Na prozatorskiej scenie pojawili się niemal w tym samym momencie.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Ignacy Karpowicz, Piotr Paziński: trzy
literackie indywidualności, trzy różne wrażliwości artystyczne, trzy
strategie autorskie, trzy nowe powieści. Dzieli ich wiele. Łączy wielki
literacki talent.

Piotr Paziński po nagrodzonej Paszportem „Polityki” minipowieści
„Pensjonat” nie zmienił obranego w debiucie kursu. W tomie opowiadań
„Ptasie ulice” redaktor naczelny poświęconego sprawom polskich Żydów
miesięcznika „Midrasz” w subtelny literacko sposób nawiązuje do swoich
zainteresowań. Tajemnicza, nierzeczywista i w pewien sposób
niedzisiejsza proza Pazińskiego, jest oryginalnym, bo naznaczonym
własnym spojrzeniem, połączeniem Schulzowskiej atmosfery z pamięcią o
zaginionym świecie warszawskich Żydów.

Ignacy Karpowicz już debiutancką powieścią „Niehalo” – groteskową,
ironiczną, fantasmagoryczną – w silny sposób zaznaczył swoją obecność na
literackiej scenie. Mocną pozycję podkreślił nagrodzoną w 2010 roku
Paszportem „Polityki” powieścią „Balladyny i romanse” – tyleż
zwariowaną, co wnikliwą pod względem analizy społeczeństwa i
składających się nań jednostek. W nowej powieści „ości” Karpowicz
przedkłada obserwację nad wariactwo, choć miłośnicy specyficznego,
zwichrowanego stylu tego autora będą mogli poczuć się
usatysfakcjonowani.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, w odróżnieniu od Pazińskiego i
Karpowicza, nie został dotychczas należycie uhonorowany (co jest
najbardziej chyba rażącym niedopatrzeniem krytyki w ostatnich latach).
Być może jego najnowsza powieść „Grecy umierają w domu” zdobędzie
wreszcie odpowiedni rozgłos. Klimko-Dobrzaniecki, literacki outsider,
łączący wyjątkową wrażliwość z prostotą stylu, zasługuje na uznanie.
Paziński: klucznik pamięci w mieście duchów
Cztery
opowiadania, które składają się na „Ptasie ulice”, są w pewnym sensie
kontynuacją debiutanckiego „Pensjonatu”, w którym Paziński powołał do
istnienia bohatera poszukującego, zanurzającego się w pamięć przeszłych
pokoleń, gotowego na tropienie tajemnicy i odszyfrowanie zakurzonej
księgi życia. Bohatera wrzuconego w nieco nierealny i odległy żydowski
świat, a jednocześnie pozostającego wobec niego przybyszem z zewnątrz.
To „swój”, który jest „obcym”.

W „Pensjonacie” bohater-narrator określony został przez autora mianem
„ostatniego w łańcuchu pokoleń, uczepionego na samym końcu” – i to
sformułowanie odnieść można równie dobrze do Jakuba z „Konduktu” i do
narratorów pozostałych trzech opowiadań z „Ptasich ulic” (którzy, choć
bezimienni, są z Jakubem właściwie tożsami). Każdy z nich zostaje
wyrwany nagle z bezpiecznego świata zewnętrznego i wrzucony w zamknięty,
na poły nierealny, oniryczny świat zakotwiczonej w przeszłości historii
żydowskiej. Bramą do innej rzeczywistości jest nieodmiennie śmierć – to
poprzez nią bohater przekracza granicę między światem realnym a tym,
który wymyka się poznaniu. W „Kondukcie” Jakub przybywa do miasta, by
wziąć udział w pogrzebie, jednak orszak żałobników gubi się na
cmentarzu, co chwila – zdaje się – trafiając do równoległej
rzeczywistości. W „Staruszku” bohater, dowiadując się o śmierci sąsiada,
pragnie o tym fakcie poinformować swojego przyjaciela, pana Wilfa, po
którym ni stąd ni zowąd ginie wszelki ślad. Próbując odnaleźć Wilfa,
bohater trafia do niezwykłego antykwariatu. W „Mieszkaniu” bohater
zostaje poproszony o czuwanie przy zmarłej doktor Kamińskiej, niegdyś
przyjaciółce rodziny – noc spędzona ramię w ramię ze śmiercią ma z
pewnością więcej wspólnego z metafizyką niż realnością. I wreszcie
„Manuskrypt Izaaka Feldwurma”, jedyne opowiadanie, w którym śmierć,
niejako inicjująca niezwykłe wydarzenia, nie jest dosłowna, lecz
symboliczna. Bohater bierze udział – jak co roku – w rocznicowych
obchodach wybuchu powstania w getcie warszawskim, co staje się asumptem
do rytualnego wspominania tajemniczego pana Feldwurma, a co za tym idzie
– do onirycznej podróży śladami niezwykłej postaci.
Bohater każdego z opowiadań ma do wypełnienia pewną misję – albo
samemu stawia sobie cel do osiągnięcia (odnalezienie kogoś lub czegoś),
albo zostaje zobligowany do sprawowania jakiejś funkcji (w „Mieszkaniu”
pełni wartę przy marach, w „Kondukcie” zmawia kadysz nad grobem
zmarłego). Postaci u Pazińskiego przeistaczają się w strażników
judaistycznej tradycji, „ostatnich w łańcuchu pokoleń”, przedstawicieli
trzeciej generacji po Zagładzie, która dąży do spłacenia długu wobec
swoich poprzedników. Spłaca go, zachowując pamięć o przeszłości. Bohater
staje się tym samym klucznikiem, dysponentem tajemnicy, przemierzającym
teren „po drugiej stronie” – świat ostentacyjnie zamknięty na gojów, na
przybyszów z zewnątrz, na współczesność. Spaceruje więc „ptasimi
ulicami” północnej dzielnicy („Orla, Gęsia, Wronia i Kacza”) w
poszukiwaniu śladów świata, który odchodzi w zapomnienie. Współczesna
Warszawa nakłada się u Pazińskiego na miasto nieistniejące, zaprzeszłe
miasto duchów. Otwiera się na przestrzeń symboliczną.
„Wtedy przypomniałem sobie opowieści o tym, że gdzieniegdzie w
bocznych, rzadko odwiedzanych przestrzeniach, w pewnej mierze
nielegalnych i problematycznych, istnieje jeszcze Warszawa niejako
równoległa do tej, po której zazwyczaj oprowadza się profanów, Warszawa o
nie całkiem określonym statusie, trudna do uchwycenia, migocząca na
granicy bytu i pustki”. Ten fragment z „Manuskryptu Izaaka Feldwurma”
zdradza powinowactwo Pazińskiego z Schulzem, w którego prozie historie
rozgrywały się w zagadkowych odnogach czasu. Paziński idzie tym tropem,
kreując w swoich opowiadań zmitologizowaną czasoprzestrzeń alternatywną.
Ale to nie wszystko – w tekstach Pazińskiego ważną rolę pełnią także
księgi. Buszowanie po antykwariatach i starych księgozbiorach, lektura
starodruków i manuskryptów (czy nawet książki telefonicznej z epoki)
pozwala bohaterowi przenieść się do świata onirycznego. Kosmos „Ptasich
ulic” jest papierowy (tutaj nawet groby przypominają grzbiety książek),
trwa, uwieczniony na zawsze na kartach ksiąg, a jednocześnie rozsypuje
się pod palcami. Schulzowska figura ojca pochłoniętego lekturą Księgi
niejednokrotnie pojawia się u Pazińskiego. Na tej samej zasadzie
manuskrypt Feldwurma staje się podobny do zaginionego „Mesjasza”. Pisarz
w „Ptasich ulicach”, podobnie zresztą jak w „Pensjonacie”, nie
odżegnuje się od inspiracji Schulzem, ale wybija się na oryginalność i
niezależność wobec wielkiego poprzednika – ucieka od wszędobylskiej
mityzacji i melancholii, pozwalając sobie na czułą ironię i łagodny,
choć momentami wręcz czarny humor.
Proza Pazińskiego, choć ostentacyjnie niedzisiejsza i zwrócona ku
przeszłości, umiejętnie przerzuca pomost ku współczesności, stając się
intrygującym palimpsestem, tekstem poświęconym postpamięci, spod którego
przebijają przeszłe historie i przeszłe księgi. Paziński, świadomy i
pokorny wobec tradycji kultury i tradycji tekstów kultury, w swojej
twórczości staje się spadkobiercą kilku pokoleń warszawskich Żydów,
pisarzem-klucznikiem, błądzącym po dzisiejszym-wczorajszym Muranowie z
pękiem kluczy do minionego świata.
Karpowicz: poprzeczka z ości zamiast realizmu
Już
od debiutanckiego „Niehalo” Ignacy Karpowicz wykazywał niezwykłą –
największą chyba spośród współczesnych autorów polskiego mainstreamu
literackiego – skłonność do fikcyjności. Fantasmagoryczna powieść
debiutancka, równie zwariowany późniejszy „Cud”, czy będące popisem
rozbuchanej wyobraźni „Balladyny i romanse”, były wyrazem odchodzenia od
tradycyjnie pojętego realizmu. „Unikał literatury faktu. Fakt w
ostatnich latach straszliwie się spauperyzował. Bywał nawet nagradzany
ważnymi nagrodami literackimi oraz – głównie w polityce – określany
mianem »prawdziwego faktu«. Prawdziwy fakt. Brak słów” – mówi jeden z
bohaterów „ości”, najnowszej powieści Karpowicza. I choć realizm od
literatury faktu dzieli sporo, zdaje się, że słowa te doskonale opisują
zdystansowanie Karpowicza wobec wszelkich form koncentrowania fabuły
wokół rzeczywistości przedstawianej w skali 1:1.

Czyż za realną uznać można fabułę „ości”, która – zbudowana na
schemacie obłędnego korowodu sporej ilości bohaterów – staje się
galopadą nieprawdopodobieństw? Oto małżeństwo Szymona i Mai
(rozmawiającej z fretką, która ucieka w popłochu, gdy tylko usłyszy
słowo „Palestyna”) przechodzi kryzys. Szymon usiłuje romansować z Ninel,
która spotyka się z Norbertem, bezwłosym kochankiem Maksa. Sytuację
komplikuje fakt, że Norbert jest rasistą i homofobem, co nie przeszkadza
spotykać mu się z Maksem, który tak naprawdę jest Kuanem,
Wietnamczykiem, który co weekend występuje jako Kim Lee w zawodach drag
queen. Norbert jest równocześnie kochankiem Ninel, której syn Franek
staje się kochankiem Mai. W ten galimatias zaplatani są także Andrzej i
Krzyś, para gejów, związanych w różny sposób z niemal każdym z
bohaterów. Gdyby chcieć pokrótce opisać fabułę poszczególnych rozdziałów
za pomocą skrótowego języka programów telewizyjnych, mogłoby to
wyglądać następująco: „Ninel dzwoni do Mai na prośbę Franka”. Albo:
„Andrzej szuka pomocy u Norberta w sprawie zaginięcia Krzysia”. Wygląda
to na telenowelę. Tyle że jest to telenowela w nieco „przegiętym” stylu
wczesnego Almodovara. I, co w tym wszystkim najbardziej zaskakujące,
fabuła powieści Karpowicza jest o wiele bardziej prawdopodobna niż
wszelkiego rodzaju wenezuelskie tasiemce, skupione wyłącznie na
zapętlonych intrygach miłosnych. Karpowicz natomiast dokonuje
drobiazgowej wiwisekcji skomplikowanej psychiki współczesnego człowieka.
O czym bowiem mówi Karpowicz w „ościach” (tytuł celowo pisany jest z
małej litery – warto go bowiem czytać jako „-ości”)? O mił-ości,
zazdr-ości, tożsam-ości, woln-ości, normaln-ości. Na pierwszy plan
wysuwa się liberalne z ducha poczucie wybicia się na niezależność.
Nieszczęśliwi bohaterowie Karpowicza nieco po omacku poszukują miłości i
zrozumienia – odtrącają stałych partnerów (lub są przez nich
odtrącani), by z tym większym uporem otwierać się na nowe doznania. Nie
ma w tym jednak nic z rozwiązłości ani zazdrości – nieustanna potrzeba
bliskości nie oznacza dla nich wyłączności na jednego partnera. Norbert
potrzebuje jednocześnie być z Kuanem i z Ninel, ta natomiast jest z
Norbertem i, choć jedynie korespondencyjnie – z Szymonem. To dość
rewolucyjne podejście (imię Ninel czytane wspak to wszak Lenin) prowadzi
do rewolucyjnych rozwiązań, a mianowicie do postulowanej przez
bohaterów poliamorii, czyli wielomiłości. Finalna scena, w której
spotykają się Maja, Szymon, Franek i Juli (kochanka Szymona) doprowadza
tę strategię do, zdawałoby się, absurdu. Maja mówi w pewnym momencie do
swojego syna, który pojawił się w drzwiach mieszkania: „To jest Franek,
kochanek twojej matki, a to jest Juli, kochanka twego ojca. Jak było w
piątek w szkole, bo nie miałam okazji zapytać?”. I mimo wszystko jest w
tej scenie niezwykle czuła normalność.
O ile jednak w tej normalności odnajdują się doskonale bohaterowie
wyemancypowani (młodzi, wykształceni, tolerancyjni), o tyle problem z
nią wydają się mieć przedstawiciele środowiska małomiasteczkowego,
ultrakatolickiego, przeżartego nienawiścią, ksenofobią, homofobią. Ale,
co znamienne, jedynie wydają się mieć – Karpowicz ze swadą pokazuje, jak
mocno polskie społeczeństwo przeżarte jest hipokryzją. Maria, żona
Kuana, typowa „matka Polka” spod znaku rosołu, schabowego i kultu Jana
Pawła II, zdradza rodzinne ideały i wiąże się z Wietnamczykiem (ale
ochrzczonym!), bo to zapewni jej stabilizację życiową. A gdy dowiaduje
się, że jej mąż jest gejem i lubi przebierać się w damskie ciuszki,
godzi się z tą sytuacją nie dlatego, że jest tolerancyjna, nawet nie w
imię miłości, ale dlatego, że jej schemat reakcji na podobne sytuacje
(kochanka-rozwód-alimenty) został zaburzony. Z kolei ksenofobiczna i
homofobiczna polska teściowa Kuana będzie unikać wścibskich sąsiadów i
ich spojrzeń, by pochylić się nad zięciem z matczyną troską: „W tygodniu
Kuanuś pracuje, a w piątek czy sobotę występuje. Te nocne kluby muszą
męczyć”. Nie oznacza to oczywiście, że wyzbyła się nienawistnych
poglądów, na ulicy prawdopodobnie wyklnie geja czy obcokrajowca, o
zięciu jednak złego słowa nie powie, ponieważ jest „swój”, obłaskawiony.
Rozważania o różnych przejawach polskiego życia współczesnego,
zwłaszcza tych, które mogą stanąć ością (-ością? „ośćmi”) w gardle,
Karpowicz pokazuje na tle wyśmienicie nakreślonej rzeczywistości
społecznej. W swojej powieści autor „Niehalo”, niejako na marginesie
podstawowej fabuły, komentuje, nierzadko ironicznie, polskie fobie,
obyczajowe mody, społeczne trendy. Już dawno pokazał, ze jest w tym
mistrzem. Jeśli chodzi o drobiazgowość obserwacji i błyskotliwość
komentarzy, Karpowicz „ośćmi” wysoko ustawił poprzeczkę w tej kategorii.
Klimko-Dobrzaniecki: szczerze o zwykłych ludziach
Najnowsza
powieść Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, „Grecy umierają w domu”, łączy
dwa główne motywy twórczości tego autora. Pierwszym jest silnie
akcentowany wątek autobiograficzny, związany z dzieciństwem i młodością
autora spędzonymi w dolnośląskiej Bielawie, drugim zaś „nomadyczny”
charakter jego książek – po Islandii, Bornholmie i Wiedniu pojawia się
Grecja. Łącznikiem między Bielawą a Grecją jest postać Sarisa, narratora
powieści, którego rodzina wyemigrowała do Polski po greckiej wojnie
domowej pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku. Jednak powieść
Klimko-Dobrzanieckiego, wychodząca od politycznego kontekstu, politykę
ma za nic. Jest ona tylko złowrogim tłem, o czym sam autor przypomina we
wstępie. Podobnie szerokim łukiem Klimko-Dobrzaniecki omija
problematykę tożsamości kulturowej, emigracji, wyobcowania społecznego i
przystosowania do życia na obczyźnie. Saris, choć urodzony w Polsce,
dla wszystkich pozostanie Grekiem, z kolei w Grecji, do której wyjedzie z
Polski tuż przed stanem wojennym, będzie uważany za Polaka. Ta
dwoistość mogłaby być całkiem wdzięcznym tematem dla powieści –
Klimko-Dobrzaniecki zresztą kilkukrotnie powraca do tych spraw,
aczkolwiek swoje zainteresowanie ogniskuje wokół zagadnienia kompletnie
innego. Chodzi o przyjrzenie się zwykłemu życiu (niezwykłość zwyczajnego
życia – to wszak wiodący temat wszystkich utworów
Klimko-Dobrzanieckiego) i zwykłej miłości.

„Mój Ojciec miał brodę” – już pierwszym zdaniem powieści
Klimko-Dobrzaniecki pokazuje, że mityzacja będzie naczelnym środkiem
stylistycznym jego powieści. Oto Saris, przypominający sobie po latach
postać Ojca (pisanego zawsze z wielkiej litery), będzie go postrzegał
niemal jako Boga. Brodaty, mądry, wyrozumiały, niemal wszechmogący. Z
podobną czcią i miłością wspomina matkę: „Matuchna moja.
Najukochańsza(…). Wyższa od Ojca o pół głowy i pewnie o pół głowy
rozsądniejsza, pracowita, cicha i pokorna. Święta”. We współczesnej
literaturze polskiej trudno znaleźć autora, który z podobną
wrażliwością, łagodnością i prostotą potrafi mówić o najbanalniejszych,
zdawałoby się, sprawach. Klimko-Dobrzaniecki zbliża się w tych partiach
do mistrzów gatunku, czyli Czechów – choćby Hrabala (z jego arcydziełem
poświęconym miłości małżeńskiej – „Postrzyżynami”) oraz Oty Pavela,
który swoją „Śmierć pięknych saren” poprzedził jedyną w swoim rodzaju
dedykacją: „Mamusi, która miała za męża mojego tatusia”. Z Czechami
łączy Klimko-Dobrzanieckiego także skłonność do anegdotycznego
konstruowania fabuły – jego powieść wręcz kipi od scen o zabarwieniu
humorystycznym. Polowanie z ojcem na koniki polne, kupowanie papugi,
która ma udawać cykadę, szemrany biznes oparty – dosłownie! – o
gigantycznego penisa, wreszcie kaszubskie obrusy wyszywane przez
Greczynkę i sprzedawane do Cepelii. Dzięki temu, burzącemu monotonię
egzystencji, afirmatywnemu nastawieniu do życia, bohaterom powieści
udało się pokonać beznadzieję PRL-owskiej rzeczywistości, zaś autorowi –
nie przytłoczyć czytelnikami nazbyt idylliczną wymową całości. Idylla
ustępuje przed humorem i przed tragedią – złote czasy kończą się wraz ze
śmiercią ojca, który zabrał ze sobą do grobu tajemnicę swojej greckiej
przeszłości. Saris pragnie tę tajemnicę rozwikłać po latach, już jako
pisarz przebywający na stypendium twórczym na jednej z greckich wysp,
gdzie pracuje nad książką o swoim ojcu. Tam właśnie, niemalże
przypadkiem, udaje mu się rozwikłać ojcowską tajemnicę, która okazuje
się tyleż drastyczna, co banalna. Dekonstrukcja rodzicielskiego mitu
dokonuje się niemal na marginesie głównej akcji i choć jest to finalny
punkt powieści, niejako wywracający na nice całą fabułę, prawie go nie
zauważamy (albo wolimy nie zauważać). Wstydliwy epizod nie jest bowiem
wydarzeniem na miarę greckiej, nomen omen, tragedii. Jest zwyczajny, jak
wszystko u Klimko-Dobrzanieckiego. I właśnie przez to niezwykły.
Współczesny wątek powieści posłużył Klimko-Dobrzanieckiemu jako
szkielet fabularny, pozwalający w ciekawy konstrukcyjnie sposób połączyć
zróżnicowane pod względem czasowym wątki. Prosta naprzemienność
rozdziałów umożliwiła także tematyczne splatanie poszczególnych motywów –
np. obraz Sakisa piszącego o pustce odczuwanej po śmierci ojca
zestawiona jest ze sceną, w której Sakis zostaje symbolicznym opiekunem
chłopca, który stracił ojca. Można jednak także rozpatrywać taki sposób
konstrukcji fabuły jako autotematyczne puszczenie oka przez
Klimko-Dobrzanieckiego – Sakis, piszący powieść o ojcu podczas
stypendialnego pobytu na greckiej wyspie jest dla autora (piszącego
powieść „Grecy wracają do domu” na stypendium w Grecji) kimś w rodzaju
medium. W wypowiedziach Sakisa (ale też innych postaci), piętnujących
złe obyczaje związane ze światkiem literackim, można widzieć opinie
samego Klimko-Dobrzanieckiego, literackiego outsidera dystansującego się
od wszelkich form stadnego życia artystycznego. Filipikę skierowaną
przeciwko idącym po najmniejszej linii oporu recenzentom („Czytają
książki do połowy albo wcale nie czytają, ktoś coś o książce powie,
streszczenie jakieś dostaną i opinię w gazetach publikują(…). Piszą dużo
i bez sensu. Ale z tej wielości opublikowanych recenzji mogą sobie
uzbierać przyzwoity miesięczny zarobek”) można wszak odczytywać jako
zakamuflowany atak Klimko-Dobrzanieckiego na nieuczciwych pismaków. Dużo
ciekawsza od złośliwości jest jednak wyłożona przez Sakisa filozofia
twórczości. Gdy próbuje on sobie wyobrazić pierwsze spotkanie swoich
rodziców, puszcza w ruch lawinę fabularnych przypuszczeń: „Pasuje. Tak
mogło być. Jeszcze kilka ciekawych szczegółów, jeszcze wygładzić i scena
gotowa. Wiarygodna? A dlaczego nie? Rozbudować. Dodać dialogi. Napisać,
jaka wtedy była pogoda. Jak Mama była ubrana, jaki miała wyraz twarzy,
jaki Ojciec miał wyraz twarzy, co się potem działo lub mogło dziać.
Jeśli ja w to nie uwierzę, to czytelnik tym bardziej”. Warto sobie to
ostatnie zdanie powtórzyć – bardzo możliwe, że jest to twórcze credo
Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, który w powieści „Grecy wracają do domu”
po raz kolejny dowiódł, że jest jednym z najsprawniejszych polskich
pisarzy. A z pewnością najbardziej szczerym.
Piotr Paziński "Ptasie ulice", Nisza, Warszawa 2013
Ignacy Karpowicz "ości", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013
Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Grecy umierają w domu", Znak, Kraków 2013
(tekst ukazał się pierwotnie w portalu xiegarnia.pl)