Pilcha i wieloma innymi postaciami z klasycznych już dzieł?

Nie w sensie porównywania się z klasyką czy wyścigu. Wiedza o bogatej tradycji prozy alkoholowej była dla mnie po prostu punktem wyjścia do tego eksperymentu: czy da się stworzyć postać kobiecą na wzór tych słynnych męskich bohaterów?

Skoro jesteśmy przy odniesieniach. Parę razy podczas lektury przypomniałem sobie „Poszerzenie pola walki”. Tyle tylko, że o ile u Houellebecqa frustracja bohatera rzeczywiście się rozszerzała, stając się wyrazem społecznego oskarżenia, „Nocne zwierzęta” zdają się to pole walki zacieśniać do dramatu jednostkowego, osobistego.

Tu się chyba nie do końca zgadzam. Wydaje mi się, że ja w ogóle mam tendencję do postrzegania rzeczy jako konstruktów biologicznych i społecznych. Jeśli autor ma w ogóle coś do powiedzenia w sprawie interpretacji własnej książki, to ja bym właśnie w dużej mierze odczytywała „Nocne zwierzęta” jako oskarżenie społeczne. Społeczeństwo jest jak Bóg – za złe karze, a za dobre wynagradza, gra według opracowanych przez siebie, niesprawiedliwych reguł. To wielkie cielsko, które siedzi na człowieku i nie pozwala mu oddychać. Moja bohaterka nie może tego znieść. Poza tym wydaje mi się, że jest to książka w dużej mierze antyfeministyczna, pokazująca mielizny związane z wyzwoleniem kobiet i jednoczesną świadomość niemożliwości powrotu do rozwiązań konserwatywnych. Tamara jest tego świadoma i to stanie w rozkroku, jest przyczyną jej nieszczęścia. Przerażenie wolnym wyborem i jego oczywiste pragnienie – to bliska mi sytuacja, którą chciałam opisać.

Tamara jest socjopatką. Zatrzymując się na kolejnych stacjach swoistej drogi krzyżowej, którą jest jej dwudniowa (dwunocna) eskapada, ma okazję skrytykować kolejne aspekty współczesnego wielkomiejskiego życia. Jest jednak inna od wielu bohaterów, którzy snują podobnie krytyczne wizje. Jest sarkastyczna. Także wobec siebie samej. Nie lubi siebie. Ale czytelnik mimo wszystko czuje do niej sentyment. A autorka?

Dobrze słyszeć, że czytelnik czuje do niej sentyment. Ostatnio słyszałam raczej, że „nie można się z nią zaprzyjaźnić”. Moim zdaniem w pisaniu nie jest ważna sympatia dla bohatera, a fascynacja nim. Mnie Tamara fascynowała, przerażała i bawiła. Poszłabym z nią na imprezę.

„Życie jest niesprawiedliwe – Tamara odkryła głęboką prawdę, na której mogłaby zbić fortunę, gdyby tylko opublikowała ją w formie książki”. Ta ironiczna uwaga wpisuje się (czy świadomie?) w niedawny spór o społeczne funkcje literatury, w tym terapeutyczne. Kalicińska, która atakowała Karpowicza (a w jego osobie autorów „nie dających nadziei”), raczej nie byłaby „Nocnymi zwierzętami” zachwycona. ☺

Nie sądź po pozorach! Wydaje mi się, że każdy rodzaj literatury jest potrzebny i żadnego nie można deprecjonować. Jednak najbliższa mi literatura to taka, która spełnia funkcje przeciwne do terapii – nie koi, a niszczy. Lubię kiedy działa na mnie jak skalpel i ewentualnie uprzyjemnia operację na odsłoniętych nerwach poczuciem humoru. W celach rozrywkowych wolę obejrzeć serial albo polską komedię romantyczną.

(wywiad ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

wtorek, 10 czerwca 2014

LITERACKA MAPA EUROPY ŚRODKOWEJ - CETINJE (Danilo Kiš)


CETINJE (Czarnogóra, 42.38°N 18.92°E)

Sprawa zaczęła się chyba na Cetinju. Za moich czasów, w latach pięćdziesiątych, istniały o wiele lepsze warunki do nauki zawodu pisarza, było dużo więcej ułatwień dla czeladników literackich. Zwłaszcza na Cetinju. Jak panu wiadomo, deszcze padają tam miesiącami, przynajmniej wtedy tak padały. Oto jedno ze wspomnianych udogodnień: człowiek siedział w domu albo zaszywał się w bibliotece.

(Danilo Kiš "Życie, literatura")

Wikipedia: Cetinje is one of the rainiest towns in Europe with about 4,000 mm (157 in) of water sediment on the yearly basis.



 

poniedziałek, 9 czerwca 2014

SCHULZ W KOSMOSIE I INNE ODKRYCIA - Jan Gondowicz "Duch opowieści"

Jan Gondowicz należy, jak sam podkreśla, do „ginącego plemienia czytaczy”. Chodzi tu o coś więcej niż tylko przynależność do coraz mniej licznej grupy Polaków sięgających po książki. Chodzi o takie czytanie, które uprawia jeden czytelnik na tysiąc. O czytanie absolutne.

Jan Gondowicz wie o książkach wszystko, ponieważ poświęcał im należytą uwagę od wczesnego dzieciństwa; od kiedy tylko nauczył się czytać. Książki traktuje jak relikwie, nie dziwi więc jego nabożny stosunek do tekstu w wymiarze papierowym (według niego – jedynym możliwym). W znajdującym się w tomie Duch opowieści rozdziale zatytułowanym Rzecz Gondowicz przedstawia swoje wyznanie wiary, opowiadając, dlaczego nie pozbywa się najbardziej zniszczonych, niekompletnych, pożółkłych ze starości książek. Przywołuje Eden Stanisława Lema „w ordynarnym paperbackowym wydaniu Iskier z 1968” i historię tego konkretnego egzemplarza: „Znać po tej książce, kupionej niegdyś z chodnika, jazdy pociągiem, tłamszenie w plecaku, deszczowe ranki w schroniskach, kwadranse w wannie, okrutne igraszki domowych królików i kotów”. W książkach takich jak ta, zapisane jest życie jej właściciela. Czy takie – pyta Gondowicz – mogą być wspomnienia dotyczące tekstu zapisanego jedynie na ekranie komputera? Przecież „fizyczność książek zabarwia tekst i przenosi go w niezbadany wymiar”! Być może większość Mohikanów kultury współczesnej, czyli „papierowych czytelników”, współdzieli z Gondowiczem ów emocjonalny stosunek do książki. To jednak za mało, by stać się czytelnikiem na miarę autora Ducha opowieści. Czytelnikiem absolutnym, czytelnikiem na podobieństwo Gondowicza, zostaje się, gdy tak jak on przeszukuje się antykwariaty, by znaleźć w nich zakurzone, „wytrącone z obiegu książki”, które nigdy nie zostaną zdigitalizowane, gdy czyta się zachłannie, w wielu językach, najlepiej po kilka książek naraz, wreszcie – gdy czytanie staje się fascynującą pogonią za ukrytą tajemnicą („Ze wszystkich odmian czytania najwięcej emocji dostarcza czytanie treści zaszyfrowanych, a z lektur zaszyfrowanych – chwila, gdy palce łapią urwaną nitkę sensu, by odwinąć ją dalej”). I gdy – a to przytrafiło się chyba tylko Gondowiczowi – przeczytało się chyba wszystko (a może i więcej). Jan Gondowicz jako czytelnik absolutny jest czytelnikiem erudycyjnym, zajadłym deszyfrantem oraz nieubłaganym poskromicielem wszelkich literackich potknięć. Czyta dogłębnie, drobiazgowo i kontekstowo. I co chwila odrywa się od tekstu – zwłaszcza wtedy, gdy trafia na miejsca, w których „fikcja sięga w rzeczywistość” – wołając „Sprawdzam!”. A że zazwyczaj ma rację (czy ktoś się odważył sprawdzić Gondowicza?), w korespondencyjnym pojedynku z autorem „Ducha opowieści” przegrywają nawet takie umysły jak Eco. Poza tym wszystkim czytelnik doskonały posiada jeszcze jedną cechę. Potrafi o swoich lekturach opowiadać w zapierający dech w piersiach sposób.

Gdy Jan Gondowicz pisze „Zajrzyjmy do książki”, książkomaniaków ogarnia ekstaza. Oto bowiem czeka ich kapitalna lekcja interpretacji literackich – mało kto bowiem umie poddawać literaturę tak dogłębnej analizie jak autor Ducha opowieści. Buszujący w ogromnej bibliotece Gondowicz potrafi wyszukać ukryte połączenia między poszczególnymi tytułami. Połączenia nieoczywiste, zaskakujące, tajemnicze. Kto bowiem – oczywiście poza Gondowiczem – dopatrzyłby się związku między „Podróżami Guliwera” Swifta ze „Zdarzeniami na brygu Banbury” Gombrowicza? Gondowicz odkrył także sposób, w jaki zawołany realista Prus opisywał wstydliwe czynności swoich bohaterów (tak, w „Lalce” pojawia się nawet rozwolnienie!). Oraz wyśledził, co wspólnego mają powieści Gombrowicza i Orwella (i dlaczego są to szczury), z dzienników i listów Kafki wyłuskał przezabawne wątki walki z myszami (w Duchu opowieści sporo miejsca poświęca się gryzoniom, może dlatego, że „wszak żyje się, by hodować”, jak zauważa Gondowicz w zaskakująco prywatnym tekście zamykającym tom). Warszawski autor z empatią pisze o tym, jak Witkacego bolały zęby (znowu wyimki z listów), ze zdziwieniem zaś o profetycznych zdolnościach pisarzy, przechodząc od całkiem poważnych przykładów książkowego jasnowidzenia (opisanie zatonięcia największego statku transatlantyckiego na dwanaście lat przed faktyczną katastrofą Titanica) do rzeczy bardziej błahych, acz zabawnych – mało kto wie, że Tadeusz Boy-Żeleński z niemal stuletnim wyprzedzeniem przewidział, iż w Toruniu powstanie „źródełko radioaktywne”, a Kornel Makuszyński „przewidział” telefonię komórkową („Dzisiaj automatyczny telefon wygnał na bruk panny pracowite, jutro telefon bez drutu zgruchoce automat telefoniczny, a potem Lucyfer wymyśli taka maszynę, którą będziemy nosili w kieszonce kamizelki: kupiec z Gęsiej naciśnie ją, a kupiec z ulicy Piotrkowskiej w Łodzi odpowie: – Nu? Co jest?”). Gondowicz ma oko do takich perełek.

Wątki fantastyczne szczególnie interesują Gondowicza, który z lubością oddaje się swej literackiej pasji komparatystycznej, by w mało znanych książkach wyłowić interesujące go fragmenty. Na przykład w powieściach Słonimskiego, Morsellego, Rosendorfera i Glavinicia odnalazł wspólny motyw – pewnej nocy ze świata znikają wszyscy poza głównym bohaterem. Samo znalezienie takich perełek to niemały wyczyn. Ale dla Gondowicza to za mało – zestawia je ze sobą i dochodzi do zaskakujących wniosków: bohaterem każdej z tych powieści jest fajtłapowaty heteroseksualny biały mężczyzna w wieku średnim, nieżonaty, zamieszkujący miasto w Europie Środkowej, zaś niepełny koniec cywilizacji ma miejsce wyłącznie w czerwcu bądź lipcu. Być może to tylko przypadek. Ale takie właśnie przypadki pokazują dobitnie, że czytanie na sposób Gondowiczowski jest przygodą niezwykłą.

Autor „Ducha opowieści” rozprawia najczęściej o wielkiej trójce – Witkacym, Schulzu i Gombrowiczu. Z twórczości i biografii każdego z nich wyłuskuje szczegóły, które analizuje z taką pieczołowitością, że aż chce się zapytać, czy autorzy sami wiedzieli o sobie i o swoich utworach aż tyle. Opisuje chroniczny ból zębów Witkacego oraz jego stosunek do kotów, duchów i rewolwerów. U Gombrowicza odkrywa pierwszą w historii polskiej literatury próbę opisania propagandowej funkcji radia. Najwięcej miejsca poświęca jednak Schulzowi, który jest przecież „studnią tajemnic”. Zastanawia się między innymi, jakie byłyby dalsze dzieje Adeli i zauważa – bawiąc się w zastąpienie świata przedstawionego światem realnym – że bohaterka prozy Schulza z dużą dozą prawdopodobieństwa mogła zostać pasażerką feralnego rejsu Titanica (o katastrofie Titanica była już wzmianka, ale – pamiętajmy – u Gondowicza wszystko się łączy). Rozwiązuje też zagadkę Magdy Wang z „Księgi”, która – jak się okazuje – miała swój pierwowzór w postaci granej przez Astę Nielsen w jej filmowym debiucie, oraz odkrywa, że kataryniarze z tego samego opowiadania z upodobaniem grają melodię, którą w filmie „2001. Odyseja kosmiczna” nuci komputer pokładowy.

Ale Gondowicz nie jest jedynie poszukiwaczem zaskakujących powiązań, ukrytych znaczeń i literackich kuriozów. Potrafi także być złośliwy. Zwłaszcza wobec nieudolnych tłumaczy, niechlujnych redaktorów i korektorów, jak również wobec pisarzy, którzy nie spodziewali się, że ktoś zamierza przeczytać ich dzieła z taką dociekliwością, jak czyni to Gondowicz. „Kto i z jakiej racji zamiast autentycznych wizerunków ludzi żywych wciąż pcha w żłób czytelnikom polskim lipny dynamit >>komercyjnej fikcji literackiej<<” – zżyma się chociażby na Alistaira McLeana, który w Działach Navarony pozwolił sobie na kilka niedociągnięć. Z Gondowiczem trzeba uważać. Na baczności muszą się mieć zwłaszcza ci, którzy nie dowierzają w jego literackie odkrycia (niektóre z nich w istocie wyglądają na wymyślne fantasmagorie). Trzeba wówczas przypomnieć sobie, co Gondowicz pisze o autorze Kaputt: „Malaparte uchodzi za blagiera, lecz ilekroć go sprawdzić, potwierdza się dobra połowa”. Gondowicz przebija Malapartego. U autora Ducha opowieści potwierdza się wszystko.

Jan Gondowicz
„Duch opowieści”
Nisza, Warszawa 2014

(poszerzona wersja tekstu, który ukazał się pierwotnie w "Chimerze")

niedziela, 8 czerwca 2014

JAK NAJWIĘCEJ PRAWDY - wywiad z Michałem Witkowskim



W roku 2005 w jednym z wywiadów udzielonych po premierze ”Lubiewa” na pytanie „Co stanowi dla Michała Witkowskiego tabu?” odpowiedziałeś: „Nie powiem nic oryginalnego: śmierć i umieranie”. Czytając późniejszą o dziewięć lat powieść, trudno uwierzyć, że napisał ją człowiek, który wypowiedział takie słowa. Co się zmieniło?

Mam tendencję do przełamywania swoich tabu. Umieranie pozostaje aktualne. Boję się osób w agonii, a one wiedzą, że inni się ich boją i że umiera się w samotności. Że inni patrzą jak na zadżumionego. Co do śmierci, czyli momentu, w którym serce staje – można ją już zobaczyć na YouTube. Cała reszta to wynik tego nie zabicia serca. I tu zaczyna się to, co ciekawe: zmiany pośmiertne. To mnie fascynuje. Przełamanie tego tabu dało mi wiele satysfakcji.

Jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że zmiany opadowe mogą być fascynujące. Przynajmniej w realu. W fikcji – jak najbardziej. Widziałbym nawet takie hasła na okładce twojej powieści: „Obrzydliwa, perwersyjna, nekrofilska… Musisz to przeczytać!”

Ach, plamy opadowe, powiadasz? Bardzo ciekawe. Smugi dyfuzyjne. Wyciekliny gnilne. Po prostu okazuje się, że póki człowiek żyje, nie działają w nim podstawowe prawa fizyki, woda (a więc i krew), która jest ciężka, jakimś cudem krąży, zamiast podlegać grawitacji i opadać. Wszystko się cały czas rusza i pulsuje. Niby o tym wiemy, ale jak się zobaczy te kałuże na dnie trupa, to... No, w sumie odkrycie.


„Zbrodniarz i dziewczyna” jest powieścią pełną śmierci, trupów i sekcji zwłok opisanych z drobiazgową dokładnością. Jak wyglądał research do książki? Byłeś na sekcji? Rozmawiałeś z grabarzami?

Byłem na całym mnóstwie sekcji, sam kroiłem, rozmawiałem z grabarzami, mafiozami od firm pogrzebowych, babciami klozetowymi pracującymi w WC przylegającym do kaplicy na cmentarzu, z facetami od tranatopraksji (upiększanie trupów), z patomorfologami, z facetami od piłowania kości i czaszek, z policją i prokuraturą, rzecz jasna, z facetem, który gra podczas pogrzebów na skrzypcach...

Czego dowiedziałeś się o tych ludziach? Czy obcowanie ze śmiercią jakoś ich zmieniło? Czego żywy może nauczyć się od zmarłego?

Niczego, niczego, kompletnie niczego, choćby zjadł tego trupa w całości! Problemy żywych, omawiane nad trupem podczas krojenia, pokazane są w książce: promocje, przeceny, zbliżające się święta... Oni są tak żywi, że już bardziej się nie da!

A jakie miałeś chody w policji?

Miałem wielkie chody w policji, a przede wszystkim pięciu stałych policjantów na co dzień zajmujących się dochodzeniami w sprawach morderstw. Albo zabójstw. Nigdy nie zrozumiem, na czym polega różnica prawna.

Praca w policji to twoje niespełnione marzenie z dzieciństwa? Inspektor Michaśka?

Nie. Policja fascynuje mnie, bo może zauważyłeś, że ze szczególnym upodobaniem robię wywiady z przedstawicielami męskich, najlepiej umundurowanych zawodów, takich jak strażacy, tirowcy (munduru brak), mafiozi itd. Wiesz, że lubię poprzestawać z „prawdziwymi mężczyznami”, chociaż pod pozorem, że to do prozy. Ale o pracy w policji nigdy nie marzyłem. Natomiast jako autor kryminałów, pewnie będę z policją coraz bardziej za pan brat.

Odnoszę wrażenie, że bardziej od pracy inspektora śledczego interesuje cię zgłębianie psychiki mordercy. Łatwo ci przyszło wykreować Zbrodniarza?

Psychika mordercy to chyba konik każdego autora kryminałów. Oglądałem setki filmów dokumentalnych o seryjnych mordercach i doszedłem do wniosku, że chyba jednak z zabijaniem jest tak, jak z uzależnieniem. Nie chcesz, ale „samo znów się stało”.


Powieściowy Michał Witkowski dobrze się czuje w roli ofiary, inaczej niż Panna z filmu Nasfetera „Zbrodniarz i panna”. Na ile ten rys charakteru powieściowego Witkowskiego jest tożsamy z twoim?

Nie do końca wie, że jest ofiarą. Widzi, że morderca zabija innych, ale nie jest pewien, czy został przeznaczony „na deser”. Raczej nie jest zachwycony wystawianiem go na wabia. Co do mnie, ja nie jestem typem ofiary. Jestem dosyć męski psychicznie, wbrew temu, co by się zdawało.

A, przepraszam, co by miało się zdawać?

No, że Witkowski to taka ciotka, w sumie - baba. Może zewnętrznie, ale charakterek twardy jak stal.

W których miejscach biografie Witkowskich, twoja i twojego bohatera, są najbardziej zbieżne, a w których się kompletnie rozjeżdżają?

Realia są jeden do jeden. Moje mieszkanie, moja dzielnica we Wrocławiu, moje ciuchy na mnie, Paula jak żywa... Akcja zmyślona. Jest taka zasada podczas przesłuchania: jeżeli chcesz kłamać przekonująco, tam, gdzie się da, mów prawdę. Jak najwięcej prawdy.

Ale taka strategia – jeśli nie jest marketingowym blefem – otwiera drzwi różnego rodzaju psychofanom. Chciałbyś mieć czytelników gotowych na wszystko? Nawet na najgorsze?

Mam pełno świrów, hejterów itd. Nie przepadam za nimi.

Co innego hejterzy, a co innego psychofani. To wszak najwyższa forma uwielbienia! Są niewygodni, ale cóż – przecież to niemal miara talentu. Nie masz psychofanów – nie istniejesz. A co, wolałbyś groupies?

Groupies mam. Miałem kiedyś psychofankę, oczywiście gdzieś w Jaworznie (oczywiście, bo zawsze tam się pojawiają największe odpały). Wiesz, że czasami po prostu się boję, że ktoś podejdzie na targach książki i obleje mnie kwasem? Już mnie opluli, pochlapali farbą, uderzyli...

Akcja powieści rozgrywa się we Wrocławiu i – przez moment – w Międzyzdrojach. Pojawiają się w niej bohaterowie z „Lubiewa” i „Drwala”. Lubisz wracać do sprawdzonych rzeczy? Nie kusi cię zrobienie czegoś kompletnie innego, nowego?

Nie chcę nowego. Chcę, aby w każdej powieści dochodził ktoś nowy (jak tu Studencina) i już zostawał w moim świecie na zawsze, powracał w następnych powieściach. Zasada „Pana Samochodzika”...

Tę dychotomię starego i nowego, niezmiennego i dynamicznego oddaje (nie)stałość miejsc, w których rozgrywa się akcja – Międzyzdroje są wciąż takie same, zaś Wrocław (pomimo tego, że pikiety jeszcze istnieją) zmienia się diametralnie. Nie żal ci tamtego Wrocławia, który przeobraził się w szklano-plastikowe Miasto Spotkań?

Radni Wrocławia, prezydent Dudkiewicz i kto tam jeszcze decyduje, nie mają podejścia nostalgików, tylko polityków, dla nich liczą się wyniki, którymi można się pochwalić. Szwajcarom np. do głowy by nie przyszło, żeby cokolwiek zmienić w Zurychu czy Bernie. Przecież taki krajobraz miasta już wpisał się w pamięć i to należy szanować. Centra handlowe można zbudować na polu pod miastem, a stare uliczki muszą być idealnie zachowane.

W „Zbrodniarzu i dziewczynie” dużą rolę odgrywa kreowanie przedwojennej atmosfery. Pozazdrościłeś Markowi Krajewskiemu?

Kocham prozę Krajewskiego i zazdroszczę mu talentu od zawsze! Kocham przebywać w tym jego starym, brudnym i zepsutym Wrocławiu. Sam tak nie potrafię pisać, mam inny rodzaj talentu, ale musiałem, po prostu musiałem oddać hołd temu miastu!


Tytuł powieści uległ zmianie w ostatniej chwili. Dlaczego zrezygnowałeś z „Herminy” (tego tytułu trochę mi żal – wprowadzał atmosferę retro i kierował czytelnika ku pewnym tropom w powieściowym śledztwie) i zdecydowałeś się na mocno filmowy tytuł?

Mnie się też „Hermina” bardziej podobała, ale wydawnictwu nie. A że nie miałem nic przeciwko „Zbrodniarzowi...” to uległem. Tyle tylko, że ten tytuł kładzie nacisk na Międzyzdroje.

„Zbrodniarz i dziewczyna” to twoja propozycja?

Oczywiście, to był pierwszy tytuł. Potem wymyśliłem Herminę, a potem wróciłem do tytułu pierwotnego.


Pozostańmy przy zmianach – czy zmienia się dzisiejsza literatura? Znika przecież podział na literaturę wysoką i niską (ale czy „Zły” nie był przykładem doskonałego połączenia tych grup?). Już chyba tylko Myśliwski pozostał pisarzem „staroświeckim”. Po nim raczej nie należy spodziewać się kryminału.  

No, zawsze byli tacy, co łączyli. Szekspir czyli tematy jak z tabloidów. Kryminały Dostojewskiego... Bardziej stawiałbym na nowatorstwo w tym, jak się zachowuję.

„Zbrodniarz i dziewczyna” to nie tylko kryminał. To także, zwłaszcza na początku, love story („Michał Witkowski zaprasza do siebie miłość i otwiera jej szeroko swoje niemal czterdziestoletnie (ale po remoncie!) podwoje”). Ale też widzę tu powieść przygodową w rodzaju Niziurskiego czy Bahdaja, choć dużo bardziej mroczną. Czy takie hybrydy gatunkowe są przyszłością literatury?

Nie mam pojęcia. Kryminał jest o tyle wygodny, że wchodzi w łatwe związki z innymi gatunkami.

A co z czytelnikiem? Czy wychowany na popkulturowej papce człowiek zdolny jest wyłapać wszystkie niuanse twojej powieści? Mogę się mylić, ale ktoś, kto zna Witkowskiego z Pudelka, raczej nie będzie entuzjazmował się kulturowymi mrugnięciami oka (Jelinek, Faliszewski, „Antygona w Nowym Jorku” i Katarzyna Kozyra).

Ależ ci ludzie, którzy znają mnie jako blogera modowego i szafiarza, wcale nie muszą czytać nic. Musisz zrozumieć, że ja nie robię tego po to, aby nabrać nowych czytelników, tylko aby uciec z nużącego świata literatury.

Ejże, w to akurat nie uwierzę – bez literatury byś usechł. Bez pisania i bez czytania.

Ale również bym usechł tylko czytając i pisząc. Ja muszę być gwiazdą. A gwiazda jest do oglądania.

Znam sporo osób, które przyznają, że twoja „pozaliteracka” działalność robi krzywdę twoim powieściom, że promocyjne (?) metody Witkowskiego, którego bardzo cenią jako pisarza, są dla nich nieakceptowalne. Co im odpowiesz?

Niech się zajmą sobą i swoim życiem. Szewc robi buty i od tego, że ten szewc chodzi też na imprezy, te buty nie będą ani lepsze, ani gorsze. Ale na targach książki to jednak do celebrytów ustawiają się największe kolejki, więc może mi to jednak wyjdzie na dobre.

Nakładowo tak, a wizerunkowo? Dużo mówiłeś o przestarzałym stereotypie pisarza-inteligenta – przygarbiony, w okularach, w szarym sweterku i szarym garniturze, śmierdzący bibliotecznym kurzem. Ale, jak się okazuje, nie wszyscy są gotowi na tak drastyczną zmianę imidźu, jaką zaproponowałeś. Jak sądzisz – istnieje w czytelnikach jakaś granica dopuszczalności wyglądu i zachowania pisarza?

Boże, nie wiem, nie zastanawiam się nad tym. Widzisz, robię to, co chcę, bo to jest moje życie i jak nie spełnię się teraz, to po czterdziestce (czyli za rok) będzie już coraz trudniej. Będę to robił nawet, gdybym miał z tego powodu stracić część „targetu”.


Czy dzisiaj pisanie książki kończy się na postawieniu ostatniej kropki? Czy może właśnie wtedy jej życie dopiero się rozpoczyna?

U mnie na postawieniu ostatniej kropki, ponieważ ja chcę też zapomnieć o książce i po prostu dobrze się bawić. Nie przesadzajmy z tymi książkami.

Zaczęliśmy od tabu, na tabu zakończmy – co dzisiaj jest dla ciebie tabu?

Bieda. Umieranie. Kupa. Niewydepilowane pachy. 

(wywiad ukazał się pierwotnie w "Chimerze")