piątek, 23 stycznia 2015

"NIE MA JUŻ STRACHU PRZED LATANIEM" - rozmowa z Ingą Iwasiów


Czytała pani komentarze pod recenzją „W powietrzu” na Onecie?
Na Onecie? Chyba nie.

Dawno nie czytałem tak nienawistnych, wulgarnych opinii. Nikt z komentujących książki nie czytał. Wystarczył im opis, by wszcząć „moralną krucjatę”. Nie wiem, czy to dobrze, że o tym powiedziałem, bo teraz pani sprawdzi. 
Nie, nie sprawdzę, już się nauczyłam tego, że nie należy szukać emocji negatywnych na różnych forach. A pisząc tę powieść, przecież wiedziałam, co robię, przewidziałam możliwość wulgarnych komentarzy.

Większość tych komentarzy była pisana przez kobiety...
(westchnienie) Nie chciałabym zaczynać od protekcjonalnej uwagi,  że mamy do czynienia z fałszywą świadomością kobiet. Programowo wyłączam takie oceny, ponieważ jestem nauczycielką akademicką i muszę mieć w tej sprawie jakiś program. Nie nawracać ludzi i nie mówić im, że są mądrzy, głupi, wrażliwi, niewrażliwi. Po prostu staram się w ogóle nie oceniać innych ludzi z wyższościowych pozycji. Ta zasada dotyczy również komentatorów wszelkiej maści. Nie pierwszy raz mi się zdarza, że mam do czynienia z takimi opiniami, które najczęściej nie są poparte ani znajomością tekstów, ani znajomością mojej działalności, ani nawet znajomością ze mną, choć tutaj można by postawić znak zapytania: czy ten obszar hejtu nie jest też obszarem możliwych reakcji na sprawy osobiste.

Mówimy o komentarzach internetowych, gdzie można się ukryć pod anonimowym nickiem. Ostatnio pojawiła się natomiast pewna sprawa...
Poli Dwurnik zapewne.

Tak. Tu komentatorami są osoby, o których można by pomyśleć, że są artystycznie i intelektualnie wyrobione, a popadają w ten sam ton. Mentorski.
Tak. I tu znów mogłabym posłużyć się stereotypem i powiedzieć, że o dziwo wypowiada się więcej mężczyzn ze świata artystycznego, pisarskiego w bardzo protekcjonalny sposób. W ogóle nie dopuszczając do siebie myśli, że mamy do czynienia z jakąś kreacją, niekoniecznie ze szczerą opowieścią, z jakąś konstrukcją narracyjną, a nie prawdą o Poli Dwurnik. Faktycznie jest jakieś podobieństwo. Czytałam już jej nowy felieton i pomyślałam, że będzie kolejna okazja do tego, żeby Poli Dwurnik mocno przyłożyć. Ocenianie kobiety przychodzi wszystkim łatwo. Fakt, że ocenianie innej kobiety przychodzi łatwo także kobietom, jest bardzo interesujące. Dzisiaj, korzystając z dnia spędzonego w Łodzi, byłam na wystawie Ewy Partum. Jej wypowiedzi z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które powinny być, wydawałoby się, nieaktualne –  wypowiedzi dotyczące kobiety w świecie, kobiety w sztuce, kobiety w społeczeństwie –  znakomicie pasują do sprawy Poli Dwurnik. To co Partum mówi pre-feministycznym językiem o tym, że jeśli kobieta chce być szczera, chce zaistnieć w świecie sztuki, chce się wypowiedzieć, musi najpierw przebić mur konwencji społecznych, w których jest umieszczona. W zasadzie konflikt między normą społeczną a potrzebą ekspresji jest konfliktem nierozwiązywalnym. I tak jak nagość w galerii sztuki szokowała czterdzieści lat temu, tak dziś powiedzenie czegoś, co wygląda na opis swobodnego życia poza galerią naraża kobietę na ataki.

Bohaterka powieści „W powietrzu” jest po trosze taką Polą Dwurnik.
Tak, trochę tak. Nawet chwilami posługuje się infantylnym językiem, oczywiście wziętym w narracyjny cudzysłów, lecz jednak pisze naiwne wiersze, cytuje naiwne wiersze i czasem nazywa rzeczy w sposób kwiecisty. Więc rzeczywiście mogłaby być bohaterką na wzór podmiotu felietonów Poli Dwurnik, gdyby nie to, że wymyśliłam ją wcześniej.

Chciałem jeszcze wrócić  na moment do przykrego wydarzenia, kiedy wykluczona panią z kapituły nagrody Gryfia za, jak to określono, psucie wizerunku. Czy to samo środowisko nie uzna teraz, że „W powietrzu” psuje wizerunek poważnej akademiczki?
Mój wizerunek, moja decyzja. Jeśli instytucja, jaką jest nagroda literacka, uznała, że ja mogę psuć jej wizerunek, to oczywiście nie rozumiała tego, czym jest nagroda tak pomyślana, jak pomyśleliśmy ją wspólnie z tymi, którzy potem bali się o swoją reputację, ale jednak z moim znaczącym, a nawet przeważającym udziałem. Czyli nagroda dla autorki, za której koncepcją stało ileś lat mojej pracy i doprecyzowywania tego, czym ta literatura kobieca w Polsce jest. Oczywiście rozumiem intencje pana pytania i zupełnie też serio odpowiedziałam, że jeśli ta powieść psuje mój wizerunek, biorę takie ryzyko na siebie, na moich warunkach. Oczywiście wulgarne komentarze nie są wymarzoną przez autorkę reakcją, naruszają moje tak zwane dobra osobiste. Nie wszystko można kontrolować. Natomiast ja swoją obecność w literaturze rozumiem jednak jako fach ryzykowny, jako gest ryzykowny. I właściwie pewnie o każdej mojej książce można by powiedzieć, że była mniej lub bardziej ryzykowna, oczywiście o tyle mniej, że może faktycznie rzadziej balansowałam na granicy powagi akademickiej. Chociaż pisałam wiersze erotyczne i opowiadania o ciemnych emocjach. Tym razem miałam ochotę pójść na całość. Uznałam, że nie muszę ostrożnie rozglądać się czy bronić swojej pozycji. Bez minoderii: mam mocną pozycję w nauce i staram się ją umacniać dobrą pracą. A deprecjonować mnie jako pisarkę, przy okazji jako nauczycielkę akademicką zawsze można było. Nawet z okazji opublikowania poważnej i pozbawionej wątków erotycznych powieści „Bambino” odzywały się gnomy z uwagami „kto tej pani dał profesurę?”. Poza tym nie chodziło mi o prowokację. Sam gest prowokacji jest gestem pustym w dzisiejszym świecie. Natomiast bycie narratorką nieoczywistą wydaje mi się wciąż możliwe i atrakcyjne. Raz więc piszę o rozpaczy, a kiedy indziej o rozkoszy.

W  jednym ze wcześniejszych wywiadów powiedziała pani, że pierwsze czytelniczki uznały te powieść za nadto fantastyczną.
Tak, „W powietrzu” na pewno nie jest powieścią realistyczną, którą można by uznać za dziennik kobiety spełnionej, jak chciał tego wydawca, ponieważ nagromadzenie zdarzeń w życiu mojej bohaterki jest nierealne. Zdarzeń, które są ciągiem satysfakcji seksualnych. Jak powiedział jeden z moich przyjaciół krytyków, moja bohaterka nie da się polubić, bo ma więcej orgazmów w jednym rozdziale niż niejedna osoba przez rok. No i w tym sensie jest to powieść nierealistyczna, fantazja na temat spełnionego, przynajmniej seksualnie, życia. Chociaż myślę, że w ogóle życia spełnionego. Próbowałam, nie używając tonu poważnego, zastanowić się  nad tym, jak żyjemy i kim jesteśmy. Nie tak jak moja spełniona bohaterka.

Czyli w tym przekroczeniu realności, dotyczącym rozbuchanej seksualności, byłoby to spełnienie norm powieści erotycznej, bo tak ta powieść jest chociażby przez wydawcę określana.
Oj, to na pewno jest także powieść erotyczna według mojego wzoru i nie chcę uciekać przed takim określeniem gatunkowym. Powieść erotyczna pisana w kontrze do popularnej powieści erotycznej. Choć z drugiej strony – sama to komplikuję – powiedziałabym, że moim zdaniem dająca się czytać w takiej funkcji, jaką ma spełniać popularna powieść erotyczna: można się nią lekko ekscytować i bawić. Ale jest w kontrze w takim sensie, że jednak, choć ma optymistyczny ton, nie prowadzi nas po sznurku do spełnienia, które oferują nam zwykle powieści erotyczne, czyli do życia szczęśliwego, do ślubu z komedii romantycznych, do ułożenia sobie życia. Powieści erotyczne, jako część wypowiedzi popkulturowych, często nas do tego właśnie podprowadzają. Oferując rzekome naruszanie norm, tak naprawdę prowadzą nas z powrotem do normy. W swojej powieści próbuję pokazać, że bez jakiegoś specjalnego programu możliwa jest do pomyślenia  biografia, w której normy są po prostu nieobecne. Nie muszą być naruszane, bo są po prostu nieobecne.

Przeczytałem kilka recenzji tej książki i jestem mocno skonfudowany, bo oto w jednej recenzent zżyma się na bohaterkę za jej rozpasanie, w drugiej zaś ktoś narzeka, że nie ma w niej nic pikantnego. Czy ten dualizm nie jest znakiem naszych czasów? Z jednej strony jesteśmy bombardowani erotyką, a z drugiej chcą nam zakładać moralny kaganiec.
Tak, myślę, że to bardzo celne sformułowanie. Żyjemy w takim właśnie schizofrenicznym świecie, w którym z jednej strony mamy pornografizację kultury, a z drugiej strony mamy nowy purytanizm, przywoływanie nas do porządku, straszenie seksualnością, dyskurs antygenderowy, który jest częścią tego zjawiska. Mogłabym próbować podejść krytycznie do recenzji, które są krytycznymi odpowiedziami na moją powieść, ale  myślę, że większość tych recenzji jest po prostu świadectwem konfuzji, w jakie ta powieść wpędza. Ja się z tego bardzo cieszę. A swoją drogą – jaką bardziej pikantną powieść znają autorki i autorzy recenzji? Chętnie przeczytam.

Rzeczywiście, te recenzje często rozpoczynają się zdaniem: „Mam z tą książką problem”.
Właśnie. No i bardzo dobrze, powieść była pomyślana jako nieoczywista. Pozornie jest powieścią o dość swobodnie podchodzącej do seksu kobiecie. Ustępstwo Iwasiów na rzecz popkultury. Ale ja jednak, choć tego wprost nigdzie, w żadnych wtrętach narracyjnych nie rozwijam, próbuję dialogować z różnymi powieściami, które ukazały się w ostatnim czasie, z różnymi nastawieniami, poglądami, stereotypami. I w związku z tym pewnie jest tak, że w zależności od tego, w jakim nastroju ktoś ją czyta, czego się spodziewa, czy od jakiego miejsca zaczyna, taką też powieść widzi. Dla jednych jest to powieść o biednej, nienasyconej, samotnej kobiecie, a dla innych jest to powieść nieprzyzwoita. Jedni mówią, że jest to powieść o spełnieniu, a drudzy, że o niespełnieniu. Jedni że popularna, inni że feministyczna. W moim zamierzeniu miała być krytyczna, dialogiczna i zabawna.

Z jakimi modelami powieści, czy też z konkretnymi tytułami, wchodziła pani w dialog?
Przede wszystkim w samym tytule jest nawiązanie do powieści Eriki Jong „Strach przed lataniem”, powieści z początku lat siedemdziesiątych, Sam tytuł „W powietrzu” oznacza, że nie ma już strachu przed lataniem. Oczywiście jest to odległe nawiązanie, ale o tyle ważne, że wyznacza moją feministyczną tradycję. Pisałam o seksie i o kobiecości, by opowiedzieć coś ważnego na temat usytuowania kobiet dzisiaj. Unieważniłam wstępnie istnienie „strachu przed lataniem”. Oczywiście wiem, że strach istnieje. Oczywiście wiem, że wiele otwartych w latach siedemdziesiątych pytań nie znalazło do dzisiaj odpowiedzi, dołączyła do nich  panika moralna, która wiele odpowiedzi zawiesiła czy nawet cofnęła. Ja tego programowo, w powieści, nie przyjmuję do wiadomości, zakładam, że bohaterka robi, co chce bez poczucia winy. Ktoś by mógł powiedzieć: „Ale cóż to za odkrycie Ameryki w XXI wieku!”. A jednak okazuje się, że takie banalne założenie sprawia wrażenie utopii.

A nawiązania do polskich powieści? „Ości” Ignacego Karpowicza?
„Ości” Karpowicza oczywiście przeczytałam przed napisaniem mojej powieści. Tak, próbowałam  wejść w dialog i z „Ośćmi”. Bo z jednej strony Karpowicz opisuje też pewną utopię, próbuje  prognozować, pokazać, że będzie taka nieodległa przyszłość, kiedy wszystkie zakłamane konfiguracje społeczno-erotyczne unieważnimy i możliwe jest otwarcie nowego etapu związków międzyludzkich opartych już nie na mieszczańskiej hipokryzji, która ma się nadal dobrze, tylko na negocjacjach. Kiedy przeczytałam tę powieść, zrozumiałam, że zasadniczy problem diagnozy polega na tym, że ludzie są z jednej strony  emocjonalni, zaś z drugiej popędowi. A jeszcze z trzeciej strony  budują związki na zastanych scenariuszach kulturowych. Te scenariusze kulturowe zakłócają wizję wolności, którą rysuje Karpowicz. Mówiąc już najprościej, żeby tej sprawy nie zostawiać niedomkniętej, istnieje coś takiego jak zazdrość, o której naturę możemy się spierać, ale ona w moim przekonaniu zakłóca na przykład ideał związku poliamorycznego. Dlatego w finale mojej powieści w zakładam nieheteronormatywny związek: bohaterka ma dwoje partnerów – kobietę i mężczyznę. Ale warunkiem zaistnienia tego trójkąta jest to, że osoby grające w nim główne role znajdują się w dużej odległości geograficznej od siebie. Oczywiście pośrednio odpowiadam na konfigurację Karpowiczowską. Groteskowo i bliższej rzeczywistości społecznej. Okej, jestem za nieheteronoratywnością, wolnością i negocjacjami w miejsce przymusów, ale jestem też realistką.

Gdybyśmy chcieli nawiązania do innych dzieł też ułożyć w trójkąt, to brakuje nam jeszcze jednego wierzchołka. Była Erica Jong, był Karpowicz, to może jeszcze Houellebecq?
Oczywiście, jak pewnie każdy w ostatnich latach, czytałam Houellebecqa i zżymałam się na diagnozę, iż permisywizm wróży zagładę.  Moja odpowiedź jest przecząca – nie musi wróżyć zagłady, zaś ton etyczny Houellebecqa nie musi być obowiązujący. Więc nawiązanie istnieje, ale też w odwróceniu, bo chciałam, żeby moja powieść była przede wszystkim śmieszna. Co jest też odpowiedzią na powagę Houellebecqa. Ale nie chciałabym przypisywać „W powietrzu” tych wszystkich  kontekstów i podchodzić z trochę nadętą powagą do własnych zamiarów. Bo jednak pisząc powieść odczuwałam dużą frajdę i chciałabym też, żeby była czytana najpierw jako coś zabawnego, coś co raczej przekłuwa balon powagi wokół seksualności i nieco nas może ośmiela. Swoją drogą to jedna ze strategii pisarstwa feministycznego. 

Główna bohaterka „W powietrzu” mówi w pewnym momencie o jednym ze swoich partnerów: „Każdy powinien mieć jedną taką stratę, żeby o niej gadać”. Czy tę wypowiedź można odnieść do historii polskiej literatury, która nie przerobiła chyba do tej pory tematu seksualności?
Odpowiedź jest skomplikowana, ale i prosta. Uczestniczyłam w wielu dyskusjach na temat literatury erotycznej. Na dodatek „W powietrzu” nie jest moją pierwszą  książka próbującą się mierzyć z językiem erotyzmu. W „Smakach i dotykach” było tego sporo, oczywiście w zupełnie innych rejestrach, seks był tam raczej dramatem, a teraz za wszelką cenę chciałam, żeby nie był dramatem. Ale biorę udział w dyskusjach i nieustannie słyszę, że jest jakiś problem z polszczyzną i erotyzmem, że ten temat jest trudny poprzez brak tradycji, że nie mamy prozy erotycznej, jak choćby we Francji. Zastanawiam się, czy ten brak istnieje w języku,  czy może w głowach? Można sądzić, że to jest to samo, ale sądzę, że nie. Problem z pisaniem o seksualności nie jest taki, że mamy trudności z układaniem odpowiednich metafor, tylko właśnie z tym, żeby zawiesić metafory i spróbować po prostu opowiedzieć tak, jak się o tym myśli w trakcie. Zrobić sobie takie ćwiczenie, które będzie stylistyczne, ale też mentalne. Czy jesteśmy w stanie tak pisać, jakbyśmy uprawiali miłość? Być może problem – który jest problemem literatury polskiej – jest w naszej obyczajowości i w naszych głowach. Z zainteresowaniem czytałam książki, które powstawały w ostatnim czasie, choćby prozę Wojciecha Kuczoka, Konrada Kędera czy Grażyny Plebanek. I za każdym razem miałam wrażenie, że problemem stylistycznym jest w nich pojemność cudzysłowu. Jego rozszerzanie lub ścieśnianie. Polscy autorzy stosują wielki cudzysłów wówczas, kiedy piszą o seksie, a kiedy z cudzysłowu rezygnują – tracą, że tak powiem, grunt.

Przypomniała mi się jeszcze jedna powieść, którą czytałem dość dawno ją i nie pamiętam, czy ten cudzysłów w niej był, ale chyba nie. To „Mała pornografia” Dariusza Bitnera.
Tak, to by burzyło moją definicję tego, że cudzysłów generalnie przeszkadza, bo czasem brak cudzysłowu też może przeszkodzić.

Właściwie nie do końca się zgadzam określeniem „W powietrzu” jako powieści erotycznej. Widziałbym w niej raczej powieść obyczajową, która obrazuje kilka dekad z historii naszego kraju poprzez kontekst seksualności. Okazuje się, że wybujały peerelowski seks równoważył zniewolenie ideologiczne. Uwalniał jednostkę spod władzy systemu.
Tak, to jest paradoks. W tamtych czasach słuchało się Martyny Jakubowicz, „W domach z betonu nie ma wolnej miłości”, ale jak się zaglądało do tych domów z betonu, było całkiem sporo wolnej miłości i nie chodzi tylko o pokłosie ideologii hippisowskiej w wersji wschodnioeuropejskiej. Seksualność była mniej obecna w dyskursie publicznym. Komunizm, estetyka i moralność socjalistyczna miały rys purytański. Może z powodu tej purytańskiej obyczajowości – że praca, a nie przyjemność – nikt publicznie nie rozważał „grzechów” narodu, nie wchodził ludziom do łóżek. Owszem, na zdradę męża można było się poskarżyć Radzie Zakładowej czy POP, ale artykułów w gazetach na temat epidemii rozwiązłości nie publikowano.  „Make love not war” – w wersji bloku wschodniego brzmiałoby „kochaj się, nie tylko pracuj”. Na początku lat osiemdziesiątych, przed stanem wojennym, w DKF-ach oglądało się „Emmanuelle”. Traktowaliśmy te seanse  jako gest wyzwalający,  polityczny. Dziś natomiast, choć pornografia jest wszechobecna, jednocześnie nieustannie w dyskursie publicznym mówi się, co jest normą, a co nie. I w tym sensie zabiera się nam, zawłaszcza naszą prywatność. Gdy pisałam „W powietrzu”, było dla mnie ważne, żeby pokazać tę różnicę. Że ludzie zawsze byli w swojej prywatności o wiele, by tak rzec, nowocześniejsi. Nie wiem, to chyba nie jest dobre słowo, bo przecież, kiedy mówimy o seksualności, mówimy o czymś, co wiązało ludzi od zarania. Trudno powiedzieć, gdzie się zaczyna ten moment polityczny, nie chciałabym tutaj przywoływać Foucaulta, ale jakoś tak jest, że gdy nam się instytucjonalizuje seksualność, jednocześnie zabiera nam się jakiś kawałek wolności, być może coś, co jest częścią człowieczeństwa, choć takie sformułowanie dla mnie samej brzmi nieco niebezpiecznie fundamentalistycznie. 

Zwrot polityczny.
Tak, zwrot polityczny, który jest zwrotem antyseksualnym.

Bohaterka powieści mówi w pewnym momencie, stosując liczbę mnogą i stając się w pewnym sensie wyrazicielką całego pokolenia: „My dzieci milczących rodziców, dziedziczyliśmy pijaństwo, nieszczęście, biedę, byłyśmy potomkiniami cichych bohaterów licznych porodów. Nasi chłopcy potomkami obdarzonych ułańską fantazją hazardzistów”. Czy to znaczy, że to naznaczone klęską pokolenie nadrabiało seksem wszystkie braki?
Trochę tak jest. Choć oczywiście ja z każdego zdania tej powieści z trudem bym się tłumaczyła, bo ona faktycznie była pisana na  ciągu przyjemnościowym. Myślę, że zdanie, które pan z niej wyławia, jest raczej nietypowe. Przez tę powieść prześwituje wszystko, co napisałam w poprzednich swoich tekstach. Także ta bohaterka i ci bohaterowie, których sobie wymyśliłam  na użytek poprzednich powieści. Są oni bohaterami ukształtowanymi  przez swoją pokoleniowość, przez swoją historię. Więc nie będę tego zdania na siłę bronić, być może ono nie powinno się było tutaj znaleźć, bo jest jednym z nielicznych takich zdań, w których próbuję właśnie coś oceniać, gdzie interweniuję jako narratorka i próbuję powiedzieć, co należy myśleć o skutkach i przyczynach życia w określonej epoce. Reszta dzieje się właściwie w tych dynamicznych spotkaniach bohaterki z różnymi ludźmi. Ale pewnie tak, pewnie taka też jest ta moja diagnoza, o której też myślę jako o swojej biografii, bo na pewno należę do tego pokolenia, w którym faktycznie o wielu rzeczach w domach się nie mówiło, z powodu cieni przeszłości. Jednocześnie faktycznie było coś takiego, co można by nazwać otwieraniem się,  czy wyszarpywaniem sobie wolności. Ale można się spierać, czy ono dokonywało się faktycznie dopiero w moim pokoleniu, czy już wcześniej. Myślę, że  przynajmniej dekadę wcześniej.

Z jednej strony mamy główną bohaterkę o wyjątkowo bogatym życiu uczuciowym,  z drugiej strony mamy bohaterki kobiece, które wpadają w, jak pani to nazywa, fatalizm kobiecego losu. A jednocześnie w ich biblioteczkach stoją na półce książki Simone de Beauvoir. Chyba nieczytane.
A to jest ciekawe, te biblioteczki, w których nie brakowało klasyki literatury kobiecej feminizmu. Oczywiście Simone de Beauvoir była tłumaczona z powodu lewicowości. Ale faktycznie nigdy nie udało mi się zapytać żadnej z osób, w której mieszkaniu te tomy widziałam, jak te kobiety, które miały by dzisiaj po siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat, jak one rozumiały „Drugą płeć”. Jak realizowały postulaty Beauvoir w swoim życiu. Nie można powiedzieć, że wcale nie realizowały, bo być może opowieść o kobiecie udomowionej w PRL była fasadą. Właścicielki biblioteczek pracowały, znajdowały miejsce w systemie, który reprodukował wzory patriarchalne, a z drugiej strony dawał kobietom przedszkola, stołówki, mrożonki w sklepach. Wszystko było przecież pomyślane jako sposób na uwolnienie potencjału pracowniczego kobiety. I to jakoś  luzowało z domowości, ale z drugiej strony wpychało te kobiety z powrotem w koleiny – kiedy wracały do domu z pracy, już po odebraniu dzieci z przedszkola i wypełnieniu wszystkich obowiązków pracowniczych, powinny były zabrać się za robienie przetworów, ubrane w schludne fartuszki. Jak to wyglądało w intymności, w  realnym życiu, w domu, to jest oczywiście sprawa otwarta. I nie jest dopowiedziane, na ile nasze babki i matki czuły się pod presją  wzorca patriarchalnego, a na ile próbowały myśleć przez Simone de Beauvoir.

Kiedy wyprowadza pani swoją opowieść w nowe czasy, już po przełomie, okazuje się, że głównym sektorem, w którym realizowały się kobiety, była kultura. Czy to tylko wątek biograficzny, czy może szersza diagnoza społeczna?
To modernistyczny wzór, w którym przez sztukę można uciec z zakleszczonej, kobiecej biografii. I oczywiście wprowadzam ten motyw ironicznie. Moja bohaterka wydaje pismo „Bez kompromisów” i robi na nim pieniądze. Cóż, redagowałam czasopismo „Pogranicza” i oczywiście szłam na liczne kompromisy, co nie uchroniło tego pisma przed likwidacją. Dlatego mojej bohaterce założyłam pismo „Bez kompromisów” i w dodatku odniosło ono sukces. Więc z jednej strony zagrałam własną biografią, a z drugiej strony z  modernistycznym modelem emancypacyjnym, opisywanym na przykład przez Alice Munro, której bohaterki są artystkami, aktorkami, dziennikarkami, bibliotekarkami, pisarkami. Miękkie wyjście z dylematu usytuowania kobiety na rynku pracy, gdzie może odnieść sukces pod licznymi warunkami lub w niszy. Kobieta w „miękkich resortach” jednym słowem.  Patriarchatowi takie nasze usytuowanie jest na rękę, ale my nadal chcemy równej płacy i połowy władzy. Tak, pisma bez kompromisu, które odniesie sukces, po prostu nie ma. Trzeba pójść na bardzo liczne kompromisy i ewentualnie redagować czasopismo dla kobiet, co niewiele załatwi.

Pojawia się w powieści bardzo ciekawa diagnoza, zrównująca historię literatury przebiegającą sinusoidalnie, z historii seksualności. Intrygujące jest, że główna bohaterka jest dużo bardziej wyzwolona od swojej córki.
To jest obserwacja,  którą dzielą się ze mną moje koleżanki, mające już dorosłe dzieci. Ale też obserwacja szersza. Skąd biorą się młodzieżowe ruchy wstrzemięźliwości, oburzeni Nabokovem studenci filologii i młodzi bohaterowie powieści Houellebecqa? Odpowiedź na wyzwolone postawy w planie rodzinnym bywa odpowiedzią konserwatywną, jakby faktycznie istniał  jakiś mechanizm wyrównywania. Jeżeli w jednym pokoleniu jest bardzo duża swoboda, następne pokolenie musi zrobić krok do tyłu. Nie wiem, czy musi, jakie podłoże ma ta prawidłowość, bo przecież nie biologiczne. Czy miałaby znaczyć, że dzieci bywają z jakichś powodów, których do końca nie diagnozujemy, zażenowane swobodą swoich rodziców? Czy dzieci ponoszą jakąś stratę z  powodu nienormatywności? Albo zwycięża propaganda monolitycznej rodziny, zbudowanej na poczuciu obowiązku i planowej konsumpcji. Wzmożona kontrola instytucjonalna naszej seksualności, wychowywanie dzieci w taki sposób, by były dodatkowymi kontrolerami.  Przebieg sinusoidy odpowiada głównemu nurtowi naszych czasów. Dorosły dzieci  wychowywane w szkole z religią, chronione za wszelką cenę przed wszelkimi, nie tylko negatywnymi, przejawami własnej seksualności, a zarazem mające dostęp w Internecie do rzeczy, jakie nie śniły się rewolucjonistom seksualnym.  Czy te dzieci nie są najlepszymi strażnikami swoich rodziców?

Być może mamy tu do czynienia ze zwrotem politycznym, a może po prostu ze zwyczajnym buntem każdego pokolenia przeciwko rodzicom.
Może tak. Cóż mogłyby więcej zrobić dzieci? A więcej oznacza w tym wypadku mniej. Ale to oczywiście nie jest jakaś prawidłowość bezwzględna, bo bywa też inaczej.

Bohaterka „W powietrzu” mówi o swojej córce: „Na dziewczyny moja kochana córeczka nawet nie zerkała. Tę falę wyrugowała z naszego kraju działalność misyjna zakonnic z Australii”. Przyznam, że nie rozumiem.
(śmiech)

Coś przegapiłem?
Nie, kreślę tu wizję globalnego nawrócenia na aseksualność, bo kto wie… Jeżeli dzisiaj możemy spotkać na lotniskach Adwentystów Dnia Siódmego, którzy przylatują do Polski  ze Stanów Zjednoczonych, to kto wie, czy nie przylecą zakonnice z Australii i nie będą rugować ewentualnego wzmożenia lesbijskiego w naszym kraju. Wszystko jest w tym neokonserwatywnym świecie możliwe.

Jaką radę dotyczącą seksualności dałaby pani młodemu pokoleniu, tej generacji, której reprezentantką jest córka głównej bohaterki? Dogadać się ze swoim tamagotchi?
No tak, oczywiście. Przy czym tamagotchi jest… Nie wiadomo, czy jest swoje, ono jest raczej delegatem rozmaitych poglądów na temat tego, czym jest seksualność. Jest też moją ironiczną odpowiedzią na popularną kulturę psychoanalityczną. Nie tylko dogadać się, ale bawić się z nim/nią, bo jest zabawką. Przede wszystkim nie słyszeć wokół siebie bezustannie tych głosów, które przywołują do porządku. Dałabym taką radę: trochę więcej śmiałości. Trochę więcej śmiałości w realizowaniu własnych scenariuszy życiowych. Nie dać politykom i moralizatorom rządzić naszym życiem.

Na koniec chciałbym jeszcze wrócić do tej sinusoidy, bo ona jest też w pewnym sensie widoczna w pani twórczości. „W powietrzu” powstało po „Umarł mi. Notatniku żałoby” i to też jest znaczące wychylenie.
„W powietrzu” powstała po „Umarł mi…” i obie te książki były pisane szybko. Na dużym hauście – emocji i potrzeby.

„W powietrzu” byłaby dopełnieniem „Umarł mi…” czy raczej odskocznią?
Ekscesem. Ja to sama tak na swój użytek nazywam. Byłaby takim koniecznym ekscesem po tamtej, bolesnej dla mnie książce. I właściwie to jest paradoks, ja już o tym w którymś wywiadzie powiedziałam, że „W powietrzu” jest prawdziwą żałobą, autoterapią.  Wybrzmieniem tego wszystkiego, co kończy się depresją. „Umarł mi…” nie było autoterapią. Było  coraz głębszym zanurzaniem się w smutek i dojściem do ściany depresji. Natomiast „W powietrzu”, uwolniło mnie, a przynajmniej oddaliło od ściany.

Obie książki, jak sądzę, ilustrują także tezę o przemianach w zakresie społecznych tabu –  seksu i śmierci.
To jest akurat przypadek, nie wiem czy tak jest, nad tym się nie zastanawiałam. Czy musiałam napisać o seksie po pisaniu o śmierci. Może mogłam napisać o czymś zupełnie innym. Pisanie o seksie wzięło się z atmosfery, która została wokół seksu wykreowana w kilku ostatnich latach. Czyli tego pouczania nas, przywoływania do porządku, jakichś absurdów dotyczących tożsamości seksualnej. Więc w zasadzie ten temat czekał, bombardował i myślałam nad tym, jak na niego odpowiedzieć. Pewnie gdybym nie napisała “Umarł mi…”, gdybym nie była w depresyjnym nastroju,  nie odpowiedziałabym powieścią, tylko dyskursywnie, wzięłabym udział w jeszcze jednej debacie na temat seksualności. Ponieważ potrzebowałam czegoś naprawdę mocnego, śmiesznego i nieliczącego się z oczekiwaniami wobec mnie – napisałam „W powietrzu”.

(pełna wersja rozmowy, która w skróconej wersji ukazała się w "Chimerze")



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz